Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rosja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rosja. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 7 sierpnia 2016

Skąd się wziął kierunek Wschód?

Na początku jest pomysł. Rodzi się na kilka miesięcy, a nawet kilka lat przed samym wyjazdem. Czytasz reportaż i nagle budzi się w tobie potrzeba, aby miejsce opisane na kartkach książki zobaczyć na własne oczy. Innym razem przeglądasz w Internecie zdjęcia i widzisz siebie w tych wszystkich niesamowitych zakątkach ziemi. Wyruszasz w pierwszą podróż i zaczyna się efekt domino, reakcja łańcuchowa.


Po pierwszym wyjeździe już wiesz, że nie przestaniesz. Po trzecim uzmysławiasz sobie, że może nie starczyć Ci życia, aby zobaczyć wszystko to, co na świecie ciekawe. Potrzebne jest jakieś kryterium selekcji. Dla jednych są to tanie loty, dla innych - motyw przewodni. W naszym przypadku stały się nim szerokie tory. W głowie narodziło się marzenie - zjeździć wszystkie kraje byłego Związku Radzieckiego.
 

Co nas podkusiło, żeby zacząć jeździć akurat tam? Trudno stwierdzić jednoznacznie. Może fakt, że na świecie nie było i nie ma tak osobliwego tworu, jakim było ZSRR - zajmujące dwa kontynenty, multikulturowe państwo, które zamieszkiwały dziesiątki narodów i grup etnicznych, przez ponad 80 lat mimo licznych antagonizmów tworzących jeden organizm. I choć organizm ten w końcu się rozpadł, pozostawił w kulturze każdego ze swoich krajów-spadkobierców swoiste piętno, zapisał się w zbiorowej tożsamości zamieszkujących je narodów. To piętno widać doskonale, spacerując po ulicach Tbilisi, Mińska, Taszkentu czy Moskwy.


Być może lubimy Wschód, bo tak różni się od otaczającej nas rzeczywistości, a jednocześnie ze względu na nasze dziedzictwo kulturowe czujemy z tą częścią świata jakąś więź? Wszak historycznie Polska nie należała do Zachodu, chociaż dzisiaj uporczywie chcemy się do niego "zaliczać". Pytanie tylko, czy rzeczywiście tak bardzo tam pasujemy?

A może jeździmy na Wschód, bo jesteśmy rusycystami, a rosyjski to do dziś lingua franca krajów byłego ZSRR? Będąc tam mamy możliwość "wyżyć się" językowo, a dodatkowo wiele rzeczy załatwić szybciej, łatwiej i taniej.
 

Wschód kochamy też za kolej i szerokie tory* - pociąg to nasz ulubiony środek transportu, a podróżowanie nim w tej części świata jest dużo przyjemniejsze, niż na Zachodzie.

No i jest jeszcze jedzenie - tak zwane dary Sojuza: uzbecki płow, gruzińskie chaczapuri i chinkali, rosyjska soljanka, białoruskie draniki oraz setki innych prostych, aromatycznych dań, których uczymy się, aby te smaki odtworzyć później we własnym domu.

Fascynacja Wschodem skrzyżowana z pasją do podróżowania, bycia w drodze, działają jak narkotyk. Z końcem każdej podróży w głowie rozpoczyna się już kolejna, na którą czeka się czasami wiele miesięcy. Całe życie podporządkowane jest wyjazdom, bo one są tego życia treścią, nadają mu niesamowity smaczek.

Co kilka miesięcy pakujemy plecaki i ruszamy przed siebie. Zwiedzamy nowe miejsca, uczymy się nowych rzeczy, przywozimy ze sobą bagaż doświadczeń, tysiące zdjęć, dziesiątki nowych smaków i ogrom wspomnień. I tak w kółko, bo przecież to nigdy nam się nie znudzi. :)

*W Rosji i pozostałych krajach byłego ZSRR rozstaw szyn jest szerszy niż w naszej części Europy i wynosi 1520 mm (w Polsce - 1435 mm).

poniedziałek, 8 grudnia 2014

Następna stacja: Sławianskij bulwar

W ramach postów dotyczących moskiewskiego metra wybierzemy się dzisiaj na wirtualną wycieczkę na stację Sławianskij bulwar (Славянский бульвар), 177 z kolei, otwartą 7 września 2008 roku na linii Arbacko-Pokrowskiej. 












czwartek, 19 czerwca 2014

Dwunastu gniewnych ludzi według Paniuszkina

Nie jest to recenzja kultowego filmu Sidney’a Lumeta z 1957. Będzie za to o książce Dwanaścioro niepokornych, która do rąk polskiego czytelnika trafiła w 2011 roku dzięki Wydawnictwu Czarne. Reportaż Walerija Paniuszkina ma z amerykańskim dramatem sądowym wiele wspólnego, mimo że od dystrybucji filmu do opisywanych w książce wydarzeń minęło równo pół wieku, a Stany Zjednoczone od Rosji dzieli nie tylko odległość tysięcy kilometrów, lecz także gigantyczna przepaść ideologiczna.

W obrazie Lumeta dwanaścioro sędziów przysięgłych, ludzi z różnych środowisk i o skrajnie odmiennych poglądach, przez wiele godzin debatuje nad przyszłością młodego chłopaka oskarżonego o zabójstwo własnego ojca, aby w końcu osiągnąć jednomyślność i wydać wspólny wyrok. U Paniuszkina przysięgłych nie ma (ten schemat z sukcesem wykorzystał Nikita Michałkow, który w 2007 roku nakręcił remake amerykańskiego pierwowzoru), są za to liderzy antyputinowskiej opozycji, współcześni dysydenci, dyskutujący o położeniu społeczeństwa we współczesnej Rosji.

Jest rok 2007. Dziennikarz spotyka się z opozycjonistami w małym barze niedaleko Tweru, na trasie z Moskwy do Petersburga. Dysydenci jadą na kolejny Marsz Niepokornych. Nikt jeszcze nie wie, że nowym prezydentem Federacji Rosyjskiej zostanie Dmitrij Miedwiediew. Rosjanie mają już za sobą serię wybuchów moskiewskich domów, koniec prezydentury Jelcyna, pierwszą wojnę czeczeńską, tragiczną śmierć marynarzy z okrętu podwodnego „Kursk”, aresztowanie Michaiła Chodorkowskiego, a także ataki terrorystów na teatr na Dubrowce oraz szkołę podstawową nr 1 w Biesłanie. Trwa druga wojna czeczeńska, niedługo rozpocznie się konflikt z Gruzją, a za kilka miesięcy do parlamentu nie wejdzie – po raz pierwszy w historii – żadna z opozycyjnych partii. Władimir Putin szykuje dla siebie tekę premiera i zamierza wprowadzić zmiany w konstytucji, które pozwolą mu sprawować niepodzielną władzę przez kolejne kilkanaście lat.

Diagnoza jest pesymistyczna: OMON bije demonstrantów, opozycjoniści trafiają do więzienia, wybory stają się parodią demokracji, a o swobodach obywatelskich pamiętają tylko Ci, których wolność jest na każdym kroku naruszana. Źle się dzieje w państwie rosyjskim, zaś na odwieczne pytanie: kto winien?, dwanaścioro gniewnych ludzi wskazuje palcem prezydenta, człowieka znikąd, który gdy tylko poczuł, że dysponuje niezachwianą pozycją i żaden oligarcha nie jest w stanie mu zagrozić (bo to on trzyma za gardło wszystkich oligarchów) zaczął traktować Rosję jak swoją własność, a wyborców – jak poddanych. Tym sposobem Rosjanie wrócili do punktu wyjścia. Umarł król, niech żyje król (a właściwie car)! Z niewielką przerwą na Borysa Jelcyna, którego prezydentura przyniosła, oprócz lekkiego zapachu alkoholu również lekki powiew demokratyzacji, w kraju znowu panują rządy silnej ręki.

Jednak każda akcja rodzi reakcję. Pojawił się nowy car-samodzierżca, są i dysydenci. Czym się różnią od Władimira Bukowskiego, Ludmiły Aleksiejewej czy Andrieja Sacharowa? Kim są? Jaki mają program dla Rosji? 

W małym barze niedaleko Tweru (miejscu wymyślonym, czy raczej żywcem przeniesionym z innego kontekstu, zasady konspiracji nie pozwalają bowiem ujawniać, gdzie zbierają się spiskowcy) spotykamy jedenastu z grona tytułowych niepokornych. Są to dziennikarka Marina Litwinowicz z koalicji „Inna Rosja”, Marija Gajdar, córka byłego premiera FR Jegora Gajdara, Ilja Jaszyn (wówczas w szeregach partii „Jabłoko”), lider Frontu Lewicowego Siergiej Udalcew, członek Partii Narodowo-Bolszewickiej Maksim Gromow, mołdawska dziennikarka Natalia Morari, pisarz i satyryk Wiktor Szenderowicz, ekonomista Andriej Iłłarionow, jeden z koordynatorów działań komitetu nauczycieli w Biesłanie Wissarion Asiejew oraz zaangażowany w działalność charytatywną Michaiła Chodorkowskiego Anatolij Jermolin. Dwunasty dysydent – mistrz szachowy Garri Kasparow jest nieobecny na nocnym spotkaniu. Zatrzymany podczas Marszu Niepokornych w Moskwie przebywa w areszcie, ale Paniuszkin zabiera nas później do jego domu, abyśmy mogli usłyszeć opowieść opozycjonisty o pobycie w więzieniu i dowiedzieć się z pierwszej ręki, że milicjanci zwracali się do niego jak do nowego cara, który wkrótce zastąpi na stanowisku Władimira Putina.

Z perspektywy 7 lat, które minęły od tamtych wydarzeń możemy stwierdzić, że stróże prawa się pomylili, a obok dwunastu dysydentów, których liczba stanowi wyraźne nawiązanie do Ewangelii, a także słynnego poematu Aleksandra Błoka z 1918 roku, na arenie politycznej pojawiły się nowe twarze. Jednak mimo protestów Rosjanom nie zwrócono odebranych im praw i wolności. Nie wybiegajmy jednak w przyszłość.

Niepokornych Paniuszkina poznajemy w różnych okolicznościach. Autor nie przedstawia po prostu życiorysów postaci, stara się raczej odtworzyć drogę, która doprowadziła każdego z bohaterów do baru pod Twerem, pokazać motywacje, jakie nimi kierowały, kiedy zdecydowali się powstać przeciwko władzy. Dysydenci pochodzą z różnych środowisk politycznych. Są wśród nich przedstawiciele liberalnego „Jabłoka”, prawicowego SPS, komuniści i nacbol. Niektórzy ściśle współpracowali z Kremlem, doradzając nawet Władimirowi Putinowi. Innych zatrudniał Michaił Chodorkowski, do niedawna najważniejszy więzień w Rosji i żywy dowód na to, że pieniądze nie mogą zapewnić w tym kraju bezpieczeństwa, jeśli nie gra się według zasad wyznaczonych przez władzę.

Jak to zwykle bywa, również w tym przypadku środowisko dysydentów jest heterogeniczne. Jednak czy możliwe jest zjednoczenie ponad podziałami, aby osiągnąć wspólny cel – wyegzekwować karę wobec winnego pogwałcenia konstytucji i deptania prawa człowieka Władimira Putina? Nie trzeba wybiegać w przyszłość, aby stwierdzić, że to się nie uda. Nawet Paniuszkin w momencie, kiedy pisze swoją książkę, odnosi się do tej perspektywy sceptycznie. Wskazuje, że nie mogą pokonać niesprawiedliwej władzy ci, którzy nie są w stanie stanąć na czele tłumu, ponieważ boją się ciosu omonowskiej pałki spadającej na plecy. Nie zwyciężą ci, którzy rywalizują między sobą o uwagę dziennikarzy i o każdą minutę na wizji zachodnich kanałów telewizyjnych.

Dwanaścioro niepokornych to dowód, że nie ma jednej Rosji, a środowiska, które składają się na „inną” Rosję nie potrafią współpracować, aby ów mit jedności obalić i zaprowadzić pluralizm w życiu publicznym. Dysydenci działają na rachunek ugrupowań, które reprezentują. Działają na rękę władzy i na krzywdę społeczeństwu. A ludzie? Rosyjski naród? Rosyjski naród jest „pogański”, bałwochwalczo wpatruje się we wszystko, co nadaje Kanał Pierwszy rosyjskiej telewizji i jak matuszka Fotinja z Bolszoj Jelni wierzy, że w rękach Putina spoczywa zbawcza misja odrodzenia imperium rosyjskiego.

Jaka w tym wszystkim rola Walerija Paniuszkina? Kim jest dla dwunastki niepokornych? Czy tylko spisuje tę „ewangelię”, czy może sam zasiada w gronie dysydentów? Biorąc pod uwagę styl uprawianego przez niego dziennikarstwa oraz to, że jest bliskim znajomym wielu opisanych w reportażu postaci, można się zastanowić, czy i jego nie zaliczyć w poczet obrońców rosyjskiej demokracji. Może więc jest trzynastym niepokornym, tyle tylko, że nie odważył się umieścić samego siebie z tym spisie przez zwykłą skromność lub mając w głowie znany przesąd, który głosi, że trzynaście osób przy jednym stole zwiastuje nieszczęście. 

http://czarne.com.pl/katalog/ksiazki/dwanascioro-niepokornych

czwartek, 7 listopada 2013

Dawno temu w Moskwie



Rok 1972. Kojarzy mi się z Olimpiadą w Monachium i Czarnym Wrześniem, z Frakcją Czerwonej Armii i IRĄ, z wojną w Wietnamie i aferą Watergate, z Nixonem, Gierkiem, "Ojcem chrzestnym" i serialem "M.A.S.H.". 

W ZSRR w 1972 roku też się działo. W lutym radziecka sonda Łuna 20 wylądowała na Księżycu. W maju Richard Nixon jako pierwszy amerykański prezydent przybył do Moskwy, a USA i ZSRR zawarły układ tzw. SALT I o ograniczeniu systemów obrony przeciwrakietowej na czas nieograniczony, co nie przeszkadzało Rosjanom w kilka tygodni później przeprowadzić podziemnej próby atomowej. Był to rok katastrof lotniczych. 31 sierpnia w katastrofie Iła-18 pod Magnitogorskiem zginęło 101 osób, 2 października do podobnego wydarzenia doszło pod Soczi - zginęło wówczas 109 osób, a niespełna 2 tygodnie później w katastrofie Iła-62 w miejscowości Krasnaja Polana na południu kraju śmierć poniosły 174 osoby.
Z kolei 1 września w Reykjavíku zakończył się szachowy „mecz stulecia” o mistrzostwo świata, w którym Amerykanin Bobby Fischer pokonał Borysa Spasskiego z ZSRR. 

A jak wyglądała Moskwa w 1972 roku? Cofnijmy się 4 dekady w przeszłość i wybierzmy się na wirtualny spacer po mieście.


Na początek sobór Wasyla Błogosławionego na  Placu Czerwonym, a przed nim pomnik Minina i Pożarskiego. Jak widać, niewiele się dzisiaj to miejsce zmieniło.


A tu siedziba Mossowietu, czyli Moskiewskiej rad miejskiej, a naprzeciwko pomnik założyciela Moskwy Jurija Dołgorukiego (Długorękiego). Obecnie w tym budynku mieści się siedziba mera Moskwy. Do niedawna funkcję tę sprawował Jurij Łużkow, któremu również przypisano przydomek Długoręki. 


Uniwersytet Moskiewski im. Michaiła Łomonosowa mieści się na Worobjowych Gorach. Z miejsca, gdzie zrobiono fotografię rozciąga się widok na...


Łużniki - wtedy stadion nosił imię Lenina, z resztą jak większość ważnych miejsc w stolicy. Nazwę zmieniono w 1992 roku - obecna pochodzi od terenu, który jest dość grząski, podmokły i bagienny. Na Łużnikach odbywały się Letnie Igrzyska Olimpijskie w 1980 roku, zaś w 1990 roku swój ostatni koncert zagrał tam Wiktor Coj z grupą Kino.


I jedna z naziemnych stacji moskiewskiego metra "Worobjowe gory", w roku 1972 nazywała się "Lieninskije gory".


Na kolejnym zdjęciu moskiewski Teatr Bolszoj, do dzisiaj zachował się stojący przed nim ogromny pomnik Karola Marksa.



Kolejne dwie fotografie przedstawiają WDNCh, czyli Ogólnorosyjskie Centrum Wystawowe, którego budowa rozpoczęła się w II połowie lat 30. na rozkaz Stalina. Narody Związku Radzieckiego miały prezentować tam swoją kulturę i osiągnięcia. Wyszło z tego coś w stylu radzieckiego Expo. 


Tuż obok nadal znajduje się słynna rzeźba Wiery Muchiny "Robotnik i kołchoźnica". Autorka znana jest również z tego, że zaprojektowała kultowy rosyjski granionnyj stakan, zaś rzeźbę doskonale kojarzą wszyscy miłośnicy produkcji Mosfilmu - od 1947 roku jest ona bowiem symbolem wytwórni filmowej.



Aleksander Sergiejewicz Puszkin - chyba najbardziej znany rosyjski poeta, zwłaszcza wśród Polaków, którym kojarzy się z naszym romantykiem Mickiewiczem. Pomnik Puszkina stoi na placu jego imienia. 


Wieża telewizyjna Ostankino - obecnie najwyższy w Europie budynek, liczy sobie 540 metrów i 10 centymetrów. Do 1975 roku, kiedy wybudowano CN Tower w Toronto, Ostankino było najwyższą budowlą na świecie, a powstało dla uczczenia 50 rocznicy rewolucji październikowej. 


Tu z kolei widok na hotel "Ukraina". Kto był w Warszawie, widział na pewno jego bliźniaka. W Moskwie takich stalinowskich wysotek jest siedem. Jedna z nich to budynek Uniwersytetu Moskiewskiego, który pojawił się wyżej.


A tu hotel "Rossija", wybudowany w latach 60., był jednym z największych na świecie - 3182 pokoje mieściły 5300 osób. Hotel zamknięto w 2006 roku, a budynek przeznaczono do rozbiórki.




Tego miejsca nie trzeba opisywać, na trzech fotografiach wyżej oczywiście Kreml. Z tym że pomnika Lenina już tam nie ma. Jednak nie trzeba daleko iść, żeby na niego trafić. Na Placu Czerwonym nadal znajduje się Mauzoleum Lenina, chociaż moskwianie toczyli już wiele debat, czy nie przenieść szczątków polityka w bardziej odpowiednie miejsce. No i w samej Moskwie takich pomników czy tablic upamiętniających przywódcę bolszewików jest bez liku. Imię Lenina nosi m.in. metro czy biblioteka.


I na koniec prospekt Kalinina, dzisiaj znany jako Nowy Arbat.

Tekst zainspirowany starymi widokówkami z 1972 roku, które przypadkiem wpadły mi w ręce. Już niedługo podobny wpis o Kijowie.

środa, 9 października 2013

Rosja się starzeje


Jednym z najbardziej palących problemów Rosji jest ciągle pogarszająca się sytuacja demograficzna. Poniżej fragmenty ciekawego raportu Leszka Szerepki z 2006 roku, dotyczącego sytuacji demograficznej Rosji (cały raport można znaleźć tutaj).

W 2005 roku Rosyjska Akademia Nauk zakończyła program badawczy "Demograficzna modernizacja Rosji w latach 1900–2000". Z przygotowanego raportu wynika, że w XX wieku państwo rosyjskie straciło w rezultacie złej polityki ok. 140 mln osób. To znaczy, że o tyle liczniejsza byłaby obecnie ludność Rosji, jeżeli państwo to rozwijałoby się w ubiegłym stuleciu w sposób zbliżony do państw europejskich i podobnie jak one szanowałoby wartość życia ludzkiego.


Jedną z głównych przyczyn zmniejszającej się liczby rodzonych dzieci jest pogłębiający się kryzys instytucji rodziny. Większość zawieranych małżeństw rozpada się. Według spisu z 2002 roku, 47% rosyjskich kobiet mogących prawnie wstąpić w związek małżeński (w wieku ponad 16 lat) żyje samotnie. Z nich 18% nigdy nie było w związku małżeńskim, 18% to wdowy, a 11% – rozwiedzione. Związki zawierane są w coraz starszym wieku, coraz później zapadają decyzje o chęci posiadania dziecka. Zmienia się także sam model rodziny i są to przemiany długofalowe. Między dwoma ostatnimi spisami powszechnymi udział rodzin z dwoma i więcej dziećmi zmniejszył się dwa razy, a udział rodzin z jednym dzieckiem zwiększył się o jedną trzecią. Obecnie wśród rodzin z dziećmi – ok. 66% rodzin ma jedno, a ok. 28% – dwoje dzieci. W 2003 roku już 29,7% dzieci urodziło się w związkach nieformalnych.

[W Rosji] Zaniedbano kwestię edukacji seksualnej. Przerywanie ciąży jest wciąż głównym środkiem antykoncepcyjnym stosowanym przez kobiety rosyjskie. Zabiegów aborcyjnych wykonuje się więcej niż przyjęć porodów. Według oficjalnych danych, w 2004 roku było ich ok. 1,8 mln, z tego 10% dotyczyło niepełnoletnich dziewcząt. Jak się oblicza, w przypadku 7–8% kobiet zabiegi przerywania ciąży prowadzą do bezpłodności. W Rosji problem bezpłodności dotyka ok. 15% wszystkich związków. W przedziale wiekowym 15–49 lat z 39,1 mln kobiet około 6 mln jest bezpłodnych. Władze państwowe Federacji Rosyjskiej dotychczas w niedostatecznym stopniu interesują się problemem leczenia bezpłodności, nie widząc w tym skutecznej metody zwiększenia przyrostu naturalnego.

(…) zaludnienie poszczególnych regionów Rosji jest odwrotnie proporcjonalne do ich obszaru. W najmniejszym pod względem terytorium centralnym okręgu federalnym mieszka najwięcej obywateli Federacji Rosyjskiej, a w najbardziej rozległym – dalekowschodnim – mieszka ich najmniej. Różnica w gęstości zaludnienia między tymi okręgami wynosi ponad 50:1 i wykazuje tendencję do powiększania się. Na terytorium trzech okręgów – centralnego, południowego i nadwołżańskiego – zajmujących łącznie zaledwie 13,84% powierzchni Rosji, koncentruje się ponad 62% ludności tego państwa. W sumie na ok. 5 mln km2, stanowiących ok. 29% terytorium Rosji, mieszka ok. 93% populacji. Takie rozmieszczenie ludności niewątpliwie utrudnia racjonalne korzystanie z bogactw naturalnych kraju oraz administrowanie nim.

Politycy niezbyt uważnie słuchają jednak demografów, wychwytując z ich wystąpień jedynie to, co może się przydać w bieżącej walce politycznej. Uwaga ta jest szczególnie celna w stosunku do populistyczno-nacjonalistycznej opozycji, która stara się lansować tezę, iż naród rosyjski wymiera, a rząd robi niewiele, aby temu zapobiec. Liderzy tej orientacji często zabierają głos w kwestiach demograficznych. Z reguły są przeciwni zwiększonemu napływowi do Rosji imigrantów, dlatego koncentrują się na zachętach materialnych, które mogłyby stymulować wzrost liczby narodzin. W tym duchu wypowiadał się m.in. przewodniczący Komunistycznej Partii Federacji Rosyjskiej Giennadij Ziuganow, który w listopadzie 2005 roku zaproponował wprowadzenie tzw. becikowego w wysokości od 30 do 50 tys. rubli (w zależności od regionu) oraz podwyższenie zasiłku na jedno dziecku do 1,5 tys. rubli miesięcznie. Konkurent Ziuganowa, szef tzw. ludowego gabinetu cieni Giennadij Siemigin, propagując ideę zwiększenia w ciągu pięćdziesięciu lat liczby ludności Rosji do 160 mln osób, przywołał przykład Islandii, gdzie becikowe za pierwsze dziecko wynosi 25 tys. euro, za drugie 50 tys. euro itd. Lubiący szokować ekscentrycznością pomysłów, lider populistycznej Liberalno-Demokratycznej Partii Rosji Władimir Żyrinowski zaproponował niegdyś, aby kobietom, które nie urodziły dwójki-trójki dzieci, nie zezwalać na wyjazd za granicę (nie wydawać paszportów). Jeden z członków frakcji parlamentarnej tej partii opowiedział się natomiast za tym, aby automatycznie pozbawiać obywatelstwa te Rosjanki, które znajdą sobie męża poza obszarem WNP. Stale pojawiają się pomysły wprowadzenia podatku od bezdzietności, zakazu adopcji dzieci rosyjskich przez cudzoziemców, zorganizowania ministerstwa ds. demografii czy opracowania celowego programu ratowania narodu rosyjskiego.

Wśród elit coraz powszechniejsze są obawy, że znaczne zmniejszenie potencjału ludnościowego Rosji zahamuje jej rozwój gospodarczy i wpłynie na pogorszenie pozycji geopolitycznej.

poniedziałek, 7 października 2013

Dlaczego Plac Czerwony jest "czerwony"?



Plac Czerwony jest dzisiaj bezdyskusyjnie jednym z najbardziej rozpoznawalnych miejsc w Moskwie, głównie ze względu na wojskowe parady w Dzień Zwycięstwa, obchodzony w Rosji 9 maja, a także korespondencje polskich dziennikarzy z Soborem Wasyla Błogosławionego w tle. Jest to miejsce symboliczne o nie mniej symbolicznej nazwie, „czerwoność” placu idealnie wpisuje się bowiem w ostatnie stulecie historii Rosji (później Związku Radzieckiego). Była Armia Czerwona, czerwony terror, czerwona gwiazda, Czerwony sztandar, czerwoni komisarze, więc Plac Czerwony do tego zestawu pasuje idealnie. 

Kolor czerwony (obok róży) jest w polityce symbolem socjalizmu. To barwa krwi, rewolucji, wyraża namiętność, energię, przykuwa wzrok i drażni, pobudza do działania. Jednak w nazwie historycznego placu Moskwy – Krasnaja płoszczad’, wcale nie chodzi o kolor. Etymologia tej nazwy jest zupełnie inna, a tłumaczenie na większość języków świata po prostu nieprawidłowe.

Początkowo moskiewski Plac Czerwony znajdował się w obrębie Kremla i służył jako główny targ stolicy. Wychodziło na niego frontowe reprezentacyjne skrzydło pałacu carskiego, po rosyjsku zwane krasnym, czyli  paradnym – stąd też wzięła się nazwa samego placu, oznaczająca po prostu piękny. Po pożarze w Kitaj-Gorodzie (dzielnica Moskwy) w 1493 roku, na mocy ukazu cara Iwana III targ został przeniesiony poza mury Kremla, w pustą przestrzeń, która pozostała na miejscu spalonych budynków. Nazwa została na jakiś czas zapomniana. Od 1552 roku plac nazywano Troickim od Świątyni Trójcy Świętej, która później ustąpiła miejsca Soborowi pod wezwaniem Opieki Świętej Bogarodzicy.

Kramy na targu często płonęły, dlatego okoliczni mieszkańcy mówili na plac po prostu „Pożar”. Ów „Pożar” zaczęto określać mianem Krasnaja płoszczad’ po raz pierwszy w połowie wieku XVII, kiedy wokół placu zaczęto stawiać bogato zdobione, piękne budowle, zwłaszcza Sobór Kazańskiej Ikony Matki Bożej. Wówczas potocznie miejsce to nazywano też Placem Targowym. Dzisiejsza nazwa zakorzeniła się na dobre dopiero w wieku XIX. I chociaż odnosiła się do piękna, w oficjalnym tłumaczeniach zaczął się pojawiać kolor czerwony, który wtedy nie miał jeszcze żadnego mocnego uzasadnienia.

Plac Czerwony, zamiast Pięknego pojawia się nie tylko w języku polskim. Jest to tłumaczenie bardzo popularne:

angielski - Red Square
białoruski - Чырвоная плошча
bułgarski - Червен площад
chorwacki - Crveni trg
czeski - Rudé náměstí
esperanto - Ruĝa Placo
francuski - Place Rouge
hiszpański - Plaza Roja
macedoński - Црвен плоштад
niemiecki - Roter Platz
porugalski - Praça Vermelha
serbski - Црвени трг
słowacki - Červené námestie
ukraiński - Красна площа
węgierski - Vörös tér
włoski - Piazza Rossa

Wygląda na to, że najbardziej znany plac Moskwy ze swoją "czerwonością" będzie musiał się pogodzić. Oprócz skojarzeń z komunizmem i Armią Czerwoną nazwę placu niektórzy tłumaczą faktem, że w tym miejscu przelano krew wielu istnień ludzkich, stąd właśnie owa czerwień, jednak wersja ta nie jest prawidłowa. 

wtorek, 24 września 2013

10 rad jak przetrwać w rosyjskim akademiku i nie zwariować


Tekst powstał na bazie moich doświadczeń po miesiącu spędzonym w akademiku Państwowego Instytutu Języka Rosyjskiego im. A. S. Puszkina w Moskwie. Z góry dodam, że nie staram się stworzyć uniwersalnego obrazu moskiewskich czy, szerzej, rosyjskich akademików, bo wiadomo, że może być różnie. Myślę jednak, że po przeczytaniu kilku zamieszczonych poniżej uwag będziecie wiedzieli, czego mniej więcej można się spodziewać, wybierając się na studia lub kursy za wschodnią granicę. 


1. Karaluchy, żuki i dżdżownice – warto się do nich przyzwyczaić, są bowiem pierwszym wyzwaniem, jakie stawia przed nami rzeczywistość rosyjskiego akademika. W 13-piętrowym budynku ze zsypem na śmierci karaluchy są niestety ponurą codziennością. O ile w pokojach można z nimi jeszcze jakoś walczyć wystawiając różnego rodzaju pułapki i środki odstraszające, o tyle w kuchni widok biegających po podłodze i ścianie robaków może skutecznie zniechęcić do spożywania jakichkolwiek posiłków. Oczywiście człowiek do wszystkiego może się przyzwyczaić, więc po jakimś czasie ogarnia go znieczulica i musi pamiętać tylko, żeby nie zostawiać naczyń w zlewozmywaku, bo w kubkach i garnkach mogą zamieszkać niepożądani lokatorzy. Co do żuków, to sama nie widziałam, ale z opowieści innych wytrwałych studentów wiem, że również grasują nocą po pokojach. Dżdżownice z kolei (lub jakieś stworzonka dżdżownicopodobne) lubią po cichutku wychodzić z odpływu wanny, zwykle w momencie, kiedy w klapkach bierze się prysznic, uważając przy tym, by żadną częścią ciała nie dotknąć pranej nie wiadomo kiedy zasłony prysznicowej. 

2. Skoro już jesteśmy przy temacie kąpieli, warto skupić się na chwilę na problemie ciepłej wody. Czasami jej brakuje, np. możemy przyjechać i po kilku dniach pobytu trafić na wiszące przy windzie ogłoszenie, że z przyczyn technicznych przez najbliższe dwa tygodnie ciepłej wody nie będzie niemal w całym budynku, więc jeżeli ktoś odczuwa palącą potrzebę umycia się w wodzie, która osiąga temperaturę wyższą, niż ta w Bajkale, może skorzystać z jednego 6 pryszniców (na 13 pięter, na których aktualnie przebywa kilkaset osób). I tutaj zaskoczenie, bo po kilku próbach umycia się w lodowatej kranówie, po których zastanawiamy się, czy to już zapalenie płuc, czy początki gruźlicy, zjeżdżamy windą na parter, oczywiście uzbrojeni w coś do czytania, bo przecież każdy rano chce wziąć prysznic, wchodzimy do łazienki, a tam miła pani od razu kieruje nas do kabiny, gdzie w obłoku pary wreszcie możemy porządnie się umyć nie ryzykując szoku termicznego. Oczywiście nikomu nie wspominamy, że w łazience kolejek nie ma i nadal pozwalamy swoim znajomym cierpieć co rano pod natryskiem wody zimnej jak zmrożona wódka, sami zaś cieszymy się porannym prysznicem bez kolejek. Brak ciepłej wody to jednak nie jedyna niedogodność. Sporym problemem może być też brak wody zimnej. Żeby nie było nudno, w Rosji czekają nas również takie atrakcje, przyjdzie nam zatem brać prysznic we wrzątku, więc zamiast odmrożenia możemy stać się ofiarami poparzeń. 

3. Winda – element konieczny, gdy nasi znajomi są rozsiani po 13 piętrach. Poruszanie się po schodach pieszo grozi gwałtowną utratą wagi i zawałem. Szkoda, że staje się koniecznością, kiedy wiekowy dźwig osobowy przestaje działać (a zdarza się do stosunkowo często i nie trwa kilku godzin, ale raczej kilka dni). Wtedy trzeba wspinać się po schodach i zbiegać na dół kilka(naście) razy dziennie. Ładnie wyrzeźbione mięśnie ud po miesięcznym kursie gwarantowane, ale za jaką cenę! A jak winda działa, to staje się przyczyną ciągłych spóźnień na zajęcia, bo, niczym rosyjskie autobusy, jeździ kiedy i dokąd chce, więc czasami zjazd 6 pięter niżej trwa dobre kilka minut, bo dźwig zabiera nas najpierw na samą górę, a po drodze w dół robi 10 przystanków mimo, że nikt jej nie przywołuje. Poza tym jest w niej głośno i trzęsie niczym w pociągach Przewozów Regionalnych. 

4. Powiązana z problemem zepsutej windy jest kwestia kluczy do pokojów. A właściwie klucza, bo w pięcioosobowym łączniku (dwa pokoje i łazienka) taki klucz jest tylko jeden, więc obowiązuje zasada, że ostatni „gasi światło” i zamyka drzwi, a klucz zostawia w recepcji, na parterze. Znając problemy z pamięcią, które są bolączką polskich studentów, ciągle dochodzi do sytuacji, kiedy udaje się nam w końcu wspiąć na 6 piętro, zdyszani stajemy przed drzwiami i zdajemy sobie sprawę, że są zamknięte, a w naszej dłoni klucza nie ma. Wtedy mamy ochotę umrzeć, ale cierpliwie wracamy na dół, by na recepcji dowiedzieć się, że klucz 2 minuty temu zabrała współlokatorka, która minęła się z nami po drodze, bo akurat udało jej się złapać windę-widmo. Zatem znowu włazimy na górę i już nie mamy siły zwiedzać Kremla, więc zostajemy w akademiku i nasłuchujemy tupotu małych stóp karaluchów. Gdzieś po 3 dniach decydujemy się problem z kluczem rozwiązać w prosty sposób – dorabiamy sobie własny za kilkadziesiąt rubli (kilka złotych) i stajemy się wolnym i szczęśliwym człowiekiem, panem własnych drzwi. 

5. Szukanie kluczy wieczorem może zaprowadzić nas na balkony, które do niedawna były centrum życia towarzyskiego w puszkińskim akademiku. Na balkonach piło napoje alkoholowe, paliło papierosy, poznawało nowych ludzi, prowadziło się swoje pierwsze rozmowy po rosyjsku, oglądało się wschody i zachody słońca (może powinnam to napisać w odwrotnej kolejności), ogólnie żyło się, z dala od klubów, zatłoczonych i zdecydowanie za drogich dla, niezbyt „glamurnych”, studentów z Polski. Jeżeli mieliśmy ze sobą alkohol, a brak nam było towarzystwa, żeby go wypić, wystarczyło przejść się po piętrach i wybrać tę imprezę, która najbardziej nam odpowiadała: wieczór z Hiszpanami przy dźwiękach gitary, spotkanie z mówiącymi wyłącznie po angielsku Turkami, gorący temperament Serbów z ich dziwną wódką, czy też gościnność i wylewność Rosjan, którzy bynajmniej za kołnierz nie wylewali. Wszystko to było na wyciagnięcie ręki, bez wychodzenia z akademika.


6. Kolejnym ważnym aspektem życia w akademiku jest jedzenie. Jedzenie najłatwiej zorganizować w stołówce. A z jedzeniem w puszkińskiej stołówce jest jak z amerykańską komedią romantyczną – nie jest to specjalnie dobre, ale umrzeć od tego nie można. Nad talerzem takich specjałów przychodzi do głowy jedna refleksja: jest to ciepłe i jest tam mięso, więc nie ma powodów do narzekania. Gotować można też na własną rękę, ale w sensie logistycznym okazuje się to dużym wyzwaniem, przede wszystkim ze względu na brak podstawowego wyposażenia w kuchniach, w których oprócz zlewozmywaka i kuchenki elektrycznej nie ma nic. Jeśli na naszym piętrze jest czajnik elektryczny, to znaczy, że mieszkamy na piętrze 6 razem z dyrektorką akademika i mamy wielkie szczęście, bo w szafce kuchennej znajdujemy też garnek, patelnię i drewnianą łopatkę, zatem jesteśmy już mniej więcej urządzeni i przez cały pobyt możemy przygotowywać pyszne dania na bazie polskiej kiełbasy, pomidorów i papryki. 

7. Żeby cokolwiek w akademiku ugotować, trzeba wybrać się na zakupy. Kto w puszkińskim akademiku mieszkał, wie dobrze, że mekką polskich studentów jest pobliski Aszan (Auchan). Jeśli dysponujemy ograniczonym budżetem, wybieramy produkty linii „Każdy dzień” (Каждый день), w charakterystycznych białych opakowaniach z zielono-żółtymi napisami. Nie wiem, jak to się dzieje, ale cena większości tych wyrobów, niezależnie od tego, co to jest, nie przekracza równowartości 2 zł, więc wychodzi się z koszykiem pełnym jedzenia i portfelem pełnym rubli. Na zakupy można też wybrać się do Pieriekrjostka (Перекрёсток – po rosyjsku „skrzyżowanie”) lub do Siódmego Kontynentu (Седьмой Континент), ale tam ceny są już nieco wyższe, więc zalecamy taką wyprawę tylko w wypadku, kiedy nie chce nam się maszerować aż do Aszana. Można też kupować w sklepikach przy akademiku, ale raczej wódkę i raczej po 22.00, bo wtedy obowiązuje w Rosji zakaz sprzedaży alkoholu i tylko w takich miejscach można się w ten towar (nierzadko bardzo naglącej potrzeby) zaopatrzyć. Sklepik znajduje się też na terenie akademika, o czym możemy się dowiedzieć np. 2 dni przed powrotem do Polski i wybrać się tam z ciekawości, aby odkryć, że gwarantuje on nam możliwość przetrwania w Moskwie bez wychodzenia z domu, bowiem oprócz jedzenia oferuje też suweniry (matrioszki, chochłomę) i pocztówki. 

8. Wiadomo, że wyjeżdżając na kilka tygodni nie jesteśmy w stanie zabrać ze sobą tylu ubrań, aby przetrać bez pralki. I tu kilka ważnych uwag, żebyśmy uniknęli trwałego uszczerbku na naszej odzieży.  Po pierwsze, nie ufajmy Pani z Pralni. Pani ta pierze wszystko w temperaturze 60 stopni, więc może sprowadzić apokalipsę na nasze „delikatne”, które warto wyprać troskliwymi rękami w misce (w Aszanie można ją nabyć na 80 rubli). Pani z Pralni chętnie zaopiekuje się za to ręcznikami. I jeszcze jedno: wszystko co jej oddajemy, trzeba pieczołowicie spisać na liście załączanej do woreczka z praniem. Jest to konieczne, żeby potem udowodnić, że zabieramy z pralni rzeczywiście nasze rzeczy. Przystępując do prania ręcznego musimy pamiętać o sznurku, który trzeba rozwiesić gdzieś w pokoju, utkać misterną sieć, w która niezwykle łatwo wpaść potem w nocy przy zgaszonym świetle. Taki sznurek można spróbować kupić w pobliskim sklepie, Panie Sprzedawczynie go zorganizują, jeśli złoży im się wcześniej zamówienie. Na pytanie: „U was jest’ wierjowka?” (Czy  „prowadzą” sznurek?), odpowiedzą „Na zawtra budziet” (Na jutro będzie), więc pewnie pójdą rano do Aszana i go kupią, żeby po południu sprzedać nam go dwa razu drożej. 

9. Ochroniarze – warto z nimi dobrze żyć, bo w ich mocy leży to, czy wpuszczą nad do akademika w środku nocy, czy też nie. Pilni stróże porządku, patrolują piętra i naprawdę starają się ignorować hałasy toczących się na balkonach wieczerinek, ale czasami decydują się na desperacki krok i dokonują interwencji, która nie robi żadnego wrażenia na rozgadanych mieszkańcach akademika. Z Panem Ochroniarzem można porozmawiać sobie też w windzie, np. o tym, że polscy studenci przyjeżdżając do Rosji popadają w alkoholowy szał i białą gorączkę, albo próbować wytłumaczyć, że reklamówka butelek w waszych rękach to „prezenty dla rodziny z Polski”. 


10. Popiersie Aleksandra Siergiejewicza Puszkina, czyli po rosyjsku „biust”. Ważny element tożsamości mieszkańców akademika. Każdy robił sobie z nim zdjęcia, niektórzy w nocy prowadzili z nim długie rozmowy o życiu i poezji. Jest niemym świadkiem wieczornych spotkań w parku przy butelce wina i obserwatorem studenckiego życia.  Gdyby miał ręce, pewnie przyłożyłby jedną do twarzy w wiele mówiącym geście. Ale na szczęście rąk nie ma i pozwala nam cieszyć się beztroskim życiem w akademiku, który dla wielu w Moskwie stał się prawdziwym domem. 

niedziela, 22 września 2013

Następna stacja: Dostojewskiego

O moskiewskim metrze pisano już dużo, więc jeżeli komuś wpadły w ręce jakieś reportaże o Rosji (a tych ostatnio nie brakuje), na pewno coś niecoś już na ten temat wie. W liczbach sprawa przedstawia się mniej więcej tak: 

1935 - rok, w którym otwarto pierwszą linię
12 - liczba wszystkich linii obecnie
313,1 - tyle kilometrów liczy łączna długość wszystkich linii
188 - łączna liczba stacji
2463,8 - tyle milionów pasażerów podróżowało metrem w roku 2012
73,6 - głębokość w metrach, na której znajduje się najgłębiej położona stacja Park Pobiedy 
126,8 - tyle metrów mają najdłuższe ruchome schody, również na stacji Park Pobiedy

Informacje i ciekawostki o metrze można wyliczać w nieskończoność, więc zainteresowanych odsyłam do świetnego tekstu Macieja Jastrzębskiego "Podziemne miasto" z książki "Matrioszka Rosja i Jastrząb".



A nam ten wstęp był potrzebny po to, aby ogłosić nową serię postów poświęconych właśnie stacjom moskiewskiego metra - małym dziełom sztuki (czasami socrealistycznej), które zadziwiają podróżnych i stanowią jedną z największych atrakcji miasta. Pisze się o nich, ale rzadko się je pokazuje, więc postaramy się naprawić ten błąd. 

Zaczynamy od czegoś dla miłośników literatury, czyli od otwartej 19 czerwca 2010 roku stacji "Dostojewskaja" (станция метро Достоевская), poświęconej pamięci słynnego rosyjskiego pisarza. Jest to przedostatnia stacja 10 linii (Люблинско-Дмитровская линия). Położona jest pod Teatrem Armii Rosyjskiej, niedaleko domu, w którym kiedyś mieszkał młody Fiodor Dostojewski, teraz zaś znajduje się tam muzeum poświęcone pisarzowi. Dom stoi przy ulicy jego imienia. 








Ściany peronów stacji zdobią mozaiki, przedstawiające obrazy z najważniejszych utworów Dostojewskiego: "Braci Karamazow", "Biesów", "Zbrodni i kary" oraz "Idioty", m.in. wiele scen przemocy, np. zabójstwo staruchy przez Raskolnikowa, samobójstwo Swidrygajłowa ("Zbrodnia i kara"), samobójstwo Stawrogina i zamordowanie Szatowa ("Biesy"), czy morderstwo Nastasji Filipowny ("Idiota"). Autorem mozaiki jest Iwan Nikołajew. Jego prace wzbudziły niemałe kontrowersje wśród mieszkańców Moskwy, właśnie ze względu na swój makabryczny charakter, podobają się za to fanom książek Dostojewskiego.









A tak stacja Dostojewskaja wygląda w pełnej krasie:

sobota, 7 września 2013

Nowatorskie rozwiązania w dawnej stolicy




Z okazji obchodów trzechsetlecia powstania Petersburga, które przypadały na rok 2003, władze miasta wpadły na pomysł, jak rozwiązać problem zbyt małej ilości publicznych toalet. Ustalono, że goście, którzy przybędą do miasta z okazji święta, swoje potrzeby fizjologiczne będą załatwiali w… autobusach miejskich.

W tak zwanych toaletobusach (тоавбус) lub autoletach (автотуалет) zamiast foteli zamontowano kabiny - 7 zwykłych i jedną przeznaczoną dla osób niepełnosprawnych. W toaletach na kołach obowiązywał ścisły podział na te dla kobiet oraz dla mężczyzn. W tych drugich zmieściło się nawet sześć pisuarów. 

Oczywiście z takiej nietypowej toalety nie można było korzystać podczas jazdy. Aby mogła prawidłowo funkcjonować, podłączała się do miejskiej studzienki ściekowej. Kierowca takiego toaletobusu był jednocześnie kasjerem oraz ochroniarzem. Koszt korzystania z takiego typu usługi wahał się w granicach 10 rubli (jednej złotówki). W ciągu godziny toaleta samobieżna mogła obsłużyć nawet 260 pasażerów.

Petersburscy hydraulicy wydają się być pionierami w tej dziedzinie – nikomu innemu nie przyszło bowiem wcześniej do głowy, aby zaprojektować tego typu autobus-toaletę. Pierwsi „klienci” – mieszkańcy miasta od razu dostrzegli przewagę nowego wynalazku nad tradycyjnym szaletem miejskim – przede wszystkim chodziło o kwestię higieny – nowe autolety były o wiele czystsze od zaniedbanych toalet publicznych.

Obecnie autolety cały czas można spotkać na ulicach dawnej stolicy, są jednak raczej nietypową atrakcją turystyczną, jedną z osobliwości miasta. Toaleta na kołach pojawia się m.in. w okolicach Placu Pałacowego.