Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania o nas, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty
Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania o nas, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty

sobota, 10 sierpnia 2013

Ruski podryw, czyli rzecz o relacjach damsko-męskich


Moskwa. Park Woroncowa. Upalny sierpniowy dzień. Razem z koleżankami siedzę na ławce i piję zimnego Mielnika. Naszą rozmowę na temat przewagi piwa polskiego nad rosyjskim zakłóca młody Rosjanin.

- Skąd jesteście? – pada pytanie. – Przyjechałyście z Niemiec? Usłyszeliśmy z kolegą, że chyba mówicie po niemiecku – chłopak, zadowolony, że udało mu się wzbudzić nasze zainteresowanie, macha do siedzącego niedaleko przyjaciela i zachęca go, żeby podszedł bliżej.

Nasze rozbawienie, wynikające z faktu, że pomylił Polki z Niemkami, nie wydaje się wprawiać go w zakłopotanie. Wręcz przeciwnie, coraz bardziej pewny siebie przysiada się do nas, chociaż miejsca na ławce niewiele. Po chwili dołącza do nas jego kolega. Po krótkim zapoznaniu („Ja jestem Siergiej, a to mój kolega Paweł”) rozpoczyna się…

„Podryw na Lenina”

Etap pierwszy: wywiad. Siergiej i Paweł nie owijają w bawełnę. Po kilku uwagach na temat tego, jak świetnie mówimy po rosyjsku, padają trzy pytania, które później będą nam zadawane jeszcze kilkakrotnie – zawsze w tej samej konfiguracji:
  1. Czy masz mieszkanie? (У тебя есть квартира?)
  2. Czy masz samochód? (У тебя есть машина?)
  3. Czy masz chłopaka? (У тебя есть парень?)

Nasze odpowiedzi wydają się chyba satysfakcjonujące, więc Siergiej (bardziej wygadany i „światowy”) pyta, co nas sprowadza do Moskwy. Tłumaczymy, że jesteśmy studentkami i przyjechałyśmy tutaj na kurs językowy, a przy okazji chcemy poznać realia życia w Rosji i pozwiedzać. Chłopcy wydają się uradowani i od razu oferują, że z chęcią oprowadzą nas po mieście. Następuje etap drugi rozmowy, czyli autoprezentacja.

Okazuje się, że Siergiej pracuje w prywatnej firmie, mieszka w stolicy zaledwie kilka miesięcy, a już udało mu się uzbierać na własne auto (zarabia 70 tysięcy rubli miesięcznie, ale nie chce wyjaśnić, czym dokładnie się zajmuje). Razem z Pawłem, świeżo upieczonym policjantem (którego uposażenie jest dużo niższe, wynosi zaledwie 28 tysięcy rubli) wynajmują mieszkanie w pobliskim bloku. Paweł dopiero kilka tygodni wcześniej przeniósł się do Moskwy i zaczął pracować, więc póki co ledwo wiąże koniec z końcem, ale jego marzeniem również jest posiadanie własnego samochodu (wnioskujemy z tego, że to właśnie „maszyna” czyni z rosyjskiego chłopaka prawdziwego mężczyznę). 

Obaj wychowali się w jednej z podmoskiewskich wsi i Siergiej od razu zaprasza nas do swojego rodzinnego domu na weekend. Jego ojciec pędzi samogon. Jeżeli w sobotę będziemy miały czas, może nas tam zawieźć i pokazać, jak się żyje na rosyjskiej prowincji. Do pomysłu wspólnego wyjazdu odnosimy się z rezerwą, więc chłopcy szybko zmieniają temat i teraz rozmawiamy o warunkach życia w Polsce. Paweł jednak nie daje za wygraną. Zdeterminowany, żeby umówić się na kolejne spotkanie, wytacza najcięższą artylerię.

Etap trzeci: negocjacje. Młody policjant wydobywa z plecaka swoje dokumenty i mówi, że pracuje na Placu Czerwonym. Pyta, czy już tam byłyśmy.

- Tak, pierwszego dnia, ale wybieramy się jeszcze raz, żeby wszystko na spokojnie zobaczyć.

- Niemożliwe, przecież bym was zauważył, takie krasawice! – wypala, po czym dodaje. – Pracuję w mauzoleum Lenina. Jak chcecie, mogę wam pokazać naszego wodza za darmo – zachęca. Kiedy się uśmiecha, pokazuje nam swoją ukruszoną jedynkę.

Chociaż wizja oglądania zabalsamowanych zwłok wodza rewolucji październikowej wydaje się niezwykle kusząca nie dajemy się zwariować (dla niezorientowanych – wstęp do mauzoleum jest bezpłatny, trzeba tylko odstać swoje w kilkusetmetrowej kolejce) i żegnamy się z nowymi znajomymi, którzy z minuty na minutę zaczynają być coraz bardziej uciążliwi. Chłopcy nie chcą jednak odpuścić. Po kilku nieudanych próbach wyciągnięcia od nas adresu i numerów telefonu postanawiają nas odprowadzić. Dopiero kiedy zapisuję sobie na kartce numer do Siergieja pozwalają nam odejść, odprowadzając nas zawiedzonymi spojrzeniami.

Rosyjska piękność

Szybko przekonujemy się, że trzy młode dziewczyny w krótkich spodenkach, zwykłych koszulkach i rozchodzonych trampkach pijące piwo w parku o czwartej po południu to w Moskwie „egzotyka”. Rosyjskie dziewczęta nie pozwalają sobie na taką „ekstrawagancję”. Zadbane, w sukienkach i butach na wysokim obcasie, nie siadają na trawie zajadając się sucharikami. Ich włosy są ułożone w nienaganne fryzury, wypielęgnowane paznokcie pokrywa lśniąca warstwa lakieru, a zamiast wygodnego plecaka noszą torebki zawieszone na łokciach. 

Młode Rosjanki muszą o siebie dbać, bo zdają sobie sprawę, że jest to ich jedyny sposób na znalezienie dobrego męża. Problemy demograficzne, między innymi wysoki współczynnik feminizacji (na 100 mężczyzn w Rosji przypada aż 116 kobiet), a także dużo niższa średnia długość życia przedstawicieli płci brzydkiej, zmagających się z chorobami cywilizacyjnymi, rozwojowi których sprzyja siejący spustoszenie wśród społeczeństwa alkoholizm, dają mężczyznom przewagę w sferze relacji damsko-męskich. Kobieta, która marzy o partnerze idealnym (mężczyzna z własnym mieszkaniem, samochodem i dobrą pracą, który do kieliszka zagląda tylko od czasu do czasu) musi przygotować się na ostrą rywalizację. Właśnie dlatego młode Rosjanki wydają sporo na zabiegi upiększające, kosmetyki, markowe ubrania, siłownię i wstępy do drogich klubów – to nic innego, jak inwestycja w przyszłość. Nagrodą dla najlepszych w tym codziennym konkursie piękności jest wymarzony dom i dostatnie życie u boku troskliwego mężczyzny.

W tej subtelnej grze panowie oczywiście też muszą dać coś z siebie. Przede wszystkim powinni zadbać o atrybuty prawdziwego faceta: samochód, mieszkanie, dobrą pracę i pieniądze – dziewczyna czy narzeczona w Rosji to bowiem nie lada wydatek. W zamian za wyrzeczenia i diety kobiety obsypywane są przez partnerów kwiatami i prezentami (często są to drogie perfumy, ubrania, biżuteria), zabierane na kolacje do wytwornych restauracji oraz na zagraniczne wycieczki. To transakcja wiązana. Co ciekawe, wygląd mężczyzny nie odgrywa tutaj decydującej roli. Właśnie dlatego w okolicach moskiewskich atrakcji turystycznych, gdzie lubią fotografować się nowożeńcy, można spotkać wiele pięknych panien młodych w towarzystwie o wiele mniej atrakcyjnych narzeczonych.

Przepis na miłość

Kaliningrad. Upalny lipcowy wieczór. Razem z koleżankami włóczymy się po ulicach miasta, na każdym kroku mijając gabinety kosmetyczne (салон красоты), kwiaciarnie i salony sprzedające suknie ślubne. Tak mniej więcej wygląda rosyjski przepis na miłość. Ona spędza czas w salonie, żeby spodobać się Jemu. On, żeby Ją zdobyć, obsypuje Ją kwiatami i prezentami. A wszystko to prowadzi do finału – ślubu, o którym marzy każda rosyjska dziewuszka. Oczywiście jest to duże uproszczenie, jak się jednak szybko przekonujemy, również w tym stereotypie tkwi ziarno prawdy, i to całkiem spore.

„U was w Polsce wszystko jest prostsze…”

Romę i Nastję spotykamy przed sklepem spożywczym w centrum Kaliningradu. Dziewczyna zagaduje nas, bo słyszy, że mówimy po polsku. Jest studentką polskiej filologii na pobliskim uniwersytecie. Widok Polaków ją cieszy, proponuje, że pokaże nam kilka ciekawych miejsc. Umawiamy się na spotkanie następnego dnia. Okazuje się, że Nastja się spóźni, przysyła do nas swojego chłopaka. Roma nie wydaje się chyba szczególnie zachwycony perspektywą popołudnia spędzonego z kilkoma polskimi studentkami, które na domiar złego łamią wszystkie konwenanse i kupują mu w klubie piwo, odmawiając wzięcia za nie pieniędzy.  Speszony chłopak szybko jednak się rozluźnia. Jest szczerze zaskoczony naszym podejściem do życia. Śmieje się, kiedy mówimy mu, że kwiaty w Polsce kupuje się dziewczynom na specjalne okazje albo kiedy chce się je za coś przeprosić.

- W Polsce relacje między dziewczyną a chłopakiem są o wiele prostsze – tłumaczy Roma. - Wy jesteście o wiele bardziej niezależne. Nie myślicie tylko o ślubie. Możecie wyjść do klubu w dżinsach i koszulce i to jest ok. - Po czym dodaje - Faceci u was też mają łatwiej. Nie muszą się martwić, żeby szybko znaleźć dobrą pracę i mieć pieniądze. Oceniacie siebie nawzajem na podstawie zupełnie innych kryteriów.

O ile Romie zdaje się podobać ten bardziej „zachodni”, jak sam go nazywa, styl relacji damsko-męskich, Nastja ma na ten temat inne zdanie. Chociaż jest młodą, aktywną studentką, która pracuje i często podróżuje, otwarcie przyznaje, że potrafi obrazić się, gdy chłopak przez dłuższy czas nie przynosi jej kwiatów. Chętnie przyjmuje od niego drogie prezenty. Romę stać na nie, ponieważ pracuje w branży naftowej. To jeden z tych chłopaków, o których kobiety w Rosji tak zaciekle walczą. Z wykształcenia ekonomista, właśnie rozpoczął kolejne studia w Petersburgu. Ze względu na pracę często musi wyjeżdżać do Skandynawii, albo podróżować po Rosji. Wakacje spędza z Nastją na południu Europy. Ostatnio byli w Barcelonie. Jest skromny, kulturalny, pije tylko na imprezach, a ponadto szanuje kobiety. Wielu Rosjan jest pozbawionych tej ostatniej cechy. Kobieta, która dźwiga na barkach rosyjski los, nie znajduje należnego uznania w społeczeństwie.

Żona z importu

Wiele Rosjanek, którym nie udaje się znaleźć odpowiedniego kandydata na męża w swoim najbliższym otoczeniu, szuka szczęścia zagranicą. Po pierestrojce biura matrymonialne zaczęły powstawać w Rosji jak grzyby po deszczu. Obecnie wiele z nich oferuje kobietom darmowe usługi, Rosjanki są bowiem postrzegane na Zachodnie jako dobre kandydatki na żony i cieszą się dużym powodzeniem. Są oddanymi matkami, które potrafią zadbać o męża i dom. Jedyne czego pragną, to spokojne życie i stabilizacja finansowa. Wiek i wygląd partnera nie odgrywają tutaj niemal żadnej roli. Dlatego często mężczyźni po pięćdziesiątce kandydatki na żonę szukają właśnie w Rosji. Największą popularnością wśród Rosjanek cieszą się Niemcy, Włosi, Anglicy, Amerykanie i Japończycy. Więcej na temat rynku usług matrymonialnych w Rosji można przeczytać tutaj.

środa, 12 sierpnia 2015

O gruzińskiej gościnności

W plebiscycie na najbardziej gościnny i otwarty naród Gruzini z pewnością zajęliby jedno z czołowych miejsc. Wystarczy odwiedzić ten kraj, by przekonać się na własnej skórze, że pozytywny stereotyp o gruzińskiej gościnności znajduje swoje odzwierciedlenie w praktyce. Na potwierdzenie kilka opowieści z ubiegłorocznej wyprawy.

Obrazek nr 1

Pierwszy wieczór w Gruzji. Przyjeżdżamy do oddalonego o kilkanaście km od lotniska w Kutaisi miasteczka Samtredia. Kierowcy taksówki mówimy, że chcemy coś zjeść zanim wyruszymy na dworzec i udamy się pociągiem do Tbilisi. Mówi, że zna dobre miejsce.

Zajeżdżamy pod gospodę. Wysiadamy i zaczynamy ściągać plecaki z dachu samochodu. Kierowca protestuje, wciska nam kluczyki od swojego auta do rąk, po czym wchodzi do gospody i po chwili odsłania zasłony w jednym z okien. Okazuje się, że zaparkował tak, abyśmy mogli mieć oko na cały nasz dobytek. Kluczyków nie chce przyjąć z powrotem. Razem z właścicielką gospody organizuje dla nas prawdziwą gruzińską biesiadę. Po kilku godzinach cierpliwego czekania odwozi nas na dworzec kolejowy. Wjeżdża samochodem na peron, żebyśmy nie musieli dźwigać plecaków. Pobyt w Gruzji zaczyna się wspaniale:)


Obrazek nr 2

Tristana poznajemy trzeciego dnia naszego pobytu w Gruzji. Jest naszym kierowcą, ma nas zabrać do położonej w górach z dala od cywilizacji wioski Szatili. Tristan jest bardzo rozmowny, już na samym początku łapiemy dobry kontakt (mówimy po rosyjsku, więc nie ma z tym problemu). Opowiada, że na trasie do Szatili ma daczę, więc konieczne musimy wpaść do niego na kawę i poznać jego rodzinę, która spędza tam urlop.

Na początku nie dociera do nas, że to zaproszenie. Oglądamy mijane widoki, a tymczasem Tristan rozmawia z kimś przez komórkę. Mówi po gruzińsku, więc nie mamy pojęcia, o co chodzi. Po chwili nasz kierowca pyta, jaką kawę pijemy. Mówi, że na daczy zabrakło rozpuszczalnej, więc będzie musiał zatrzymać się i skoczyć do sklepu. Jesteśmy trochę zaskoczeni, próbujemy przekonać go, żeby nie robił sobie dla nas kłopotu, że chętnie napijemy się sypanej kawy, ale nie ustępuje. Jego gościom nie może niczego zabraknąć.

Po godzinie dojeżdżamy na daczę Tristana. Wita nas cała trzypokoleniowa gruzińska rodzina. Gospodyni z uśmiechem zaprasza nas do domu, w którym panuje przyjemny chłód. Stół zastawiony jest smakołykami - domowe ciasto, owoce z sadu, kawa po turecku (w Armenii będziemy nazywać ją kawą po ormiańsku) i przepyszne domowe wino.


Przy stole toczy się rozmowa w 4 językach: polskim, gruzińskim, angielskim i rosyjskim. Świetnie się czujemy w towarzystwie tych dopiero co poznanych ludzi. Żona Tristana nie mówi po rosyjsku, jest nauczycielką angielskiego i opowiada o tym, jak żyje się w Gruzji. Siostra naszego kierowcy to dentystka. Mieszka w Moskwie, ale każdy urlop wykorzystuje, by odwiedzić ojczyznę i brata. Gruzini to bardzo rodzinny naród, lubią spędzać czas z bliskimi, a w potrzebie nigdy nie odmawiają im pomocy, nawet jeśli łączący ich stopień pokrewieństwa jest odległy i nie widzieli się z nimi wiele lat. Tego z pewnością możemy im pozazdrościć.

Z rodziną Tristana spędzamy około godziny. Niestety, musimy jechać dalej. W podziękowaniu za ciepłe przyjęcie wręczamy gospodyni kilka upominków z Polski. Ona odwdzięcza nam się domowym winem i owocami. Na odchodne wręcza mi jeszcze pyszną śliwkową konfiturę suszoną na słońcu. Tristan mówi, że nazywają ją potocznie "kawałkiem szmaty" (кусок тряпки), bo rzeczywiście tak wygląda. Ale jest pyszna.


Epilog: Z rodziną Tristana spotykamy się też w drodze powrotnej z Szatili. Nasz kierowca organizuje dla czterech członków naszej ekipy rafting. Do naszych przyjaciół dołączają dzieci Tristana. Wesoła polsko-gruzińska ekipa przebywa część trasy Szatili-Tbilisi na pontonach. My ścigamy ich busem i robimy zdjęcia. 


Obrazek nr 3

Wędrujemy z Szatili do Muco. Przed nami grubo ponad 10 km marszu w jedną stronę. Pierwszym przystankiem jest Anatorii - wioska przeklętych. Znajdują się tam masowe groby ofiar epidemii (cholery, dżumy? dokładnie nie wiadomo), która dotknęła te tereny jakieś 100 lat temu. Anatorii było miejscem, gdzie chorzy udawali się dobrowolnie, by nie zarazić pozostałych mieszkańców wioski i umrzeć w odosobnieniu. Do dziś w zbudowanych z łupków grobowcach można znaleźć szczątki ofiar zarazy.


Miejsce to zapadło nam w pamięć nie tylko z uwagi na swój makabryczny charakter, ale też dzięki ludziom, których tam spotkaliśmy. Była to dosyć nietypowa gruzińska rodzina - dwóch mężczyzn (braci, kuzynów?) z okolic Tbilisi, podróżujących ze swoimi córkami. Mężczyźni podawali się za emerytowanych policjantów. Wesoło przywitali się z nami i zapytali, skąd jesteśmy. Po chwili przed nami pojawiła się butelka domowej czaczy i dwa plastikowe kubeczki.

Alkohol był niesamowicie mocny, ale przy tym bardzo dobry. Zaczęliśmy rozmawiać (z mężczyznami po rosyjsku, z dziewczętami po angielsku - młode pokolenie Gruzinów rosyjskiego nie zna) i wznosić toasty - raz za Polskę (Gaumardżos Poloneti!), raz za Gruzję (Gaumardżos Sakartwelo!). Wesoła biesiada trwała jakieś pół godziny. Z uwagi na upał mocny alkohol powoli zaczął uderzać nam do głowy, więc postanowiliśmy ruszyć dalej. Nie obyło się oczywiście bez uścisków na pożegnanie. Gruzini wycałowali naszych chłopaków i solidnie waląc ich po piersi nazwali swoimi braćmi.

Obrazek nr 4

Ostatni dzień naszego pobytu w Gruzji. Wynajmujemy taksówkę, która ma nas zawieźć do klasztoru Galeti, a potem do miejscowości Chiatura, która słynie z tego, że za transport miejski służą tam kolejki górskie. Nasz kierowca jak na Gruzina przystało, jest bardzo rozmowny. Bez problemu zabiera do samochodu 5 pasażerów. W czwórkę ściskamy się na tylnym siedzeniu i ruszamy w drogę. Po chwili kierowca zatrzymuje się na poboczu, pyta, jakie wino lubimy bardziej - czerwone czy białe, po czym wysiada z taksówki i wchodzi w bramę jakiegoś domu. Nie ma go ok. 10 minut. Zastanawiamy się, co jest grane, ale nie jesteśmy zaniepokojeni. Przyzwyczailiśmy się do tego, jesteśmy na Kaukazie już 3 tygodnie.

Po chwili kierowca wyłania się z bramy. W rękach niesie 5 dużych plastikowych butelek wypełnionych czerwonym płynem. Myślę sobie, że na oko wygląda to jak domowe wytrawne. I mam rację. Wino to prezent od niego, chce umilić nam podróż. Tak zaczyna się biesiada w taksówce. Popijamy wino i rozmawiamy. Kierowca co jakiś czas pociąga mały łyk, ale nikogo to nie martwi. Nauczyliśmy się ufać gruzińskim kierowcom. Może i jeżdżą po górskich drogach rozmawiając przez dwie komórki jednocześnie i nie trzymając ani jednej ręki na kierownicy, ale wydaje się, że mimo to wszystko mają pod kontrolą.

***

Takich wspomnień z Gruzji mamy dużo więcej. Nie sposób wymienić wszystkich przypadków, kiedy byliśmy czymś częstowani (przemiła Gruzinka, którą poznaliśmy w samolocie do Kutaisi, kiedy dowiedziała się, że jesteśmy z Torunia upierała się, żeby poczęstować nas przywiezionymi z Polski toruńskimi piernikami), czy dokądś podwożeni (najmilej wspominamy prawosławnego batiuszkę, który wziął mnie i kolegę na stopa, kiedy zgubiliśmy się w okolicach Kutaisi i odwiózł nas do miasta). Gruzini zawsze byli dla nas niezwykle serdeczni i nigdy (oprócz jednego małego wyjątku) nie próbowali nas oszukać czy naciągnąć. Gaumardżos Sakartwelo:) 


czwartek, 11 sierpnia 2016

Spacer po dnie Aralu

-Wsje na bierieg! Po kilku godzinach zardzewiały statek dopływa wreszcie do brzegu. Skuci ciężkimi łańcuchami, wykończeni 50-stopniowym upałem więźniowie niespiesznie schodzą na ląd. Właśnie przybyli na Wyspę Odrodzenia. Ani oni, ani ich najbliżsi nie zdają sobie sprawy, że właśnie trafili do najstraszniejszego laboratorium broni biologicznej w Związku Radzieckim. Jest 1 września 1965.

Poranek nad Aralem.
Mija 50 lat. Wokół panuje cisza. Pogoda idealna do wypoczynku. Jednak w zasięgu wzroku nie ma żywej duszy! Ani turystów, ani rybaków, ani nawet latających nad wodą mew i albatrosów. Tylko pokryte grubą warstwą soli muszelki świadczą o tym, że kiedyś w tym miejscu kwitło życie. Stoimy nad brzegiem dogorywającego Aralu. Nasze nogi po kolana pokryte są szarą, śmierdzącą gliną. Jeszcze 20 lat temu mielibyśmy nad sobą kilka metrów wody.

Dawne dno Aralu.

Sapar, nasz towarzysz podróży, w 1969 roku pływał statkiem po Aralu i opalał się na plaży w nadmorskim Mujnaku. Nie zdawał sobie sprawy z tego, co dzieje się na oddalonej o 150 kilometrów wyspie. Być może nie wiedział nawet o jej istnieniu. Teraz, kiedy minęło prawie pół wieku, postanowił wrócić w rodzinne strony i na własne oczy zobaczyć, do czego doprowadziła jedna z największych katastrof ekologicznych na świecie.

A stało się to wszystko dzięki Nikicie Chruszczowowi i jego wiernym współpracownikom. To on zdecydował, żeby w pustynnej republice zacząć uprawiać bawełnę - roślinę, która potrzebuję do życia bardzo dużej ilości wody. Postanowiono więc poświęcić w tym szczytnym celu Amu Darię, jedną z rzek zasilających Aral. Jej wody nieumiejętnie rozlano po pustyni, by przekształcić jałowe piaski w życiodajne pola bawełny. Powstały nowe oazy i hektary upraw, z których do teraz żyje cały Uzbekistan. Zaś pozbawione zasilania morze powoli zaczęło wysychać i z roku na rok coraz bardziej oddalać się od dawnego brzegu. W latach osiemdziesiątych Mujnak przestał być miastem portowym. 20 lat później Wyspa Odrodzenia przestała być wyspą.

My postanowiliśmy zobaczyć Morze Aralskie zanim przestanie być morzem i w całości zamieni się w pustynię Aral-Kum. Niespełna rok po tym, gdy zrodził się plan podboju Aralu mkniemy terenówkami w stronę Mujnaku. To pierwszy punkt naszej nadaralskiej historii. Niegdyś położone nad wysokim morskim brzegiem kwitnące miasto z wczasowiczami i prężnie działającym przemysłem rybnym, swojego rodzaju wizytówka zachodniego Uzbekistanu. Teraz - zapomniane przez wszystkich, dogorywające miasto-widmo.

Mujnak - dawny port Aralu.
Na rogatkach zatrzymuje nas patrol milicji. Zabierają paszporty, przepisują dane do sekretnych zeszytów. Chwila niepewności, bo a nuż domyślą się, dokąd jedziemy i powiedzą, że nielzja. Że nie można i koniec! Bo chociaż oficjalnie nikt jeszcze nie zakazał jeździć nad Aral, to przecież tu prawo stanowi jego stróż. I co powie - to święte. Niczym werset koranu. Po kilku minutach nas puścili, obyło się bez problemów i niewygodnych pytań.

Jest 1 września, dzień niepodległości, najważniejsze święto państwowe Uzbekistanu. Władza bardzo chce wiedzieć, kto i po co przyjechał do miasta. Co zrobi z tymi wszystkimi danymi spisywanymi na ulicach, w muzeach, w metrze - kto gdzie, z kim i o której był i co robił - nie wiadomo. Najpewniej spali w piecu razem z całym zeszytem pełnym takich informacji, kiedy tylko skończy się w nim miejsce na 96 kartkach A4. Bo przecież nikt nie będzie przepisywać tysięcy stron zapisywanych codziennie w tysiącach zeszytów w całym kraju do jakiejś ogólnokrajowej komputerowej bazy...
 
Ulice Mujnaku.

W Mujnaku wszechobecny piach rozganiany jest przez równie wszechobecne radzieckie moskwicze. Jak gdyby po sąsiedzku była ich fabryka i mieszkańcom odsprzedano nadmiar produkcji po okazyjnej cenie. Dostojny korowód Toyot Landcruiserów wyróżnia się w tym ponurym krajobrazie, ale i nie robi wrażenia - w sezonie wyprawy nad Aral przejeżdżają tędy kilka razy w tygodniu.
 
Ekspozycja dotycząca zagłady Morza Aralskiego w Muzeum w Mujnaku.
Odwiedzamy muzeum zmarłego morza. Jedna sala, nie ma żadnego sklepiku, publikacji, pocztówek, pamiątek... chociaż to ostatnie słowo może jest tu trochę nie na miejscu - upamiętniać katastrofę ekologiczną? Ale ekspozycje wykonane całkiem solidnie, obrazują smutną historię jeziora (Aral to przecież jezioro, z tym że wielkie i słone - stąd powszechnie nazywano je morzem), które zniknęło dzięki radzieckim "geniuszom" partyjnym.

Kolejny postój mamy w domu jednego z kierowców. Na wyjazdach nad Aral dorobił się nowej terenówki, zbudował dom (jak na miejscowe warunki - luksusowy), można też u niego przenocować. Jedziemy na obiad. Nasza polska ekipa wzbrania się - w nukuskim hotelu, który organizował wyjazd chciano od nas ponad 30 dolarów od osoby za wyżywienie. Kupiliśmy sobie zapasy w sklepie za 1/10 tego i zapewniamy, że to nam wystarczy. Ale nie ma dyskusji - razem ze wszystkimi sadzają nas za wielkim stołem i każą jeść. A na Wschodzie odmawianie gościny jest nie na miejscu. O pieniądzach nikt nie chce słuchać. Jedzenia wystarczy dla wszystkich.

Mujnak - z wizytą u naszego kierowcy.
Po posiłku opuszczamy dom naszego kierowcy i wyruszamy na cmentarzysko wraków, znajdujące się na obrzeżach miasteczka. Czujemy się, jakbyśmy stali na brzegu wanny, z której wypuszczono wodę. Po horyzont pustynia, na której po latach zaczęła się już pojawiać roślinność. U podnóża wysokiego klifu stoi kilkanaście zardzewiałych statków, które służyły w miejscowym porcie. Katastrofa spotkała je w różnych miejscach. Niektóre pozostały tu, gdzie są teraz, inne wciąż pływały, kiedy Aral był już kilka kilometrów dalej. W końcu i tam zabrakło wody - zwieziono więc wszystkie wraki w jedno miejsce, by stworzyć swojego rodzaju surrealistyczny pomnik upamiętniający dawny port. Kiedyś morze dawało pracę tysiącom osób.

Mujnak - cmentarzysko wraków.
Prawdziwy pomnik wymarłego morza stoi z resztą na tarasie widokowym. Z jednej strony obrazuje dawny stan Aralu, z drugiej - aktualny. Co roku przemalowywany jest a nowo, zmieniana jest aktualna data, a koloru niebieskiego jest na nim coraz mniej.

Pomnik poświęcony Morzu Aralskiemu.
Schodzimy na dół po specjalnie zbudowanych dla turystów schodach. Miejscowi też się kręcą, przyszli spędzić tu świąteczny dzień. Dzieciaki biegają i skaczą beztrosko po przeżartych rdzą statkach, a nam, przybyszom z "Europy" do tej pory nie chce się pomieścić w głowie absurdalność miejsca i sytuacji, w jakich się znaleźliśmy. Brodząc po aralskiej pustyni pomiędzy kolejnymi statkami, z masą dziwnych wizji i przemyśleń wracamy do samochodów, nie do końca wierząc, że to, co widzieliśmy było prawdziwe.



Wraki statków na dnie dawnego morza.
W Uzbekistanie spotykamy wiele absurdalnych dla nas miejsc i sytuacji. Chociażby ruiny fabryki konserw w Mujnaku. Sekretne, a jakże, do tej pory ogrodzone i pilnie strzeżone przez mundurowych, zabraniających fotografować i przyglądać się temu, czego jeszcze nie zdążyła pochłonąć pustynia. Mijamy wreszcie posępne wioski, którym przed laty Mujnak dawał pracę, sklepy, edukację i kontakt ze światem. -Jak można żyć w takim okropnym miejscu? - pyta z niedowierzaniem Sapar, spoglądając na kolejne ruiny i walające się po ulicach śmieci. Wtóruje mu przerażona córka, która wybrała się na pustynię w eleganckiej sukience. -Normalnie, nikt się nie skarży. Oni tu całe życie spędzają, nie umieją inaczej żyć - odpowiada kierowca.

Saksauł - jedna z niewielu roślin, które zadomowiły się w jałowych piaskach pustyni Aral-kum.
 Serpentynami zjeżdżamy z klifu i po dnie dawnego morza kierujemy się ku temu, co z niego zostało. Część drogi wyasfaltowano wiele lat temu, a wokół pojawiły się wieże wiertnicze. W okolicy znaleziono złoża gazu. Mijamy monstrualnej wielkości ciężarówki, spoglądają na nas spod równie monstrualnych masek podejrzliwe oczy pracowników tych tajnych i strategicznych obiektów. Wcale nie zdziwilibyśmy się, gdyby kolejny raz w tym kraju ktoś nas zatrzymał i zabronił jechać dalej.

Na dnie dawnego morza wydobywa się obecnie gaz ziemny.
 Wreszcie asfalt się kończy, kończą się ślady jakiejkolwiek cywilizacji. Nad nami ołowiane chmury, pod nami - równie szare, spękane i pokryte słoną skorupą dno morza, płaskie po horyzont. Teraz towarzyszy nam tylko telefon satelitarny, komórki dawno straciły zasięg. Drogę wytyczają  wyjeżdżone w słonej skorupie koleiny, ale co rusz ślady rozchodzą się w różne strony. Bez miejscowego kierowcy znającego teren nie ma szans dojechać do celu. Można brnąć w pustynię dopóki nie skończy się paliwo i trwać tam, dopóki nie skończy się woda. W takiej sytuacji zdecydowanie nie jest się samowystarczalnym, nawet z najlepszą terenówką!

Bezkres dawnego morskiego dnia. Tylko doświadczony kierowca potrafi znaleźć drogę na tej pustyni.
Dopiero po kilkudziesięciu kilometrach na horyzoncie zarysowuje się linia. Równa, jak gdyby wyrysowana od linijki. To płaskowyż Ustiurt, ciągnący się od Morza Kaspijskiego po Kazachstan. Niegdyś wytyczał on zachodni brzeg Aralu. To znak, że jedziemy w dobrym kierunku. Klimatyzacja zaczyna dawać się we znaki - Uzbecy mają to do siebie, że skręcają ją na minimum i włączają na pełną moc. Czy w samochodzie, czy w sklepie, czy w biurze. Na zewnątrz 50 stopni, w środku 15. Pomimo tego, że jesteśmy na pustyni trzęsiemy się z zimna, a kierowca poproszony o wyregulowanie klimy ostentacyjnie wyłącza ją zupełnie. No cóż, wóz albo przewóz!

Wyłaniający się z oddali płaskowyż Ustiurt - dawny zachodni brzeg Aralu.
Niespodziewanie na horyzoncie pojawia się niebieska plama. Niebo się rozpogadza. Szara, spękana ziemia ustępuje stopniowo czemuś, co z daleka wygląda nawet jak piaszczysta plaża. Czy to już? Na pewno? Tak, to Aral! Złapaliśmy go! Jeszcze nigdy nie witaliśmy w ten sposób żadnego morza. I witać nie będziemy. Na co dzień nie jeździ się przecież nad morze po to, żeby je dorwać zanim zniknie.



Nad brzegiem Aralu.
Wejście do wody graniczy z cudem. Na początku ostre, tkwiące w glinianej skorupie muszelki boleśnie wbijają nam się w stopy. Bliżej brzegu twarda, pokryta powłoką soli glina płynnie przechodzi w błotnistą maź, w której z każdym krokiem zapadamy się coraz głębiej. Kiedy udaje się nam w końcu wejść do morza, jesteśmy po kolana umazani szarym, śmierdzącym błotem. Jeszcze 20 lat temu mielibyśmy nad sobą kilka metrów wody. Teraz stoimy po kolana w wodzie i w milczeniu obserwujemy powoli znikające za horyzontem słońce.



Plaża - warstwa twardej, spękanej, pokrytej solą gliny i miliony ostrych jak brzytwa muszelek.
Woda jest mętna. Przy brzegu zbiera się ohydna piana, najpewniej chemicznego pochodzenia. Kilkanaście metrów dalej morze sięga do pasa. Taplamy się w błocie, podczas gdy cały nasz majątek, wszystkie pieniądze i dokumenty, leżą porzucone na plaży. Motyw nie do powtórzenia nad Bałtykiem! ;)

Obozowisko zbieraczy muszelek.
Jednak nocować nad wodą nie będziemy. Ten przywilej zarezerwowany jest tylko dla garstki niekomunikatywnych Chińczyków, którzy pracują (!) tu przy wydobyciu muszelek. Jaki jest cel tej działalności - nie udało nam się dowiedzieć. Do naszego obozowiska dojeżdżamy stromym podjazdem, który po deszczu zmienia się w strumień błota i jest niemożliwy do pokonania. I tu właśnie przydaje się telefon satelitarny, przez który kierowcy przekazują sobie informacje o stanie szlaku. Jutro po naszych śladach przyjedzie pewnie kolejna wycieczka.


Obozowisko na dnie morza.
Słońce chowa się za Ustiurt. Nadjeżdżają gałęzie na ognisko, namioty już gotowe. W blasku samochodowych reflektorów zaczynamy jedyną w swoim rodzaju międzynarodową ucztę. Trzy paszporty uzbeckie, trzy polskie, po dwa rosyjskie, brazylijskie i francuskie, do tego jeden japoński. Wszystkich nas łączy butelka polskiej Żubrówki, która przebyła kilka tysięcy kilometrów właśnie po to, by zakończyć swoją podróż nad Aralem. Rozświetlone księżycem morze przygląda się naszej uczcie z oddali.

Czas wznieść toast za udaną wyprawę - dotarliśmy do celu!

Kiedy gasną samochodowe światła i wszyscy zaszywają się w swoich namiotach, atmosfera staje się jakaś dziwna, niepokojąca. Uderza nas panująca dookoła przeszywająca cisza. Nigdy w życiu czegoś podobnego nie doświadczyliśmy. Rzadko się bowiem zdarza zasypiać nie słysząc żadnego dźwięku - ani szumu wiatru, ani poruszających się na drzewach liści, czy dobijających do brzegu fal... Nie ma niczego. To miejsce nie żyje.

W nocy nad Aralem panuje martwa cisza.
W głębi ciemności, na drugim brzegu tego, co zostało z morza, kryje się miejsce, o którym wielu chciałoby zapomnieć - Wyspa Odrodzenia. Choć nadal nazywana jest wyspą, jakieś 15 lat temu stała się częścią lądu. W latach 50-tych XX wieku powstało tu największe w Związku Radzieckim laboratorium broni biologicznej. Miejsce do tego celu idealne: dookoła pustynia i kazachskie stepy. Tereny w większości bezludne, na dodatek oddzielone od wyspy kilometrami wody. Nikt przypadkowy tu się nie dostanie. Można swobodnie przeprowadzać badania.

Wiatry wieją tu najczęściej na południe, więc wszelkie wywołane sztucznie epidemie rozwieją się nad setkami kilometrów morza, zanim dojdą do Mujnaku. Nikt się nie dowie. Broń skierowana na zachód unicestwi co najwyżej biegające po Ustiurcie dzikie zwierzęta, których truchła zostaną namierzone z powietrza i czym prędzej zagrzebane.

Wyspa Odrodzenia - zdjęcie wykonane przez amerykańskiego satelitę szpiegowskiego w 1964 roku.
Źródło: http://earthobservatory.nasa.gov/IOTD/view.php?id=77193

Na wyspie powstało miasto - Kantubek (zwane też Aralsk-7). Ulokowano tam garnizon wojskowy, powstały osiedla dla oficerów i ich rodzin. Szkoła, sklepy, jakaś mordownia, gdzie można zajść na kilka głębszych, było też lotnisko, z góry układające się w upiorny kształt wieloramiennej gwiazdy. Ślad po nim można zobaczyć do tej pory na zdjęciach satelitarnych Google. Wśród zabudowań powstało również coś, co do złudzenia przypominało cele dla więźniów. Po co zwożono ich i przetrzymywano w ściśle tajnym mieście, którego nie wolno było umieszczać na mapach można się tylko domyślać.

Czasami, gdy prognoza pogody się nie sprawdzała, wiatr był za silny, albo zmienił swój kierunek przynosił ze sobą nad osiedla ludzkie zarazę dżumy, cholery czy wąglika. Przypadkowo życie tracili rybacy, którzy akurat przepływali za blisko, ofiary zdarzały się i na samej wyspie. Powstał tam nawet cmentarz dla tych, których absolutnie nie można już było przetransportować na ląd, by spoczęli w rodzinnych stronach.


 
 
Kantubek - miasto-widmo.
Więcej zdjęć na http://bigpicture.ru/?p=482671.

Pod koniec lat 1980-tych na Wyspę Odrodzenia zwieziono ponad 20 wagonów wąglika. Przypadkiem wyszło na jaw, że Związek Radziecki w tajnych laboratoriach produkuje śmiercionośną zarazę i w obawie przed amerykańską kontrolą postanowiono schować wszystko w miejscu idealnym. Na terenie wyspy zostało zakopanych dziesiątki beczek, zawierających  śmiercionośny wirus, Tym samym miejsce to stało się ponoć największym składowiskiem wąglika na świecie.

Cztery lata później, w 1992 roku, prezydent Borys Jelcyn podpisał ukaz likwidujący wojskowe laboratorium na wyspie. Część wyposażenia wywieziono, a dokumentację zniszczono. Samo miejsce nadal jednak przyciąga różnych żądnych wrażeń szaleńców czy ekologów, którzy w kolejnych ekspedycjach starają się unieszkodliwić to, co nagromadzono w laboratorium przez 40 lat jego istnienia.

Leżymy w namiocie, rozmyślając o losach Wyspy Odrodzenia. Nagle pojawia się silny północny wiatr. Zupełnie jak wtedy, gdy przywiewał ze sobą nad Karakałpację i Ustiurt śmiertelną zarazę. Nie hamuje go nic, jesteśmy przecież na płaskowyżu. Szarpany wiatrem namiot wygina się na wszystkie strony. Boimy się, że wątła konstrukcja pokryta cienką warstwą materiału nie wytrzyma tej próby. Dookoła słychać pełne obaw rozmowy w różnych językach. Zwieje? Nie zwieje? Wywieje?

Nad umierającym morzem wstaje nowy dzień.
Nowy dzień wstaje nad umierającym morzem. Ile jeszcze razy wschodzące słońce odbije się w jego tafli? Wiatr nadal wieje. Szybkie śniadanie, zwijamy namioty i wyruszamy, już po płaskowyżu, w drogę powrotną. Z lewej strony towarzyszy nam położone kilkadziesiąt kilometrów niżej morze, z prawej - bezkresny płaski Ustiurt. Miejsce bezludne, oddalone od cywilizacji o setki kilometrów. Nic zatem dziwnego, że upodobali je sobie naukowcy z nie tak znowu oddalonego kosmodromu Bajkonur jako złomowisko kosmicznych odpadów.


Kaniony na dnie Aralu - widok z płaskowyżu Ustiurt.
Kolejny karkołomny zjazd doprowadza nas do podnóża płaskowyżu, do małej rybackiej osady. Suchy, piaszczysto-gliniany krajobraz i zrujnowane budynki do złudzenia przypominają widoki znane z telewizyjnych relacji z wojny w Afganistanie. Jednak tutaj atmosfera nie jest napięta. Co ciekawe, osada nie jest położona nad wodą. Za każdym razem rybacy przedzierają się przez zarośnięte trzciną błotniste grzęzawisko, by dotrzeć do położonego kilka kilometrów stąd płytkiego jeziora o nazwie Sudoczje, które kiedyś stanowiło część Aralu. Ten niewielki skrawek wody zapewnia byt okolicznym mieszkańcom.



Osada rybacka i jezioro Sudoczje.
To już ostatni etap podróży. Z setką na liczniku mkniemy po dziurawej "szosie" położonej na dnie dawnego morza. Gdzieś na horyzoncie towarzyszy nam złowieszcza burza piaskowa. Przygoda dobiega końca. Każdy kilometr przybliża nad do cywilizacji. Po nieprzespanej nocy jesteśmy potwornie zmęczeni, ale szczęśliwi. Udało nam się zobaczyć Morze Aralskie zanim zniknęło w piaskach pustyni.

Bezkresny płaskowyż Ustiurt.
Aral fascynował nas od dawna, dużo nim czytaliśmy. Z każdym kolejnym artykułem i reportażem na temat tego miejsca rosła pokusa, aby zobaczyć je na własne oczy. Najwięcej inspiracji dała nam książka "Może morze wróci" naszego rodaka, Bartka Sabeli, który kilka lat przed nami również przyjechał tu by dorwać uciekające morze. Warto poczytać, pooglądać, porównać.

A czy morze wróci? Na północy, w Kazachstanie i owszem. Zbudowano zaporę, która ostatecznie pogrążyła "duży" Aral. Woda zbliża się tam już do dawnego portu, a kutry znów wypływają na połów. Uzbekistanowi zaś morze wydaje się niepotrzebne - jest przecież bawełna, jest gaz, i to w dodatku na dnie osuszonej wanny. Obiecaliśmy sobie, że wrócimy do Uzbekistanu, kiedy wróci tam morze. Liczymy, że kiedyś to marzenie się ziści.

GARŚĆ INFORMACJI PRAKTYCZNYCH DLA PLANUJĄCYCH WYPRAWĘ NAD ARAL

- Podróż nad Aral najlepiej rozpocząć w Nukusie, stolicy Karakałpakstanu, oddalonej od Mujnaku o ok. 200 km. O wiele łatwiej znaleźć tam doświadczonego kierowcę z odpowiednim samochodem. Większe jest też prawdopodobieństwo spotkania w Nukusie towarzyszy podróży, z którymi będzie można podzielić się kosztami wyprawy.

- Wyjazdy nad Aral organizuje miejscowy hotel Jipek Joli (http://ayimtour.com/). Koszt wynajmu samochodu terenowego z kierowcą wynosił w 2015 roku 480 dolarów (dla maksymalnie 4 osób). Dodatkowo hotel oferował wynajem namiotów (10 dolarów za namiot dwuosobowy), śpiworów (3 dolary za śpiwór), a także wyżywienie (tutaj koszty były bardzo wysokie - 36 dolarów za 3 posiłki, co biorąc pod uwagę ceny jedzenia w Uzbekistanie jest kwotą z kosmosu).

- Oprócz wypraw nad Aral, Jipek Joli oferuje również noclegi i zameldowanie w Nukusie. Z uwagi na wysokie ceny nie warto rezerwować pokoju wcześniej. Na miejscu można wynegocjować cenę dwa razy niższą, niż oficjalna. Na czas wyprawy można w hotelu pozostawić zbędny bagaż. Co ważne, hotel wystawia zameldowanie również na nocleg, spędzony nad Aralem!

- Wyprawa nad Aral trwa 1,5 dnia. Trasa liczy ok. 700-750 km (wg wersji oficjalnej 900 km, ale jest to mało prawdopodobne). Obejmuje kilka przystanków: Nukus - Mizdakchan - Mujnak - przylądek Aktumsk (nocleg) - jez. Sudoczje - Kungrad - Nukus.

- Warto zabrać ze sobą: ciepły śpiwór, karimatę, ciepłą odzież (w uwagi na silny wiatr noce nad Aralem są bardzo zimne), duży zapas wody, latarkę.

- Pracownicy hotelu Jipek Joli mówią dobrze po angielsku, jednak z kierowcami można dogadać się jedynie po rosyjsku, więc warto się zawczasu do tego przygotować.

***

Post stworzyli dla Was Martyna Nełka i Łukasz Piotrowski. Jeśli macie pytania, znajdziecie nas na FB -> https://www.facebook.com/PrzystanekPragaKierunekWschod.

niedziela, 14 lutego 2016

Lubelszczyzna w trzech smakach

W maju ubiegłego roku w dwuosobowej ekipie odbyliśmy krótką "urodzinową" podróż na Lubelszczyznę (bo lubimy jeździć na Wschód, ale Polskę też doceniamy i chętnie odwiedzamy nowe miejsca). Spędziliśmy po jednym dniu w Lublinie, Kazimierzu Dolnym i Nałęczowie. 

Lublin to miasto, do którego na pewno będziemy wracać – choćby ze względu na cudowną starówkę, nocą tętniącą życiem, niesamowicie klimatyczną, pełną restauracyjek i pubów z dobrym lokalnym piwem. Kazimierz oczarował nas przyjemną atmosferą małego prowincjonalnego miasteczka, uroczymi uliczkami, wprost stworzonymi do długich wieczornych spacerów  i malowniczymi krajobrazami lessowych wąwozów oraz Małopolskiego Przełomu Wisły. 


Ten post nie będzie jednak poświęcony krajobrazom czy zabytkom Lubelszczyzny. Wizyta na tych terenach była dla nas również wspaniałą podróżą kulinarną, i to w zupełnie inne miejsce - na Wschód, z krótkim przystankiem w Czechach. Trzy dni, trzy kuchnie i wspaniała czesko-gruzińsko-ormiańska uczta, czyli wszystko to, co lubimy najbardziej i żywe wspomnienie naszych ostatnich wyjazdów. Czego chcieć więcej? :)

Przystanek nr 1 – Czechy w Lublinie
O lubelskiej restauracji Česká Pivnica wiedzieliśmy wcześniej od znajomych, którzy polecali ją nie tyle ze względu na jedzenie, co na prawdziwe czeskie řezané pivo. Dla piwoszy to istny rarytas. Ten przepyszny napój powstaje w wyniku zmieszania piwa jasnego i ciemnego w proporcji 1:1. Oba piwa różnią się temperaturą (jedno jest bardziej schłodzone, niż drugie) i umiejętnie nalane tworzą piwo "dwuwarstwowe". Co ciekawe, piwo jasne z ciemnym nie mieszają się nawet w czasie picia, jednak w połączeniu tworzą niesamowitą całość.

Właśnie takie idealne czeskie rzezane piwo można wypić w lubelskiej piwiarni już za 10zł. Lokal przypomina oryginalną praską gospodę. Jest odpowiednio "zagracony" (w pozytywnym znaczeniu tego słowa) różnymi piwnymi gadżetami, a panująca w nim atmosfera zachęca do dłuższej rozmowy przy kufelku.

Oczywiście nie można zapomnieć o jedzeniu. Menu jest tu dosyć nietypowe - nazwy dań w zabawny sposób imitują język czeski i nawiązują do postaci z czeskiej kultury. Jedzenie jest całkiem smaczne, a ceny przystępne, biorąc pod uwagę naprawdę świetną lokalizację. Česká Pivnica to miejsce zdecydowanie godne polecenia, nie tylko dla czechofili.



Przystanek 2 - Gruzja w Kazimierzu Dolnym

Spacerując po Kazimierzu Dolnym nie spodziewaliśmy się, że w jednej z uliczek trafimy na gruzińską restaurację o pięknej nazwie Batumi. Od podróży na Kaukaz jesteśmy zakochani w tamtejszej kuchni, więc nie mogliśmy odpuścić okazji, by spróbować gruzińskich specjałów.

Batumi trochę rozczarowała nas pod względem wystroju. O tym, że przenieśliśmy się do Gruzji świadczyła tylko flaga, powieszona na ścianie. Lokal nie w niczym nie przypominał niesamowicie klimatycznych (choć czasami trochę obskurnych) gruzińskich knajpek, gdzie klika miesięcy wcześniej raczyliśmy się wybornym chłodnym winem i wspaniałym jedzeniem. Wnętrze było zimne, nijakie i nie zachęcało do biesiadowania.

Jeśli chodzi o jedzenie, tutaj również czegoś zabrakło. Nie były to te niezwykle aromatyczne gruzińskie smaki, jakie zapamiętaliśmy z naszych podróży. Mieliśmy okazję próbować chinkali, zupy charczo oraz jednej z odmian chaczapuri z mięsem. W daniach brakowało przypraw, nie pachniały kolendrą, nie czuć było w nich tej miłości do dobrego jedzenia, jaką noszą w sercach Gruzini. Potrawy były po prostu poprawne, a ich ceny przeciętne, zwłaszcza biorąc pod uwagę lokalizację. Jeśli będziecie gościć w Kazimierzu, możecie wybrać się na chwilę do Batumi. Fani Gruzji i kaukaskich smaków mogę być jednak nieco zawiedzeni.


Przystanek nr 3 - Armenia w Nałęczowie

Restauracja Ararat była zdecydowanie największym zaskoczeniem majowego wyjazdu. Kto by się spodziewał, że w niewielkim uzdrowisku znajdziemy bar, prowadzony przez Ormian, którzy serwują prawdziwe kaukaskie jedzenie. Tutaj, w przeciwieństwie do Batumi, ze smakiem problemu nie było. Jedzenie było na tyle pyszne, że w Araracie spędziliśmy kilka godzin objadając się w oczekiwaniu na pociąg powrotny. Mieliśmy okazję próbować ormiańskiego kebabu (grillowanego mięsa mielonego z cebulą na lawaszu), lobio (zupy z czerwonej fasoli), przepysznych bakłażanów i tanu (ormiańskiego wydania ajranu - dobrze przyprawionego napoju na bazie jogurtu). Dania były bez zarzutu, a ceny bardzo przystępne.

Jeśli chodzi o wystrój, był dosyć skromny, jednak ogromne zdjęcie góry Ararat zakrywające jedną ze ścian od razu przypominało nam, że jesteśmy w Armenii. Idealny obrazek zaburzał nieco fakt, że oprócz kaukaskiego jedzenia właściciele sprzedawali też zwykłe, ukochane przez Polaków kebaby, tonące w surówce i sosie czosnkowym. Ale w niczym nie przeszkadzało to delektować się pysznymi daniami. W menu oprócz wyżej wymienionych potraw, znaleźliśmy też różne odmiany chaczapuri, tołmę ("gołąbki" zawinięte w liście winogron), czy szaszłyki. Do pełni szczęścia brakowało nam tylko ormiańskiego piwa "Kilikija". Dostaliśmy za to prawdziwą kawę po ormiańsku (u nas nazywaną kawą po turecku). Podsumowując, Ararat to miejsce zdecydowanie godne polecenia.

Mocna i aromatyczna kawa po ormiańsku.

czwartek, 22 października 2015

10 przykazań podróżnika po Uzbekistanie

Zachód słońca w Chiwie. Na zachętę, dla planujących podróż po Uzbekistanie. :)
Po pierwsze: Nie wymieniaj pieniędzy w kantorach

Do Uzbekistanu najlepiej przywieźć ze sobą dolary. Pieniędzy w żadnym wypadku nie należy wymieniać w bankach i kantorach. Oficjalny kurs jest dużo gorszy od rzeczywistego i wynosi ok. 2300 sumów za dolara. Na czarnym rynku spokojnie można dostać za dolara 2 razy więcej – w sierpniu 2015 roku kurs wynosił 4600 sumów.

Gdzie wymieniać pieniądze? Najłatwiej to zrobić na bazarze – kręci się tam pełno handlarzy walutą, którzy trzymając w rękach reklamówki pełne banknotów zaczepiają turystów krótkim pytaniem „change money?”.  Wymianę waluty mogą Wam zaproponować także właściciele pensjonatów i hosteli, pracownicy sklepów czy taksówkarze. My pieniądze wymienialiśmy u rzeźnika, który w swojej budce oprócz wiszących na hakach wielkich kawałków wołowiny miał również sejf wypełniony po brzegi miejscową walutą.  

Jeśli czytaliście już inne relacje z podróży po Uzbekistanie na pewno wiecie, że tutaj pieniędzy nie nosi się w portfelach. Nic by się do nich nie zmieściło. Najwyższym nominałem w tym kraju jest banknot o wartości 5000 sumów (to trochę więcej niż 1 dolar, ok. 4 złotych). Są jeszcze banknoty 1000, 500 i 200 sumów (ten ostatni ma wartość ok. 17 groszy).  Jak łatwo sobie wyobrazić, płacenie przy pomocy tych banknotów nie jest rzeczą łatwą. Na szczęście w większości sklepów, hoteli i dworców są liczarki.

Tak ogromne ilości pieniędzy trzeba niestety nosić w plecaku. Jeśli wymienicie za jednym razem 300 dolarów i tak jak my dostaniecie tę sumę w banknotach 1000 sumów, musicie liczyć się z tym, że w takim plecaku oprócz pieniędzy niewiele się już zmieści. :)

A w czym noszą pieniądze miejscowi? Możliwości jest dużo. Taksówkarze trzymają je w schowkach samochodowych, panie w torebkach. Są też tacy, którzy noszą je po prostu w kolorowych reklamówkach, albo zwykłych czarnych foliowych torbach na zakupy, przypominających worki na śmieci.

Pieniądze w Uzbekistanie nie tylko sporo ważą, ale zajmują też dużo miejsca.
Ważna uwaga: w podróż po Uzbekistanie nie warto zabierać euro. Tutaj ta waluta nie cieszy się zbyt dużą popularnością, więc kurs wymiany jest o wiele mniej korzystny niż w przypadku dolara. Przykład z życia: w hotelu w Nukusie euro przeliczano na dolary w stosunku 1:1.

I jeszcze jedno. W miarę możliwości warto unikać wymieniania pieniędzy na lotniskach czy dworcach. Kurs wymiany w takich miejscach jest zwykle dużo gorszy, niż w mieście.

Po drugie: Nie rób zdjęć „obiektom strategicznym”

… albo rób je tak, żeby nikt tego nie zauważył. W Uzbekistanie obiektem strategicznym może być wszystko, od dworców, lotnisk i stacji metra, rzekę Amu-darię, pola bawełny czy… nieczynne fabryki (np. zakłady przetwórstwa rybnego w Mujnaku -  dawnym porcie Morza Aralskiego).

Mujnak, nieczynne zakłady przetwórstwa rybnego (fotografowane z zachowaniem zasad konspiracji).
Skąd to obsesyjne zakazywanie fotografowania wszystkiego, co nie jest atrakcją turystyczną? Trudno powiedzieć, jednak wpisuje się to idealnie w całą serię absurdalnych zakazów i uporczywą potrzebę kontrolowania wszystkiego i wszystkich, jaka charakteryzuje uzbeckie władze. Zdjęć nie wolno robić, i tyle. Za złamanie zakazu grożą spore nieprzyjemności, np. przesłuchanie na milicji czy zarekwirowanie karty pamięci z feralnymi zdjęciami. Przydarzyło się to jednemu z naszych paputczikow, kiedy fotografował Amu-darię na granicy z Afganistanem. Pech chciał, że przyłapali go na tym milicjanci, więc musiał się gęsto tłumaczyć, po co mu zdjęcia tego „obiektu strategicznego”.

Kolejny "obiekt strategiczny" - sekretne pola bawełny.
Zakaz fotografowania to jeden z powodów, dla których nie warto wjeżdżać na wieżę telewizyjną w Taszkiencie. Za wstęp trzeba słono zapłacić (bilet kosztuje 15 dolarów, co na warunki uzbeckie jest już małą fortuną), a samo zwiedzanie do najprzyjemniejszych nie należy. Turystom towarzyszą milicjanci ochraniający obiekt, którzy bacznie obserwują, czy ktoś aby nie za dokładnie przygląda się miastu. Oczywiście o fotografowaniu nie ma mowy. Aparaty, kamery i komórki wraz z całym dobytkiem trzeba zostawić na dole w portierni.

Taszkient, wieża telewizyjna.
Zakazy zakazami, ale czasami aż korci, żeby któryś z licznych „obiektów strategicznych” sfotografować. Warto próbować, trzeba tylko pamiętać o zachowaniu zasad konspiracji i po prostu robić to dyskretnie. :)

Po trzecie: Bilety na pociąg kupuj z wyprzedzeniem

Dlaczego? Powodów jest wiele, a najważniejszym jest chyba fakt, że w Uzbekistanie nie można wejść na teren dworca kolejowego bez ważnego biletu na pociąg. Gdzie zatem je kupić? Kasy biletowe położone są poza terenem dworca, w jego najbliższym sąsiedztwie. Jest tam dosyć tłoczno i w niektórych miastach możecie natknąć się na ogromne kolejki, więc nie warto zostawiać kupna biletu na ostatnią chwilę, bo po prostu można nie zdążyć dopchnąć się do okienka.

Warto wiedzieć, że pociągi w Uzbekistanie cieszą się dosyć dużą popularnością. Składy często liczą po kilkanaście wagonów i zabierają w podróż kilkuset pasażerów. (Nasz rekord to pociąg relacji Urgencz-Taszkient, który składał się z 22 wagonów i wiózł niemal 900 podróżnych).

Pociąg relacji Urgencz-Taszkient, absolutny rekordzista pod względem liczby wagonów.
Po czwarte: Cierpliwie znoś niezliczone kontrole i rejestracje

Jak już wspomniałam, aby w Uzbekistanie wejść na teren dowolnego dworca kolejowego, należy okazać pilnującym wejścia milicjantom bilet i paszport (bilety są imienne, znajdują się na nich takie informacje, jak imię i nazwisko podróżnego, numer jego paszportu, obywatelstwo oraz data urodzenia). Po wejściu do budynku dworca czas na kontrolę bezpieczeństwa (nasz bagaż jest prześwietlany a my przechodzimy przez bramkę z wykrywaczem metalu) i ponowne sprawdzanie paszportu i biletu. I jeszcze jedna kontrola przy wsiadaniu do wagonu. Ufff, udało się, jedziemy.

Samarkanda, dworzec kolejowy. Zaraz czeka nas kolejna kontrola.
Na lotniskach cały proces jest nieco bardziej skomplikowany. W sumie podróżnych sprawdza się 6-7 razy. Kontrole przechodzi się też na stacjach metra - tutaj paszporty raczej nie będą potrzebne, ale możecie być pewni, że funkcjonariusze milicji zajrzą do waszych plecaków i toreb.

To nie wszystko. Nie dziwcie się, jeśli milicjanci zatrzymają wasz samochód na środku drogi i poproszą o okazanie dokumentów. Albo gdy pracownik muzeum, które zaraz będziecie zwiedzać poprosi was o podanie swoich danych. Wszystkie informacje z waszych paszportów spiszą też właściciele hosteli czy pensjonatów, w których będziecie się meldowali. Co ciekawe, wszystkie te osoby będą zapisywać informacje o was w zwykłych zeszytach. Co się potem dzieje z tymi "kronikami" - nie wiadomo. Jedno jest pewne - tego typu kontrole nie mają chyba większego sensu, skoro pozyskanych w ten sposób danych nie da się w żaden sposób przeanalizować. To taka sztuka dla sztuki, coś, do czego wszyscy w Uzbekistanie przywykli, rytuał, za pomocą którego władza demonstruje swoją siłę i pokazuje, że nic nie umknie jej uwadze.

Jak zatem znosić wszechobecne kontrole? Z cierpliwością i uśmiechem. A po 5 dniach po prostu z cierpliwością. Innej rady nie ma. 

Po piąte: Zawsze się targuj

Robiąc zakupy na bazarach czy ulicznych straganach przygotujcie się na to, że nigdzie nie znajdziecie kartek z cenami produktów. To normalne na Wschodzie (z resztą nie tylko). Cenę ustala sprzedawca na podstawie waszego wyglądu i zachowania. Powszechnie wiadomo przecież, że przyjezdni nie znajdą prawdziwych cen towarów, więc można na nich zarobić, To nie żaden grzech, tylko ogólnie przyjęta praktyka w tej części świata. To, ile zapłacicie za wybrany towar zależy od waszych umiejętności negocjacyjnych.

Targować się warto zawsze, niezależnie od tego, czy kupujemy rzeczy droższe, takie jak pamiątki i upominki, czy tańsze, np. pocztówki, owoce, itp. Jest to swego rodzaju rytuał, nieodłączny element bazarowego ekosystemu. Jak targować się skutecznie i nie dać się naciągnąć? Ja mam na to kilka sposobów.

Bazar w Samarkandzie.
Przede wszystkim zamiast rozmawiać z handlarzami po angielsku, warto przejść na rosyjski. Ponoć dzięki temu już na samym wstępie sprzedawca może zaoferować nam niższą cenę. Jeśli nie znacie rosyjskiego, nauczcie się kilku podstawowych słów - to wystarczy, aby porozumieć się z handlarzami.

Jeśli chcecie kupić kilka rzeczy, zawsze możecie użyć tego argumentu, aby obniżyć ich cenę. Wiadomo, że za zakup hurtowy należy się zniżka. Jeśli podróżujecie w grupie, jesteście w jeszcze lepszej sytuacji. Róbcie zakupy razem i używajcie tego jako karty przetargowej.

Bazar w Samarkandzie, stoisko z tiubietejkami (tego typu czapeczki są tradycyjnym nakryciem głowy wielu ludów Azji Centralnej).
A co w sytuacji, kiedy zaczęliście się targować, ale sprzedawca nadal nie chce zejść do ceny, którą jesteście w stanie zapłacić? Wtedy najlepiej po prostu odejść, albo powiedzieć, że chcecie się jeszcze rozejrzeć. W dziewięciu przypadkach na dziesięć uda wam się dzięki temu utargować jeszcze parę tysięcy sumów.

Stoisko z pamiątkami w Chiwie.
Pamiętajcie, żeby nie wierzyć w opowieści sprzedawców, którzy będą przekonywali, że nigdzie indziej nie znajdziecie podobnych towarów, bo te oferowane przez nich są najlepsze, unikalne, jedyne w swoim rodzaju. To taki chwyt marketingowy. Wystarczy rozejrzeć się dookoła, by znaleźć 3 kolejne stragany, na których właściciele oferują identyczne przedmioty Nie czujcie się też zobligowani do kupienia czegoś tylko dlatego, że handlarz był dla was miły, rozmawiał z wami, może nawet opowiedział wam jakąś ciekawostkę dotyczącą Uzbekistanu. To kolejny wybieg, który ma was nakłonić do zakupu. Targując się miejcie na uwadze, że nawet jeśli handlarz zejdzie z ceny o połowę, i tak nie sprzeda wam produktu poniżej jego wartości. Nie musicie mieć wyrzutów sumienia, że przez was będzie stratny.

Po szóste: Unikaj rezerwowania noclegów

Zwykle to się po prostu nie opłaca. W Uzbekistanie można się bowiem targować również w hostelach, hotelach czy pensjonatach. Jeśli w mieście nie ma zbyt wielu turystów, cenę noclegu można zbić nawet o kilka-kilkanaście dolarów. Rezerwując pokój za pośrednictwem takich portali, jak booking.com, pozbawiamy się możliwości negocjowania ceny, bo siłą rzeczy zgadzamy się na tę podaną w ofercie. Co ważne, uzbeckie hotele dopiero od kilku lat nieśmiało pojawiają się w sieci. Z roku na rok jest ich coraz więcej, jednak wiele ciekawych miejsc jeszcze nie dotarło tam ze swoją ofertą.

Nie musicie się obawiać, że po przyjeździe zostaniecie na bruku. W największych miastach turystycznych, czyli Bucharze, Samarkandzie i Chiwie miejsc noclegowych jest naprawdę sporo. Z kolei w mniej popularnych miastach nie ma zbyt wielu turystów, więc właściciele hoteli walczą o tych, którzy tam jednak docierają.

Po siódme: Jedz tam, gdzie miejscowi

Restauracja Mavrigi, Buchara.
O tym, co warto zjeść w Uzbekistanie pisałam w poprzednim poście. Teraz skupmy się na tym, gdzie zjeść. Złota zasada, aby jadać tam, gdzie jadają miejscowi sprawdza się również w tym kraju. Jeśli chcecie zjeść tanio, smacznie i bez sensacji żołądkowych, wybierajcie restauracje i czajchany, gdzie jest sporo ludzi. Duży ruch to gwarancja, że jedzenie, które zostanie wam podane, będzie świeże. Unikajcie restauracji typowo turystycznych, skupionych przy najważniejszych zabytkach - ceny dań są w nich zwykle bardzo zawyżone.

Tanio i smacznie zjecie w czajchanach przy bazarach. Nie spodziewajcie się jednak bogatego menu, często serwują one tylko kilka prostych dań. W każdym mieście jest jednak kilka dobrych tanich restauracji, gdzie możecie spróbować specjałów uzbeckiej kuchni. W Bucharze polecam znajdującą się w zabytkowej medresie restaurację Mavrigi, w Nukusie - restaurację Jipek Joli (nie mylić z hotelem o tej samej nazwie).

Po ósme: Nie czuj się zbyt pewnie na przejściach dla pieszych

Pisałam już, że podczas pieszych wędrówek po uzbeckich miastach jesteśmy narażeni na pułapki w postaci ogromnych dziur w chodnikach, otwartych studzienek kanalizacyjnych czy krawężników półmetrowej głębokości. Niezbyt pewnie powinniśmy się czuć także na przejściach dla pieszych. O ile dla nas oczywiste jest, że kiedy zapala się zielone światło, możemy śmiało wejść na jezdnię, bo to my mamy pierwszeństwo, a nie skręcające z prostopadłej ulicy auta, o tyle uzbeccy kierowcy zdają się nie znać tej zasady, albo ją totalnie ignorować. I tak, przechodząc przez pasy musimy się bacznie rozglądać, czy przypadkiem nie wchodzimy komuś pod koła. Jeśli liczymy na to, że kierowcy samochodów skręcających w naszą ulicę przepuszczą nas na przejściu, możemy się bardzo przeliczyć.

Całe szczęście na uzbeckich drogach samochodów nie jest jeszcze tak dużo. W tym kraju auto to wciąż dobro luksusowe, na które stać tylko zamożniejszych obywateli. Aby kupić samochód, trzeba najpierw uzbierać wkład własny wynoszący 80% jego wartości, a potem wpisać się na listę oczekujących. (Nie przypomina wam to czegoś? Cofnijcie się w czasie o 30-40 lat).

Co ciekawe, po drogach jeżdżą niemal wyłącznie auta produkcji krajowej. Zdziwieni? Tak, Uzbecy robią auta, co więcej, eksportują je do innych krajów Azji. Są to samochody marek Daewoo i Chevrolet, produkowane na zachodnich licencjach. Ich jakość nie powala, więc i cena jest stosunkowo niska.

Chiwa, parking przy bazarze i morze białych samochodów.
Jeśli ktoś chciałby sprawić sobie zagraniczne auto, musi liczyć się z koniecznością zapłacenia horrendalnego podatku od luksusu (porównywalnego do ceny samego samochodu). Nic dziwnego, że na drogach Uzbekistanu mija się tylko Chevrolety i Matizy - do tego niemal wszystkie w kolorze białym (wiadomo, biały lakier najtańszy). Za każdym razem przechodząc obok parkingów, wypełnionych białym morzem identycznych aut zastanawiałam się, jak ich właściciele rozpoznają, które należy do nich. Chyba tylko po numerze rejestracyjnym.

Po dziewiąte: Unikaj wizyt na stacjach benzynowych

Wysiadasz z taksówki. Dookoła widzisz druty kolczaste. Auto odjeżdża, ustawiając się za 10 innymi białymi Matizami. Ty stajesz pod wiatą i czekasz. Razem z tobą czeka kilkanaście innych osób. Jesteś przy uzbeckiej stacji benzynowej. Nie możesz wjechać razem z kierowcą na jej teren, musisz wysiąść i poczekać, aż zatankuje. Taka jest zasada.

Stacja benzynowa w okolicach Chiwy.
I otaczający ją płot z drutu kolczastego.
W Uzbekistanie większość samochodów jeździ na gaz. To najtańsze i najbardziej dostępne paliwo. Na stacjach można też kupić benzynę, ale jest mniej popularna. Nie znajdziemy tam za to oleju napędowego. W Uzbekistanie jest to towar deficytowy, teoretycznie zatem nie można go kupić na użytek prywatny. Mogą z niego korzystać tylko pojazdy transportu miejskiego, służb ratunkowych, itp.

Oczywiście teoria teorią, ale trochę aut z silnikiem Diesla jeździ po uzbeckich drogach. Ich właściciele paliwo kupują "spod lady", czyli ze źródeł nie do końca legalnych. Tego typu tankowanie zwykle odbywa się na podwórku lub w bramie, a jego nieodłącznymi rekwizytami są lejek i gumowy wężyk. Jeśli zdecydujecie się na wyjazd terenówką nad Morze Aralskie, to doświadczenie na pewno was nie ominie.

Po dziesiąte: Bądź cierpliwy, kiedy pytają cię o Polskę

Czy Polska to część Rosji? Czy w Polsce mówi się po rosyjsku? Czy płacicie w Polsce dolarami? To 3 najciekawsze pytania, jakie zadali nam poznani w podróży Uzbecy. Z naszych rozmów z nimi wynika, że o naszym kraju nie wiedzą zbyt wiele. Polska kojarzy się głównie z unijnymi sankcjami gospodarczymi i konfliktem z Rosją. Wśród znanych Polaków wymieniają najczęściej Roberta Lewandowskiego i Lecha Kaczyńskiego. I to chyba tyle.

Nie ma się jednak co oburzać. Przeciętny Polak o Uzbekistanie wie jeszcze mniej (jeśli w ogóle wie cokolwiek), więc można wybaczyć Uzbekom te zabawne pytania. Swoją wiedzę czerpią głównie z rosyjskiej telewizji i taki obraz Polski mają w głowach. Odnoszą się jednak do Polaków z życzliwością. Chętnie pytają o warunki życia w Polsce, ceny, płace. Dziwią się, ze nie zarabiamy w Polsce tyle, ile na Zachodzie, przecież jesteśmy częścią Unii. Interesuje ich również jak wygląda u nas życie rodzinne (i na każdym kroku gorąco namawiają do ożenku).