Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Uzbekistan. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Uzbekistan. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 11 sierpnia 2016

Spacer po dnie Aralu

-Wsje na bierieg! Po kilku godzinach zardzewiały statek dopływa wreszcie do brzegu. Skuci ciężkimi łańcuchami, wykończeni 50-stopniowym upałem więźniowie niespiesznie schodzą na ląd. Właśnie przybyli na Wyspę Odrodzenia. Ani oni, ani ich najbliżsi nie zdają sobie sprawy, że właśnie trafili do najstraszniejszego laboratorium broni biologicznej w Związku Radzieckim. Jest 1 września 1965.

Poranek nad Aralem.
Mija 50 lat. Wokół panuje cisza. Pogoda idealna do wypoczynku. Jednak w zasięgu wzroku nie ma żywej duszy! Ani turystów, ani rybaków, ani nawet latających nad wodą mew i albatrosów. Tylko pokryte grubą warstwą soli muszelki świadczą o tym, że kiedyś w tym miejscu kwitło życie. Stoimy nad brzegiem dogorywającego Aralu. Nasze nogi po kolana pokryte są szarą, śmierdzącą gliną. Jeszcze 20 lat temu mielibyśmy nad sobą kilka metrów wody.

Dawne dno Aralu.

Sapar, nasz towarzysz podróży, w 1969 roku pływał statkiem po Aralu i opalał się na plaży w nadmorskim Mujnaku. Nie zdawał sobie sprawy z tego, co dzieje się na oddalonej o 150 kilometrów wyspie. Być może nie wiedział nawet o jej istnieniu. Teraz, kiedy minęło prawie pół wieku, postanowił wrócić w rodzinne strony i na własne oczy zobaczyć, do czego doprowadziła jedna z największych katastrof ekologicznych na świecie.

A stało się to wszystko dzięki Nikicie Chruszczowowi i jego wiernym współpracownikom. To on zdecydował, żeby w pustynnej republice zacząć uprawiać bawełnę - roślinę, która potrzebuję do życia bardzo dużej ilości wody. Postanowiono więc poświęcić w tym szczytnym celu Amu Darię, jedną z rzek zasilających Aral. Jej wody nieumiejętnie rozlano po pustyni, by przekształcić jałowe piaski w życiodajne pola bawełny. Powstały nowe oazy i hektary upraw, z których do teraz żyje cały Uzbekistan. Zaś pozbawione zasilania morze powoli zaczęło wysychać i z roku na rok coraz bardziej oddalać się od dawnego brzegu. W latach osiemdziesiątych Mujnak przestał być miastem portowym. 20 lat później Wyspa Odrodzenia przestała być wyspą.

My postanowiliśmy zobaczyć Morze Aralskie zanim przestanie być morzem i w całości zamieni się w pustynię Aral-Kum. Niespełna rok po tym, gdy zrodził się plan podboju Aralu mkniemy terenówkami w stronę Mujnaku. To pierwszy punkt naszej nadaralskiej historii. Niegdyś położone nad wysokim morskim brzegiem kwitnące miasto z wczasowiczami i prężnie działającym przemysłem rybnym, swojego rodzaju wizytówka zachodniego Uzbekistanu. Teraz - zapomniane przez wszystkich, dogorywające miasto-widmo.

Mujnak - dawny port Aralu.
Na rogatkach zatrzymuje nas patrol milicji. Zabierają paszporty, przepisują dane do sekretnych zeszytów. Chwila niepewności, bo a nuż domyślą się, dokąd jedziemy i powiedzą, że nielzja. Że nie można i koniec! Bo chociaż oficjalnie nikt jeszcze nie zakazał jeździć nad Aral, to przecież tu prawo stanowi jego stróż. I co powie - to święte. Niczym werset koranu. Po kilku minutach nas puścili, obyło się bez problemów i niewygodnych pytań.

Jest 1 września, dzień niepodległości, najważniejsze święto państwowe Uzbekistanu. Władza bardzo chce wiedzieć, kto i po co przyjechał do miasta. Co zrobi z tymi wszystkimi danymi spisywanymi na ulicach, w muzeach, w metrze - kto gdzie, z kim i o której był i co robił - nie wiadomo. Najpewniej spali w piecu razem z całym zeszytem pełnym takich informacji, kiedy tylko skończy się w nim miejsce na 96 kartkach A4. Bo przecież nikt nie będzie przepisywać tysięcy stron zapisywanych codziennie w tysiącach zeszytów w całym kraju do jakiejś ogólnokrajowej komputerowej bazy...
 
Ulice Mujnaku.

W Mujnaku wszechobecny piach rozganiany jest przez równie wszechobecne radzieckie moskwicze. Jak gdyby po sąsiedzku była ich fabryka i mieszkańcom odsprzedano nadmiar produkcji po okazyjnej cenie. Dostojny korowód Toyot Landcruiserów wyróżnia się w tym ponurym krajobrazie, ale i nie robi wrażenia - w sezonie wyprawy nad Aral przejeżdżają tędy kilka razy w tygodniu.
 
Ekspozycja dotycząca zagłady Morza Aralskiego w Muzeum w Mujnaku.
Odwiedzamy muzeum zmarłego morza. Jedna sala, nie ma żadnego sklepiku, publikacji, pocztówek, pamiątek... chociaż to ostatnie słowo może jest tu trochę nie na miejscu - upamiętniać katastrofę ekologiczną? Ale ekspozycje wykonane całkiem solidnie, obrazują smutną historię jeziora (Aral to przecież jezioro, z tym że wielkie i słone - stąd powszechnie nazywano je morzem), które zniknęło dzięki radzieckim "geniuszom" partyjnym.

Kolejny postój mamy w domu jednego z kierowców. Na wyjazdach nad Aral dorobił się nowej terenówki, zbudował dom (jak na miejscowe warunki - luksusowy), można też u niego przenocować. Jedziemy na obiad. Nasza polska ekipa wzbrania się - w nukuskim hotelu, który organizował wyjazd chciano od nas ponad 30 dolarów od osoby za wyżywienie. Kupiliśmy sobie zapasy w sklepie za 1/10 tego i zapewniamy, że to nam wystarczy. Ale nie ma dyskusji - razem ze wszystkimi sadzają nas za wielkim stołem i każą jeść. A na Wschodzie odmawianie gościny jest nie na miejscu. O pieniądzach nikt nie chce słuchać. Jedzenia wystarczy dla wszystkich.

Mujnak - z wizytą u naszego kierowcy.
Po posiłku opuszczamy dom naszego kierowcy i wyruszamy na cmentarzysko wraków, znajdujące się na obrzeżach miasteczka. Czujemy się, jakbyśmy stali na brzegu wanny, z której wypuszczono wodę. Po horyzont pustynia, na której po latach zaczęła się już pojawiać roślinność. U podnóża wysokiego klifu stoi kilkanaście zardzewiałych statków, które służyły w miejscowym porcie. Katastrofa spotkała je w różnych miejscach. Niektóre pozostały tu, gdzie są teraz, inne wciąż pływały, kiedy Aral był już kilka kilometrów dalej. W końcu i tam zabrakło wody - zwieziono więc wszystkie wraki w jedno miejsce, by stworzyć swojego rodzaju surrealistyczny pomnik upamiętniający dawny port. Kiedyś morze dawało pracę tysiącom osób.

Mujnak - cmentarzysko wraków.
Prawdziwy pomnik wymarłego morza stoi z resztą na tarasie widokowym. Z jednej strony obrazuje dawny stan Aralu, z drugiej - aktualny. Co roku przemalowywany jest a nowo, zmieniana jest aktualna data, a koloru niebieskiego jest na nim coraz mniej.

Pomnik poświęcony Morzu Aralskiemu.
Schodzimy na dół po specjalnie zbudowanych dla turystów schodach. Miejscowi też się kręcą, przyszli spędzić tu świąteczny dzień. Dzieciaki biegają i skaczą beztrosko po przeżartych rdzą statkach, a nam, przybyszom z "Europy" do tej pory nie chce się pomieścić w głowie absurdalność miejsca i sytuacji, w jakich się znaleźliśmy. Brodząc po aralskiej pustyni pomiędzy kolejnymi statkami, z masą dziwnych wizji i przemyśleń wracamy do samochodów, nie do końca wierząc, że to, co widzieliśmy było prawdziwe.



Wraki statków na dnie dawnego morza.
W Uzbekistanie spotykamy wiele absurdalnych dla nas miejsc i sytuacji. Chociażby ruiny fabryki konserw w Mujnaku. Sekretne, a jakże, do tej pory ogrodzone i pilnie strzeżone przez mundurowych, zabraniających fotografować i przyglądać się temu, czego jeszcze nie zdążyła pochłonąć pustynia. Mijamy wreszcie posępne wioski, którym przed laty Mujnak dawał pracę, sklepy, edukację i kontakt ze światem. -Jak można żyć w takim okropnym miejscu? - pyta z niedowierzaniem Sapar, spoglądając na kolejne ruiny i walające się po ulicach śmieci. Wtóruje mu przerażona córka, która wybrała się na pustynię w eleganckiej sukience. -Normalnie, nikt się nie skarży. Oni tu całe życie spędzają, nie umieją inaczej żyć - odpowiada kierowca.

Saksauł - jedna z niewielu roślin, które zadomowiły się w jałowych piaskach pustyni Aral-kum.
 Serpentynami zjeżdżamy z klifu i po dnie dawnego morza kierujemy się ku temu, co z niego zostało. Część drogi wyasfaltowano wiele lat temu, a wokół pojawiły się wieże wiertnicze. W okolicy znaleziono złoża gazu. Mijamy monstrualnej wielkości ciężarówki, spoglądają na nas spod równie monstrualnych masek podejrzliwe oczy pracowników tych tajnych i strategicznych obiektów. Wcale nie zdziwilibyśmy się, gdyby kolejny raz w tym kraju ktoś nas zatrzymał i zabronił jechać dalej.

Na dnie dawnego morza wydobywa się obecnie gaz ziemny.
 Wreszcie asfalt się kończy, kończą się ślady jakiejkolwiek cywilizacji. Nad nami ołowiane chmury, pod nami - równie szare, spękane i pokryte słoną skorupą dno morza, płaskie po horyzont. Teraz towarzyszy nam tylko telefon satelitarny, komórki dawno straciły zasięg. Drogę wytyczają  wyjeżdżone w słonej skorupie koleiny, ale co rusz ślady rozchodzą się w różne strony. Bez miejscowego kierowcy znającego teren nie ma szans dojechać do celu. Można brnąć w pustynię dopóki nie skończy się paliwo i trwać tam, dopóki nie skończy się woda. W takiej sytuacji zdecydowanie nie jest się samowystarczalnym, nawet z najlepszą terenówką!

Bezkres dawnego morskiego dnia. Tylko doświadczony kierowca potrafi znaleźć drogę na tej pustyni.
Dopiero po kilkudziesięciu kilometrach na horyzoncie zarysowuje się linia. Równa, jak gdyby wyrysowana od linijki. To płaskowyż Ustiurt, ciągnący się od Morza Kaspijskiego po Kazachstan. Niegdyś wytyczał on zachodni brzeg Aralu. To znak, że jedziemy w dobrym kierunku. Klimatyzacja zaczyna dawać się we znaki - Uzbecy mają to do siebie, że skręcają ją na minimum i włączają na pełną moc. Czy w samochodzie, czy w sklepie, czy w biurze. Na zewnątrz 50 stopni, w środku 15. Pomimo tego, że jesteśmy na pustyni trzęsiemy się z zimna, a kierowca poproszony o wyregulowanie klimy ostentacyjnie wyłącza ją zupełnie. No cóż, wóz albo przewóz!

Wyłaniający się z oddali płaskowyż Ustiurt - dawny zachodni brzeg Aralu.
Niespodziewanie na horyzoncie pojawia się niebieska plama. Niebo się rozpogadza. Szara, spękana ziemia ustępuje stopniowo czemuś, co z daleka wygląda nawet jak piaszczysta plaża. Czy to już? Na pewno? Tak, to Aral! Złapaliśmy go! Jeszcze nigdy nie witaliśmy w ten sposób żadnego morza. I witać nie będziemy. Na co dzień nie jeździ się przecież nad morze po to, żeby je dorwać zanim zniknie.



Nad brzegiem Aralu.
Wejście do wody graniczy z cudem. Na początku ostre, tkwiące w glinianej skorupie muszelki boleśnie wbijają nam się w stopy. Bliżej brzegu twarda, pokryta powłoką soli glina płynnie przechodzi w błotnistą maź, w której z każdym krokiem zapadamy się coraz głębiej. Kiedy udaje się nam w końcu wejść do morza, jesteśmy po kolana umazani szarym, śmierdzącym błotem. Jeszcze 20 lat temu mielibyśmy nad sobą kilka metrów wody. Teraz stoimy po kolana w wodzie i w milczeniu obserwujemy powoli znikające za horyzontem słońce.



Plaża - warstwa twardej, spękanej, pokrytej solą gliny i miliony ostrych jak brzytwa muszelek.
Woda jest mętna. Przy brzegu zbiera się ohydna piana, najpewniej chemicznego pochodzenia. Kilkanaście metrów dalej morze sięga do pasa. Taplamy się w błocie, podczas gdy cały nasz majątek, wszystkie pieniądze i dokumenty, leżą porzucone na plaży. Motyw nie do powtórzenia nad Bałtykiem! ;)

Obozowisko zbieraczy muszelek.
Jednak nocować nad wodą nie będziemy. Ten przywilej zarezerwowany jest tylko dla garstki niekomunikatywnych Chińczyków, którzy pracują (!) tu przy wydobyciu muszelek. Jaki jest cel tej działalności - nie udało nam się dowiedzieć. Do naszego obozowiska dojeżdżamy stromym podjazdem, który po deszczu zmienia się w strumień błota i jest niemożliwy do pokonania. I tu właśnie przydaje się telefon satelitarny, przez który kierowcy przekazują sobie informacje o stanie szlaku. Jutro po naszych śladach przyjedzie pewnie kolejna wycieczka.


Obozowisko na dnie morza.
Słońce chowa się za Ustiurt. Nadjeżdżają gałęzie na ognisko, namioty już gotowe. W blasku samochodowych reflektorów zaczynamy jedyną w swoim rodzaju międzynarodową ucztę. Trzy paszporty uzbeckie, trzy polskie, po dwa rosyjskie, brazylijskie i francuskie, do tego jeden japoński. Wszystkich nas łączy butelka polskiej Żubrówki, która przebyła kilka tysięcy kilometrów właśnie po to, by zakończyć swoją podróż nad Aralem. Rozświetlone księżycem morze przygląda się naszej uczcie z oddali.

Czas wznieść toast za udaną wyprawę - dotarliśmy do celu!

Kiedy gasną samochodowe światła i wszyscy zaszywają się w swoich namiotach, atmosfera staje się jakaś dziwna, niepokojąca. Uderza nas panująca dookoła przeszywająca cisza. Nigdy w życiu czegoś podobnego nie doświadczyliśmy. Rzadko się bowiem zdarza zasypiać nie słysząc żadnego dźwięku - ani szumu wiatru, ani poruszających się na drzewach liści, czy dobijających do brzegu fal... Nie ma niczego. To miejsce nie żyje.

W nocy nad Aralem panuje martwa cisza.
W głębi ciemności, na drugim brzegu tego, co zostało z morza, kryje się miejsce, o którym wielu chciałoby zapomnieć - Wyspa Odrodzenia. Choć nadal nazywana jest wyspą, jakieś 15 lat temu stała się częścią lądu. W latach 50-tych XX wieku powstało tu największe w Związku Radzieckim laboratorium broni biologicznej. Miejsce do tego celu idealne: dookoła pustynia i kazachskie stepy. Tereny w większości bezludne, na dodatek oddzielone od wyspy kilometrami wody. Nikt przypadkowy tu się nie dostanie. Można swobodnie przeprowadzać badania.

Wiatry wieją tu najczęściej na południe, więc wszelkie wywołane sztucznie epidemie rozwieją się nad setkami kilometrów morza, zanim dojdą do Mujnaku. Nikt się nie dowie. Broń skierowana na zachód unicestwi co najwyżej biegające po Ustiurcie dzikie zwierzęta, których truchła zostaną namierzone z powietrza i czym prędzej zagrzebane.

Wyspa Odrodzenia - zdjęcie wykonane przez amerykańskiego satelitę szpiegowskiego w 1964 roku.
Źródło: http://earthobservatory.nasa.gov/IOTD/view.php?id=77193

Na wyspie powstało miasto - Kantubek (zwane też Aralsk-7). Ulokowano tam garnizon wojskowy, powstały osiedla dla oficerów i ich rodzin. Szkoła, sklepy, jakaś mordownia, gdzie można zajść na kilka głębszych, było też lotnisko, z góry układające się w upiorny kształt wieloramiennej gwiazdy. Ślad po nim można zobaczyć do tej pory na zdjęciach satelitarnych Google. Wśród zabudowań powstało również coś, co do złudzenia przypominało cele dla więźniów. Po co zwożono ich i przetrzymywano w ściśle tajnym mieście, którego nie wolno było umieszczać na mapach można się tylko domyślać.

Czasami, gdy prognoza pogody się nie sprawdzała, wiatr był za silny, albo zmienił swój kierunek przynosił ze sobą nad osiedla ludzkie zarazę dżumy, cholery czy wąglika. Przypadkowo życie tracili rybacy, którzy akurat przepływali za blisko, ofiary zdarzały się i na samej wyspie. Powstał tam nawet cmentarz dla tych, których absolutnie nie można już było przetransportować na ląd, by spoczęli w rodzinnych stronach.


 
 
Kantubek - miasto-widmo.
Więcej zdjęć na http://bigpicture.ru/?p=482671.

Pod koniec lat 1980-tych na Wyspę Odrodzenia zwieziono ponad 20 wagonów wąglika. Przypadkiem wyszło na jaw, że Związek Radziecki w tajnych laboratoriach produkuje śmiercionośną zarazę i w obawie przed amerykańską kontrolą postanowiono schować wszystko w miejscu idealnym. Na terenie wyspy zostało zakopanych dziesiątki beczek, zawierających  śmiercionośny wirus, Tym samym miejsce to stało się ponoć największym składowiskiem wąglika na świecie.

Cztery lata później, w 1992 roku, prezydent Borys Jelcyn podpisał ukaz likwidujący wojskowe laboratorium na wyspie. Część wyposażenia wywieziono, a dokumentację zniszczono. Samo miejsce nadal jednak przyciąga różnych żądnych wrażeń szaleńców czy ekologów, którzy w kolejnych ekspedycjach starają się unieszkodliwić to, co nagromadzono w laboratorium przez 40 lat jego istnienia.

Leżymy w namiocie, rozmyślając o losach Wyspy Odrodzenia. Nagle pojawia się silny północny wiatr. Zupełnie jak wtedy, gdy przywiewał ze sobą nad Karakałpację i Ustiurt śmiertelną zarazę. Nie hamuje go nic, jesteśmy przecież na płaskowyżu. Szarpany wiatrem namiot wygina się na wszystkie strony. Boimy się, że wątła konstrukcja pokryta cienką warstwą materiału nie wytrzyma tej próby. Dookoła słychać pełne obaw rozmowy w różnych językach. Zwieje? Nie zwieje? Wywieje?

Nad umierającym morzem wstaje nowy dzień.
Nowy dzień wstaje nad umierającym morzem. Ile jeszcze razy wschodzące słońce odbije się w jego tafli? Wiatr nadal wieje. Szybkie śniadanie, zwijamy namioty i wyruszamy, już po płaskowyżu, w drogę powrotną. Z lewej strony towarzyszy nam położone kilkadziesiąt kilometrów niżej morze, z prawej - bezkresny płaski Ustiurt. Miejsce bezludne, oddalone od cywilizacji o setki kilometrów. Nic zatem dziwnego, że upodobali je sobie naukowcy z nie tak znowu oddalonego kosmodromu Bajkonur jako złomowisko kosmicznych odpadów.


Kaniony na dnie Aralu - widok z płaskowyżu Ustiurt.
Kolejny karkołomny zjazd doprowadza nas do podnóża płaskowyżu, do małej rybackiej osady. Suchy, piaszczysto-gliniany krajobraz i zrujnowane budynki do złudzenia przypominają widoki znane z telewizyjnych relacji z wojny w Afganistanie. Jednak tutaj atmosfera nie jest napięta. Co ciekawe, osada nie jest położona nad wodą. Za każdym razem rybacy przedzierają się przez zarośnięte trzciną błotniste grzęzawisko, by dotrzeć do położonego kilka kilometrów stąd płytkiego jeziora o nazwie Sudoczje, które kiedyś stanowiło część Aralu. Ten niewielki skrawek wody zapewnia byt okolicznym mieszkańcom.



Osada rybacka i jezioro Sudoczje.
To już ostatni etap podróży. Z setką na liczniku mkniemy po dziurawej "szosie" położonej na dnie dawnego morza. Gdzieś na horyzoncie towarzyszy nam złowieszcza burza piaskowa. Przygoda dobiega końca. Każdy kilometr przybliża nad do cywilizacji. Po nieprzespanej nocy jesteśmy potwornie zmęczeni, ale szczęśliwi. Udało nam się zobaczyć Morze Aralskie zanim zniknęło w piaskach pustyni.

Bezkresny płaskowyż Ustiurt.
Aral fascynował nas od dawna, dużo nim czytaliśmy. Z każdym kolejnym artykułem i reportażem na temat tego miejsca rosła pokusa, aby zobaczyć je na własne oczy. Najwięcej inspiracji dała nam książka "Może morze wróci" naszego rodaka, Bartka Sabeli, który kilka lat przed nami również przyjechał tu by dorwać uciekające morze. Warto poczytać, pooglądać, porównać.

A czy morze wróci? Na północy, w Kazachstanie i owszem. Zbudowano zaporę, która ostatecznie pogrążyła "duży" Aral. Woda zbliża się tam już do dawnego portu, a kutry znów wypływają na połów. Uzbekistanowi zaś morze wydaje się niepotrzebne - jest przecież bawełna, jest gaz, i to w dodatku na dnie osuszonej wanny. Obiecaliśmy sobie, że wrócimy do Uzbekistanu, kiedy wróci tam morze. Liczymy, że kiedyś to marzenie się ziści.

GARŚĆ INFORMACJI PRAKTYCZNYCH DLA PLANUJĄCYCH WYPRAWĘ NAD ARAL

- Podróż nad Aral najlepiej rozpocząć w Nukusie, stolicy Karakałpakstanu, oddalonej od Mujnaku o ok. 200 km. O wiele łatwiej znaleźć tam doświadczonego kierowcę z odpowiednim samochodem. Większe jest też prawdopodobieństwo spotkania w Nukusie towarzyszy podróży, z którymi będzie można podzielić się kosztami wyprawy.

- Wyjazdy nad Aral organizuje miejscowy hotel Jipek Joli (http://ayimtour.com/). Koszt wynajmu samochodu terenowego z kierowcą wynosił w 2015 roku 480 dolarów (dla maksymalnie 4 osób). Dodatkowo hotel oferował wynajem namiotów (10 dolarów za namiot dwuosobowy), śpiworów (3 dolary za śpiwór), a także wyżywienie (tutaj koszty były bardzo wysokie - 36 dolarów za 3 posiłki, co biorąc pod uwagę ceny jedzenia w Uzbekistanie jest kwotą z kosmosu).

- Oprócz wypraw nad Aral, Jipek Joli oferuje również noclegi i zameldowanie w Nukusie. Z uwagi na wysokie ceny nie warto rezerwować pokoju wcześniej. Na miejscu można wynegocjować cenę dwa razy niższą, niż oficjalna. Na czas wyprawy można w hotelu pozostawić zbędny bagaż. Co ważne, hotel wystawia zameldowanie również na nocleg, spędzony nad Aralem!

- Wyprawa nad Aral trwa 1,5 dnia. Trasa liczy ok. 700-750 km (wg wersji oficjalnej 900 km, ale jest to mało prawdopodobne). Obejmuje kilka przystanków: Nukus - Mizdakchan - Mujnak - przylądek Aktumsk (nocleg) - jez. Sudoczje - Kungrad - Nukus.

- Warto zabrać ze sobą: ciepły śpiwór, karimatę, ciepłą odzież (w uwagi na silny wiatr noce nad Aralem są bardzo zimne), duży zapas wody, latarkę.

- Pracownicy hotelu Jipek Joli mówią dobrze po angielsku, jednak z kierowcami można dogadać się jedynie po rosyjsku, więc warto się zawczasu do tego przygotować.

***

Post stworzyli dla Was Martyna Nełka i Łukasz Piotrowski. Jeśli macie pytania, znajdziecie nas na FB -> https://www.facebook.com/PrzystanekPragaKierunekWschod.

niedziela, 14 lutego 2016

Twarze Uzbekistanu

Dziś chciałabym zabrać was w podróż tropem wspomnień z ubiegłorocznej podróży do Uzbekistanu. Motywem przewodnim będą portrety mieszkańców tego kraju i związane z nimi opowieści oraz ciekawostki. 

Buchara, właściciel sklepu spożywczego.
Przeciętny uzbecki sklep spożywczy jest niewielki i nieco zapuszczony. Asortyment jest zwykle skromny, ale znajdziecie tutaj wszystkie podstawowe artykuły, a przede wszystkim dużą ilość wód i napojów (ze względy na panujące w tym kraju upały jest to towar pierwszej potrzeby). Brakuje tylko zimnego piwa - żeby je kupić będziecie musieli znaleźć sklep monopolowy. W zwykłym spożywczaku alkoholu nie ma (wyjątek stanowił Nukus, tutaj "prohibicja" jeszcze chyba nie dotarła). Warto uważać na daty ważności, zwłaszcza na produktach, które cieszą się niewielką popularnością wśród miejscowych. Uzbecy raczej nie przejmują się tym, że sprzedają towary nieco przeterminowane. :)

Bywa, że małe sklepiki mieszczą się w prywatnych domach lub mieszkaniach. Na taki fenomen natrafiliśmy  m. in. w Taszkiencie. W otwartym na oścież oknie niewielkiego domku siedział kilkunastoletni chłopiec, ze wszystkich stron obstawiony słodyczami i napojami. Stała za nim zwykła, trochę starawa lodówka, prawdopodobnie przeniesiona z kuchni specjalnie po to, by chłodzić w niej wodę. W tle widać było skromnie urządzony pokój. 

I jeszcze jedno wspomnienie: dzieci za ladą. To też obrazek dosyć popularny w Uzbekistanie. Czasami zastępują one dorosłych, pilnując rodzinnego interesu. 

Buchara, artysta przed meczetem.
Obowiązkowym przystankiem w podróży po Uzbekistanie powinna być Buchara. To miasto wyjątkowe, ponieważ całe usiane jest zabytkowymi medresami (szkoły koraniczne), meczetami i minaretami. Część budynków jest opuszczona i niszczeje. Niektóre zaadaptowano i służą teraz jako hotele, restauracje czy sklepy. Najciekawsze jest jednak to, że wśród tych wszystkich starych budowli toczy się życie codzienne mieszkańców miasta. Nie dziwcie się zatem, kiedy obok maleńkiego meczetu zobaczycie pasącego się na ulicy barana, albo wiekowe żyguli, zaparkowane tuż przy wejściu do zabytkowej, pięknie zdobionej medresy.



Spacerując po uliczkach Buchary na każdym kroku spotyka się dzieci. Tutaj nikt nie siedzi w domu. Dzieciaki bawią się na ulicy, w mniejszych lub większych grupkach. Biegają, grają w nogę, albo po prostu siedzą na schodach i obserwują, co się dzieje dookoła. Na widok turystów wołają: "hello!" i przyglądają się im z zaciekawieniem. Niektóre zapytają po angielsku skąd jesteście. 5-6 latki opiekują się 2-latkami. Dookoła nie widać zbyt wielu dorosłych, najczęściej są to babcie lub dziadkowie, siedzący na progach domów i przyglądający się przechodniom. Życie płynie tutaj dużo wolniej. Każdy każdego zna. Wieczorami siada się i rozmawia przy herbacie. Wszystko jest prostsze. 

Okolice Mujnaku, chłopiec bawi się z psem.
Dzieci towarzyszą nam przez całą podróż. Turyści budzą ich żywe zainteresowanie. Część maluchów chętnie pozuje do zdjęć. Ten malec powyżej w dosyć nietypowej pozie. :)
Chiwa, uczniowie.
W pierwszych dniach podróży po Uzbekistanie naszą uwagę przyciągały odświętnie ubrane dzieci, spacerujące po ulicach miast. Dziewczynki miały na sobie białe bluzki, czarne spódnice i białe rajstopy (mimo upału!), a we włosy wpięły gigantyczne białe kokardy. Chłopcy byli ubrani w białe koszule i garnitury. Z uwagi na to, że zbliżał się 1 września, uznaliśmy, że dzieciaci wybierają się na rozpoczęcie roku szkolnego. Taki obrazek powtarzał się jednak dzień w dzień. Okazało się, że Uzbecy przywiązują bardzo dużą wagę do tego, aby dzieci chodziły do szkoły w odpowiednim stroju. Nie ma co prawda mundurków, ale zasady dotyczące ubioru są dosyć surowe. Strój, który w Polsce widuje się coraz rzadziej nawet przy okazji rozpoczęcia i zakończenia roku szkolnego, dla uzbeckich dzieci i młodzieży jest ubiorem codziennym, i to obowiązkowym.


Chiwa, sprzedawca mięsa na bazarze.
Warunki sanitarne to w Uzbekistanie temat śliski. W porównaniu z sąsiednim Tadżykistanem jest tu naprawdę bardzo dobrze. Na podstawie własnych doświadczeń mogę stwierdzić, że przy zachowaniu odrobiny rozsądku i podstawowych zasad higieny (co często oznacza noszenie ze sobą własnego mydła - z tym bywa czasami krucho) można przeżyć w tym kraju 2 tygodnie jedząc wszystko, na co ma się ochotę. Niektóre obrazki budzą jednak niepokój. Na przykład takie stoiska z mięsem na bazarze. :)

Samarkanda, bazar.
Jeśli chcecie wybrać się na zakupy i przy okazji wczuć się w atmosferę Wschodu, koniecznie wybierzcie się na bazar. To miejsce niezwykle kolorowe, aromatyczne i bardzo głośnie. Handlarze będą przywoływać was do siebie, częstować tym, co sprzedają i za wszelką cenę nakłonić do zakupu. Pamiętajcie o targowaniu się - w przeciwnym razie na pewno słono przepłacicie za zakupione towary.

Taszkent, bazar Czorsu.
Jeśli przypadnie wam do gustu miejscowa kuchnia i będziecie mieli ochotę odtworzyć smak uzbeckich dań w domu, możecie kupić na bazarze gotowe mieszanki przypraw do wybranych dań. Handlarze sami je dla was przygotują i opowiedzą, do jakich potraw czego używać. Oczywiście, żeby się z nimi dogadać, dobrze jest znać rosyjski, albo zapamiętać chociaż nazwy uzbeckich dań.

Chiwa, nocny rozładunek melonów na bazarze.
Melony są narodową dumą Uzbeków. Na każdym kroku przekonują nas, że właśnie w ich kraju te owoce są najdorodniejsze, najsłodsze i najsmaczniejsze. Na bazarach znajdziecie całe stosy ogromnych żółtych kul. Straganami, na których sprzedawane są melony i arbuzy, usiane są ulice Taszkentu i innych uzbeckich miast. Owoce te można również bez trudu kupić przy drodze w każdym zakątku kraju. Uzbecy są z nich na tyle dumni, że potrafią zabierać je ze sobą jadąc zagranicę w odwiedziny do bliskich. (I czasami może się tak zdarzyć, że wasz plecak znajdzie się w samolocie pod kartonem ze zgniecionymi na miazgę i ociekającymi lepkim sokiem melonami. To akurat opowieść z życia. ;)

Taszkent.
Taszkent, stolicę Uzbekistanu, według nieoficjalnych danych zamieszkuje ponad 3 miliony ludzi. Jest to miasto o dwóch obliczach. Oficjalna część, usiana urzędami, ministerstwami i innymi budynkami użyteczności publicznej jest zadbana i pełna przepychu. Wszechobecne fontanny, marmurowe wykończenia i soczyście zielone, idealnie przystrzyżone trawniki robią wrażenie na turystach. Architektura przypomina nam, że Taszkent był do niedawna stolicą jednej z republik ZSRR - monumentalne budynki, szerokie ulice i ogromne place to wizytówka radzieckich architektów. 

Taszkent. Za ekranem ustawionym wzdłuż jednej z głównych arterii komunikacyjnych skrywa się drugie, mniej reprezentacyjne oblicze stolicy.
 Jest jednak druga część miasta - znacznie bardziej skromna i uboga. Żeby nie straszyć turystów, władze oddzieliły ją od drogi specjalnymi ekranami. Nie mają one jednak wygłuszać szumu i hałasu jednej z głównych arterii komunikacyjnych Taszkentu. Ich zadaniem jest zasłanianie zniszczonych domów należących do uboższych mieszkańców, które zdaniem władz nie pasują do obrazu nowoczesnej i ciągle rozwijającej się stolicy silnego kraju.

Nukus, w drodze nad Aral.
Na uzbeckich drogach nie brakuje oryginalnych środków transportu. Na prowincji takie wynalazki można zobaczyć bardzo często. O tym, jak trudno w Uzbekistanie kupić samochód i czemu musi być on biały pisałam w jednym z poprzednich postów.

Taszkent. Mężczyzna łapie "taksówkę" przy drodze.
Podobnie jak w wielu krajach Wschodu, również w Uzbekistanie taksówką może być każdy zatrzymany samochód. Jak skorzystać z takiego środka transportu? Wystarczy stanąć przy drodze i delikatnie zasygnalizować mijającym nas kierowcom, że jesteśmy zainteresowani podwiezieniem. Najczęściej wystarczy nawiązać z nimi kontakt wzrokowy. Jeśli kierowca będzie chciał nas podwieźć, zjedzie na prawy pas (a w skrajnych przypadku po prostu zatrzyma się na środku drogi, tamując ruch) i zapyta, dokąd chcemy jechać. Jeśli zmierza w tym samym kierunku - mamy naszą "taksówkę". Musimy jeszcze tylko wynegocjować z kierowcą cenę za przejazd. Czy taka forma podróżowania jest bezpieczna? Miejscowi korzystają z niej cały czas, więc raczej nie musimy obawiać się, że trafimy na szaleńca, który będzie chciał nas wywieźć nie wiadomo dokąd i okraść. Oczywiście, jak zawsze trzeba być ostrożnym i najlepiej dokładnie wyjaśnić kierowcy, dokąd chcemy jechać, żebyśmy przypadkiem nie znaleźli się w zupełnie innej części miasta, niż zamierzaliśmy.

I na koniec mój ulubiony obrazem z Uzbekistanu. Chiwa, niedzielne przedpołudnie. Spacerując po mieście natrafiamy na... tańczące Eurydyki. Tak je nazwałam. Panie mają w sobie niesamowitą grację i pogodę ducha. Ich taniec idealnie oddaje klimat, panujący na Wschodzie.

czwartek, 22 października 2015

10 przykazań podróżnika po Uzbekistanie

Zachód słońca w Chiwie. Na zachętę, dla planujących podróż po Uzbekistanie. :)
Po pierwsze: Nie wymieniaj pieniędzy w kantorach

Do Uzbekistanu najlepiej przywieźć ze sobą dolary. Pieniędzy w żadnym wypadku nie należy wymieniać w bankach i kantorach. Oficjalny kurs jest dużo gorszy od rzeczywistego i wynosi ok. 2300 sumów za dolara. Na czarnym rynku spokojnie można dostać za dolara 2 razy więcej – w sierpniu 2015 roku kurs wynosił 4600 sumów.

Gdzie wymieniać pieniądze? Najłatwiej to zrobić na bazarze – kręci się tam pełno handlarzy walutą, którzy trzymając w rękach reklamówki pełne banknotów zaczepiają turystów krótkim pytaniem „change money?”.  Wymianę waluty mogą Wam zaproponować także właściciele pensjonatów i hosteli, pracownicy sklepów czy taksówkarze. My pieniądze wymienialiśmy u rzeźnika, który w swojej budce oprócz wiszących na hakach wielkich kawałków wołowiny miał również sejf wypełniony po brzegi miejscową walutą.  

Jeśli czytaliście już inne relacje z podróży po Uzbekistanie na pewno wiecie, że tutaj pieniędzy nie nosi się w portfelach. Nic by się do nich nie zmieściło. Najwyższym nominałem w tym kraju jest banknot o wartości 5000 sumów (to trochę więcej niż 1 dolar, ok. 4 złotych). Są jeszcze banknoty 1000, 500 i 200 sumów (ten ostatni ma wartość ok. 17 groszy).  Jak łatwo sobie wyobrazić, płacenie przy pomocy tych banknotów nie jest rzeczą łatwą. Na szczęście w większości sklepów, hoteli i dworców są liczarki.

Tak ogromne ilości pieniędzy trzeba niestety nosić w plecaku. Jeśli wymienicie za jednym razem 300 dolarów i tak jak my dostaniecie tę sumę w banknotach 1000 sumów, musicie liczyć się z tym, że w takim plecaku oprócz pieniędzy niewiele się już zmieści. :)

A w czym noszą pieniądze miejscowi? Możliwości jest dużo. Taksówkarze trzymają je w schowkach samochodowych, panie w torebkach. Są też tacy, którzy noszą je po prostu w kolorowych reklamówkach, albo zwykłych czarnych foliowych torbach na zakupy, przypominających worki na śmieci.

Pieniądze w Uzbekistanie nie tylko sporo ważą, ale zajmują też dużo miejsca.
Ważna uwaga: w podróż po Uzbekistanie nie warto zabierać euro. Tutaj ta waluta nie cieszy się zbyt dużą popularnością, więc kurs wymiany jest o wiele mniej korzystny niż w przypadku dolara. Przykład z życia: w hotelu w Nukusie euro przeliczano na dolary w stosunku 1:1.

I jeszcze jedno. W miarę możliwości warto unikać wymieniania pieniędzy na lotniskach czy dworcach. Kurs wymiany w takich miejscach jest zwykle dużo gorszy, niż w mieście.

Po drugie: Nie rób zdjęć „obiektom strategicznym”

… albo rób je tak, żeby nikt tego nie zauważył. W Uzbekistanie obiektem strategicznym może być wszystko, od dworców, lotnisk i stacji metra, rzekę Amu-darię, pola bawełny czy… nieczynne fabryki (np. zakłady przetwórstwa rybnego w Mujnaku -  dawnym porcie Morza Aralskiego).

Mujnak, nieczynne zakłady przetwórstwa rybnego (fotografowane z zachowaniem zasad konspiracji).
Skąd to obsesyjne zakazywanie fotografowania wszystkiego, co nie jest atrakcją turystyczną? Trudno powiedzieć, jednak wpisuje się to idealnie w całą serię absurdalnych zakazów i uporczywą potrzebę kontrolowania wszystkiego i wszystkich, jaka charakteryzuje uzbeckie władze. Zdjęć nie wolno robić, i tyle. Za złamanie zakazu grożą spore nieprzyjemności, np. przesłuchanie na milicji czy zarekwirowanie karty pamięci z feralnymi zdjęciami. Przydarzyło się to jednemu z naszych paputczikow, kiedy fotografował Amu-darię na granicy z Afganistanem. Pech chciał, że przyłapali go na tym milicjanci, więc musiał się gęsto tłumaczyć, po co mu zdjęcia tego „obiektu strategicznego”.

Kolejny "obiekt strategiczny" - sekretne pola bawełny.
Zakaz fotografowania to jeden z powodów, dla których nie warto wjeżdżać na wieżę telewizyjną w Taszkiencie. Za wstęp trzeba słono zapłacić (bilet kosztuje 15 dolarów, co na warunki uzbeckie jest już małą fortuną), a samo zwiedzanie do najprzyjemniejszych nie należy. Turystom towarzyszą milicjanci ochraniający obiekt, którzy bacznie obserwują, czy ktoś aby nie za dokładnie przygląda się miastu. Oczywiście o fotografowaniu nie ma mowy. Aparaty, kamery i komórki wraz z całym dobytkiem trzeba zostawić na dole w portierni.

Taszkient, wieża telewizyjna.
Zakazy zakazami, ale czasami aż korci, żeby któryś z licznych „obiektów strategicznych” sfotografować. Warto próbować, trzeba tylko pamiętać o zachowaniu zasad konspiracji i po prostu robić to dyskretnie. :)

Po trzecie: Bilety na pociąg kupuj z wyprzedzeniem

Dlaczego? Powodów jest wiele, a najważniejszym jest chyba fakt, że w Uzbekistanie nie można wejść na teren dworca kolejowego bez ważnego biletu na pociąg. Gdzie zatem je kupić? Kasy biletowe położone są poza terenem dworca, w jego najbliższym sąsiedztwie. Jest tam dosyć tłoczno i w niektórych miastach możecie natknąć się na ogromne kolejki, więc nie warto zostawiać kupna biletu na ostatnią chwilę, bo po prostu można nie zdążyć dopchnąć się do okienka.

Warto wiedzieć, że pociągi w Uzbekistanie cieszą się dosyć dużą popularnością. Składy często liczą po kilkanaście wagonów i zabierają w podróż kilkuset pasażerów. (Nasz rekord to pociąg relacji Urgencz-Taszkient, który składał się z 22 wagonów i wiózł niemal 900 podróżnych).

Pociąg relacji Urgencz-Taszkient, absolutny rekordzista pod względem liczby wagonów.
Po czwarte: Cierpliwie znoś niezliczone kontrole i rejestracje

Jak już wspomniałam, aby w Uzbekistanie wejść na teren dowolnego dworca kolejowego, należy okazać pilnującym wejścia milicjantom bilet i paszport (bilety są imienne, znajdują się na nich takie informacje, jak imię i nazwisko podróżnego, numer jego paszportu, obywatelstwo oraz data urodzenia). Po wejściu do budynku dworca czas na kontrolę bezpieczeństwa (nasz bagaż jest prześwietlany a my przechodzimy przez bramkę z wykrywaczem metalu) i ponowne sprawdzanie paszportu i biletu. I jeszcze jedna kontrola przy wsiadaniu do wagonu. Ufff, udało się, jedziemy.

Samarkanda, dworzec kolejowy. Zaraz czeka nas kolejna kontrola.
Na lotniskach cały proces jest nieco bardziej skomplikowany. W sumie podróżnych sprawdza się 6-7 razy. Kontrole przechodzi się też na stacjach metra - tutaj paszporty raczej nie będą potrzebne, ale możecie być pewni, że funkcjonariusze milicji zajrzą do waszych plecaków i toreb.

To nie wszystko. Nie dziwcie się, jeśli milicjanci zatrzymają wasz samochód na środku drogi i poproszą o okazanie dokumentów. Albo gdy pracownik muzeum, które zaraz będziecie zwiedzać poprosi was o podanie swoich danych. Wszystkie informacje z waszych paszportów spiszą też właściciele hosteli czy pensjonatów, w których będziecie się meldowali. Co ciekawe, wszystkie te osoby będą zapisywać informacje o was w zwykłych zeszytach. Co się potem dzieje z tymi "kronikami" - nie wiadomo. Jedno jest pewne - tego typu kontrole nie mają chyba większego sensu, skoro pozyskanych w ten sposób danych nie da się w żaden sposób przeanalizować. To taka sztuka dla sztuki, coś, do czego wszyscy w Uzbekistanie przywykli, rytuał, za pomocą którego władza demonstruje swoją siłę i pokazuje, że nic nie umknie jej uwadze.

Jak zatem znosić wszechobecne kontrole? Z cierpliwością i uśmiechem. A po 5 dniach po prostu z cierpliwością. Innej rady nie ma. 

Po piąte: Zawsze się targuj

Robiąc zakupy na bazarach czy ulicznych straganach przygotujcie się na to, że nigdzie nie znajdziecie kartek z cenami produktów. To normalne na Wschodzie (z resztą nie tylko). Cenę ustala sprzedawca na podstawie waszego wyglądu i zachowania. Powszechnie wiadomo przecież, że przyjezdni nie znajdą prawdziwych cen towarów, więc można na nich zarobić, To nie żaden grzech, tylko ogólnie przyjęta praktyka w tej części świata. To, ile zapłacicie za wybrany towar zależy od waszych umiejętności negocjacyjnych.

Targować się warto zawsze, niezależnie od tego, czy kupujemy rzeczy droższe, takie jak pamiątki i upominki, czy tańsze, np. pocztówki, owoce, itp. Jest to swego rodzaju rytuał, nieodłączny element bazarowego ekosystemu. Jak targować się skutecznie i nie dać się naciągnąć? Ja mam na to kilka sposobów.

Bazar w Samarkandzie.
Przede wszystkim zamiast rozmawiać z handlarzami po angielsku, warto przejść na rosyjski. Ponoć dzięki temu już na samym wstępie sprzedawca może zaoferować nam niższą cenę. Jeśli nie znacie rosyjskiego, nauczcie się kilku podstawowych słów - to wystarczy, aby porozumieć się z handlarzami.

Jeśli chcecie kupić kilka rzeczy, zawsze możecie użyć tego argumentu, aby obniżyć ich cenę. Wiadomo, że za zakup hurtowy należy się zniżka. Jeśli podróżujecie w grupie, jesteście w jeszcze lepszej sytuacji. Róbcie zakupy razem i używajcie tego jako karty przetargowej.

Bazar w Samarkandzie, stoisko z tiubietejkami (tego typu czapeczki są tradycyjnym nakryciem głowy wielu ludów Azji Centralnej).
A co w sytuacji, kiedy zaczęliście się targować, ale sprzedawca nadal nie chce zejść do ceny, którą jesteście w stanie zapłacić? Wtedy najlepiej po prostu odejść, albo powiedzieć, że chcecie się jeszcze rozejrzeć. W dziewięciu przypadkach na dziesięć uda wam się dzięki temu utargować jeszcze parę tysięcy sumów.

Stoisko z pamiątkami w Chiwie.
Pamiętajcie, żeby nie wierzyć w opowieści sprzedawców, którzy będą przekonywali, że nigdzie indziej nie znajdziecie podobnych towarów, bo te oferowane przez nich są najlepsze, unikalne, jedyne w swoim rodzaju. To taki chwyt marketingowy. Wystarczy rozejrzeć się dookoła, by znaleźć 3 kolejne stragany, na których właściciele oferują identyczne przedmioty Nie czujcie się też zobligowani do kupienia czegoś tylko dlatego, że handlarz był dla was miły, rozmawiał z wami, może nawet opowiedział wam jakąś ciekawostkę dotyczącą Uzbekistanu. To kolejny wybieg, który ma was nakłonić do zakupu. Targując się miejcie na uwadze, że nawet jeśli handlarz zejdzie z ceny o połowę, i tak nie sprzeda wam produktu poniżej jego wartości. Nie musicie mieć wyrzutów sumienia, że przez was będzie stratny.

Po szóste: Unikaj rezerwowania noclegów

Zwykle to się po prostu nie opłaca. W Uzbekistanie można się bowiem targować również w hostelach, hotelach czy pensjonatach. Jeśli w mieście nie ma zbyt wielu turystów, cenę noclegu można zbić nawet o kilka-kilkanaście dolarów. Rezerwując pokój za pośrednictwem takich portali, jak booking.com, pozbawiamy się możliwości negocjowania ceny, bo siłą rzeczy zgadzamy się na tę podaną w ofercie. Co ważne, uzbeckie hotele dopiero od kilku lat nieśmiało pojawiają się w sieci. Z roku na rok jest ich coraz więcej, jednak wiele ciekawych miejsc jeszcze nie dotarło tam ze swoją ofertą.

Nie musicie się obawiać, że po przyjeździe zostaniecie na bruku. W największych miastach turystycznych, czyli Bucharze, Samarkandzie i Chiwie miejsc noclegowych jest naprawdę sporo. Z kolei w mniej popularnych miastach nie ma zbyt wielu turystów, więc właściciele hoteli walczą o tych, którzy tam jednak docierają.

Po siódme: Jedz tam, gdzie miejscowi

Restauracja Mavrigi, Buchara.
O tym, co warto zjeść w Uzbekistanie pisałam w poprzednim poście. Teraz skupmy się na tym, gdzie zjeść. Złota zasada, aby jadać tam, gdzie jadają miejscowi sprawdza się również w tym kraju. Jeśli chcecie zjeść tanio, smacznie i bez sensacji żołądkowych, wybierajcie restauracje i czajchany, gdzie jest sporo ludzi. Duży ruch to gwarancja, że jedzenie, które zostanie wam podane, będzie świeże. Unikajcie restauracji typowo turystycznych, skupionych przy najważniejszych zabytkach - ceny dań są w nich zwykle bardzo zawyżone.

Tanio i smacznie zjecie w czajchanach przy bazarach. Nie spodziewajcie się jednak bogatego menu, często serwują one tylko kilka prostych dań. W każdym mieście jest jednak kilka dobrych tanich restauracji, gdzie możecie spróbować specjałów uzbeckiej kuchni. W Bucharze polecam znajdującą się w zabytkowej medresie restaurację Mavrigi, w Nukusie - restaurację Jipek Joli (nie mylić z hotelem o tej samej nazwie).

Po ósme: Nie czuj się zbyt pewnie na przejściach dla pieszych

Pisałam już, że podczas pieszych wędrówek po uzbeckich miastach jesteśmy narażeni na pułapki w postaci ogromnych dziur w chodnikach, otwartych studzienek kanalizacyjnych czy krawężników półmetrowej głębokości. Niezbyt pewnie powinniśmy się czuć także na przejściach dla pieszych. O ile dla nas oczywiste jest, że kiedy zapala się zielone światło, możemy śmiało wejść na jezdnię, bo to my mamy pierwszeństwo, a nie skręcające z prostopadłej ulicy auta, o tyle uzbeccy kierowcy zdają się nie znać tej zasady, albo ją totalnie ignorować. I tak, przechodząc przez pasy musimy się bacznie rozglądać, czy przypadkiem nie wchodzimy komuś pod koła. Jeśli liczymy na to, że kierowcy samochodów skręcających w naszą ulicę przepuszczą nas na przejściu, możemy się bardzo przeliczyć.

Całe szczęście na uzbeckich drogach samochodów nie jest jeszcze tak dużo. W tym kraju auto to wciąż dobro luksusowe, na które stać tylko zamożniejszych obywateli. Aby kupić samochód, trzeba najpierw uzbierać wkład własny wynoszący 80% jego wartości, a potem wpisać się na listę oczekujących. (Nie przypomina wam to czegoś? Cofnijcie się w czasie o 30-40 lat).

Co ciekawe, po drogach jeżdżą niemal wyłącznie auta produkcji krajowej. Zdziwieni? Tak, Uzbecy robią auta, co więcej, eksportują je do innych krajów Azji. Są to samochody marek Daewoo i Chevrolet, produkowane na zachodnich licencjach. Ich jakość nie powala, więc i cena jest stosunkowo niska.

Chiwa, parking przy bazarze i morze białych samochodów.
Jeśli ktoś chciałby sprawić sobie zagraniczne auto, musi liczyć się z koniecznością zapłacenia horrendalnego podatku od luksusu (porównywalnego do ceny samego samochodu). Nic dziwnego, że na drogach Uzbekistanu mija się tylko Chevrolety i Matizy - do tego niemal wszystkie w kolorze białym (wiadomo, biały lakier najtańszy). Za każdym razem przechodząc obok parkingów, wypełnionych białym morzem identycznych aut zastanawiałam się, jak ich właściciele rozpoznają, które należy do nich. Chyba tylko po numerze rejestracyjnym.

Po dziewiąte: Unikaj wizyt na stacjach benzynowych

Wysiadasz z taksówki. Dookoła widzisz druty kolczaste. Auto odjeżdża, ustawiając się za 10 innymi białymi Matizami. Ty stajesz pod wiatą i czekasz. Razem z tobą czeka kilkanaście innych osób. Jesteś przy uzbeckiej stacji benzynowej. Nie możesz wjechać razem z kierowcą na jej teren, musisz wysiąść i poczekać, aż zatankuje. Taka jest zasada.

Stacja benzynowa w okolicach Chiwy.
I otaczający ją płot z drutu kolczastego.
W Uzbekistanie większość samochodów jeździ na gaz. To najtańsze i najbardziej dostępne paliwo. Na stacjach można też kupić benzynę, ale jest mniej popularna. Nie znajdziemy tam za to oleju napędowego. W Uzbekistanie jest to towar deficytowy, teoretycznie zatem nie można go kupić na użytek prywatny. Mogą z niego korzystać tylko pojazdy transportu miejskiego, służb ratunkowych, itp.

Oczywiście teoria teorią, ale trochę aut z silnikiem Diesla jeździ po uzbeckich drogach. Ich właściciele paliwo kupują "spod lady", czyli ze źródeł nie do końca legalnych. Tego typu tankowanie zwykle odbywa się na podwórku lub w bramie, a jego nieodłącznymi rekwizytami są lejek i gumowy wężyk. Jeśli zdecydujecie się na wyjazd terenówką nad Morze Aralskie, to doświadczenie na pewno was nie ominie.

Po dziesiąte: Bądź cierpliwy, kiedy pytają cię o Polskę

Czy Polska to część Rosji? Czy w Polsce mówi się po rosyjsku? Czy płacicie w Polsce dolarami? To 3 najciekawsze pytania, jakie zadali nam poznani w podróży Uzbecy. Z naszych rozmów z nimi wynika, że o naszym kraju nie wiedzą zbyt wiele. Polska kojarzy się głównie z unijnymi sankcjami gospodarczymi i konfliktem z Rosją. Wśród znanych Polaków wymieniają najczęściej Roberta Lewandowskiego i Lecha Kaczyńskiego. I to chyba tyle.

Nie ma się jednak co oburzać. Przeciętny Polak o Uzbekistanie wie jeszcze mniej (jeśli w ogóle wie cokolwiek), więc można wybaczyć Uzbekom te zabawne pytania. Swoją wiedzę czerpią głównie z rosyjskiej telewizji i taki obraz Polski mają w głowach. Odnoszą się jednak do Polaków z życzliwością. Chętnie pytają o warunki życia w Polsce, ceny, płace. Dziwią się, ze nie zarabiamy w Polsce tyle, ile na Zachodzie, przecież jesteśmy częścią Unii. Interesuje ich również jak wygląda u nas życie rodzinne (i na każdym kroku gorąco namawiają do ożenku).