niedziela, 18 sierpnia 2013

Radziecki pocałunek

Rok 1974. I sekretarz KC KPZR Leonid Breżniew składa przyjacielską wizytę w kraju sojuszniczym. Rozentuzjazmowany spotkaniem składa soczysty pocałunek na ustach Edwarda Gierka. Całą sytuację uwiecznił na fotografii Jan Morek. Zdjęcie ujrzało jednak światło dziennie dopiero kilkanaście lat później, najwidoczniej polscy cenzorzy uznali, że pierwszym sekretarzom nie przystoi całować się w usta. 


Pocałunek w usta stał się na przestrzeni lat znakiem rozpoznawczym członków radzieckiej wierchuszki. Wspomniany już Leonid Breżniew był chyba ich zagorzałym fanem, fotografowie przyłapali go bowiem na całowaniu przywódcy NRD Ericha Honeckera...


... jednego ze swoich przyszłych następców Konstantina Czernienki...


... i po raz kolejny Edwarda Gierka. I sekretarz PZPR był chyba ulubieńcem radzieckiego przywódcy.



Skąd się wzięła ta prawdziwie "męska" tradycja całowania w usta kolegów polityków z bratnich krajów? Zgodnie z teorią autorów portalu Światowidz wszystko zaczęło się od tego plakatu:


Na plakacie człowiek pracujący (miasta i) wsi całuje czerwonoarmistę, wdzięczny za przyniesioną na bagnetach wolność. Pocałunek jest nie mniej namiętny niż ten między Nikitą Chruszczowem i Walterem Ulbrichtem, Przewodniczącym Rady Państwa NRD.


Chruszczow lubił się też poprzytulać, poniżej na zdjęciu z Fidelem Castro.


Tradycja całowania zachowała się nawet w okresie pierestrojki, był jej wierny także Michaił Gorbaczow.


Radziecki pocałunek został przeszczepiony na grunt pozostałych państw bloku wschodniego. Przed spotkaniem pierwsi sekretarze partii komunistycznych zapewne stawali przed dylematem: kto powinien zrobić pierwszy ruch i zainicjować ów pocałunek? Czy decyduje tutaj staż na stanowisku pierwszego sekretarza? Kto winien zacząć, gospodarz, czy gość? A może inicjatywa powinna leżeć po stronie działaczy radzieckich, jako prekursorów tej wspaniałej tradycji?


Wielokrotnie całowany przez Breżniewa Edward Gierek nie bał się okazywania czułości (na zdjęciu z rumuńskim dyktatorem Nicolae Ceauşescu).


Przytulić sojusznika politycznego nie wahał się też Fidel Castro. Warto dodać, że tradycja radzieckiego pocałunku funkcjonuje również obecnie, przy czym nie tylko na Wschodzie (tu trzeba zauważyć, że Borys Jelcyn poszedł w ślady swoich poprzedników, na zdjęciu poniżej całuje Nelsona Mandelę)...


... ale również na Zachodzie. To jednak całkiem inna historia!


czwartek, 15 sierpnia 2013

Krótka historia serka w polewie


Odwiedzając sklepy spożywcze w Rosji turyści zwykle szukają kilku podstawowych produktów. Do walizek pakują kawior, rosyjską wódkę, gruzińskie wino oraz niewiarygodnie tanie wyroby tytoniowe. Wystarczy jednak jedna wizyta w Aszanie (Ашан – w Polsce też je mamy, ale brzmią bardziej „francusko”), trochę ciekawości i duży apetyt, aby odkryć cały szereg rosyjskich smakołyków, które na pewno zachwycą polskich łasuchów. Naszym bohaterem będzie dzisiaj mój ulubieniec, który na głowę bije wszystkie chałwy i zefirki.

Chodzi o serek twarożkowy w polewie, czyli głazirowannyj tworożnyj syrok (глазированный творожный сырок) – batonik niewielkich rozmiarów, produkowany z masy twarogowej z dodatkiem masła, cukru i wanilii, oblany czekoladą.



Pierwsze serki zaczęto produkować w latach 30. XX wieku w Związku Radzieckim. W sklepach zaczęły pojawiać się masowo w latach 50. i szybko stały się popularne wśród społeczeństwa, zwłaszcza dzieci, którym batonik przypominał inny smakołyk – uwielbiane z ZSRR lody Eskimo. W latach 80. serki stały się towarem deficytowym, na półki wróciły dekadę później, po pierestrojce. Początkowo były dostępne w dwóch smakach: waniliowym i kakaowym. Obecnie producenci serków prześcigają się w wymyślaniu kolejnych rodzajów nadzienia. Mamy zatem serki z owocową konfiturą, z kokosem, czekoladą, ciasteczkami i (chyba najbardziej lubiane przez Rosjan) serki z mlekiem skondensowanym. Warto dodać, że to ostatnie cieszy się w Rosji dużo popularnością. Wiele słodyczy zachodnich marek można kupić w rosyjskich sklepach właśnie z takim nadzieniem (np. popularne również w Polsce rogaliki 7day’s).




Twarogowe serki są w Rosji bardzo popularne. W każdym większym sklepie samoobsługowym można wybierać między kilkoma, a nawet kilkunastoma produktami różnych marek. Ich ceny wahają się od kilku do kilkunastu rubli za sztukę, nie są więc wygórowane.

Poza Rosją serki również mają swoich wiernych fanów. Produkowane są w kilkunastu krajach, m.in. na Białorusi, Ukrainie, Litwie, Łotwie, w Estonii oraz na Węgrzech. Do Polski jeszcze nie dodarły, co dziwne, bo znając nasze upodobanie do serków homogenizowanych, jogurtów, twarożków i innego rodzaju deserów mlecznych, na pewno zyskałyby uznanie konsumentów.

Jeśli chcecie dowiedzieć się więcej o tym małym smakołyku, zapraszam na stronę Muzeum Serków w Polewie (Музей глазированных сырков), można nacieszyć oczy kolorowymi opakowaniami i narobić sobie apetytu przed kolejną wizytą na Wschodzie.

sobota, 10 sierpnia 2013

Ruski podryw, czyli rzecz o relacjach damsko-męskich


Moskwa. Park Woroncowa. Upalny sierpniowy dzień. Razem z koleżankami siedzę na ławce i piję zimnego Mielnika. Naszą rozmowę na temat przewagi piwa polskiego nad rosyjskim zakłóca młody Rosjanin.

- Skąd jesteście? – pada pytanie. – Przyjechałyście z Niemiec? Usłyszeliśmy z kolegą, że chyba mówicie po niemiecku – chłopak, zadowolony, że udało mu się wzbudzić nasze zainteresowanie, macha do siedzącego niedaleko przyjaciela i zachęca go, żeby podszedł bliżej.

Nasze rozbawienie, wynikające z faktu, że pomylił Polki z Niemkami, nie wydaje się wprawiać go w zakłopotanie. Wręcz przeciwnie, coraz bardziej pewny siebie przysiada się do nas, chociaż miejsca na ławce niewiele. Po chwili dołącza do nas jego kolega. Po krótkim zapoznaniu („Ja jestem Siergiej, a to mój kolega Paweł”) rozpoczyna się…

„Podryw na Lenina”

Etap pierwszy: wywiad. Siergiej i Paweł nie owijają w bawełnę. Po kilku uwagach na temat tego, jak świetnie mówimy po rosyjsku, padają trzy pytania, które później będą nam zadawane jeszcze kilkakrotnie – zawsze w tej samej konfiguracji:
  1. Czy masz mieszkanie? (У тебя есть квартира?)
  2. Czy masz samochód? (У тебя есть машина?)
  3. Czy masz chłopaka? (У тебя есть парень?)

Nasze odpowiedzi wydają się chyba satysfakcjonujące, więc Siergiej (bardziej wygadany i „światowy”) pyta, co nas sprowadza do Moskwy. Tłumaczymy, że jesteśmy studentkami i przyjechałyśmy tutaj na kurs językowy, a przy okazji chcemy poznać realia życia w Rosji i pozwiedzać. Chłopcy wydają się uradowani i od razu oferują, że z chęcią oprowadzą nas po mieście. Następuje etap drugi rozmowy, czyli autoprezentacja.

Okazuje się, że Siergiej pracuje w prywatnej firmie, mieszka w stolicy zaledwie kilka miesięcy, a już udało mu się uzbierać na własne auto (zarabia 70 tysięcy rubli miesięcznie, ale nie chce wyjaśnić, czym dokładnie się zajmuje). Razem z Pawłem, świeżo upieczonym policjantem (którego uposażenie jest dużo niższe, wynosi zaledwie 28 tysięcy rubli) wynajmują mieszkanie w pobliskim bloku. Paweł dopiero kilka tygodni wcześniej przeniósł się do Moskwy i zaczął pracować, więc póki co ledwo wiąże koniec z końcem, ale jego marzeniem również jest posiadanie własnego samochodu (wnioskujemy z tego, że to właśnie „maszyna” czyni z rosyjskiego chłopaka prawdziwego mężczyznę). 

Obaj wychowali się w jednej z podmoskiewskich wsi i Siergiej od razu zaprasza nas do swojego rodzinnego domu na weekend. Jego ojciec pędzi samogon. Jeżeli w sobotę będziemy miały czas, może nas tam zawieźć i pokazać, jak się żyje na rosyjskiej prowincji. Do pomysłu wspólnego wyjazdu odnosimy się z rezerwą, więc chłopcy szybko zmieniają temat i teraz rozmawiamy o warunkach życia w Polsce. Paweł jednak nie daje za wygraną. Zdeterminowany, żeby umówić się na kolejne spotkanie, wytacza najcięższą artylerię.

Etap trzeci: negocjacje. Młody policjant wydobywa z plecaka swoje dokumenty i mówi, że pracuje na Placu Czerwonym. Pyta, czy już tam byłyśmy.

- Tak, pierwszego dnia, ale wybieramy się jeszcze raz, żeby wszystko na spokojnie zobaczyć.

- Niemożliwe, przecież bym was zauważył, takie krasawice! – wypala, po czym dodaje. – Pracuję w mauzoleum Lenina. Jak chcecie, mogę wam pokazać naszego wodza za darmo – zachęca. Kiedy się uśmiecha, pokazuje nam swoją ukruszoną jedynkę.

Chociaż wizja oglądania zabalsamowanych zwłok wodza rewolucji październikowej wydaje się niezwykle kusząca nie dajemy się zwariować (dla niezorientowanych – wstęp do mauzoleum jest bezpłatny, trzeba tylko odstać swoje w kilkusetmetrowej kolejce) i żegnamy się z nowymi znajomymi, którzy z minuty na minutę zaczynają być coraz bardziej uciążliwi. Chłopcy nie chcą jednak odpuścić. Po kilku nieudanych próbach wyciągnięcia od nas adresu i numerów telefonu postanawiają nas odprowadzić. Dopiero kiedy zapisuję sobie na kartce numer do Siergieja pozwalają nam odejść, odprowadzając nas zawiedzonymi spojrzeniami.

Rosyjska piękność

Szybko przekonujemy się, że trzy młode dziewczyny w krótkich spodenkach, zwykłych koszulkach i rozchodzonych trampkach pijące piwo w parku o czwartej po południu to w Moskwie „egzotyka”. Rosyjskie dziewczęta nie pozwalają sobie na taką „ekstrawagancję”. Zadbane, w sukienkach i butach na wysokim obcasie, nie siadają na trawie zajadając się sucharikami. Ich włosy są ułożone w nienaganne fryzury, wypielęgnowane paznokcie pokrywa lśniąca warstwa lakieru, a zamiast wygodnego plecaka noszą torebki zawieszone na łokciach. 

Młode Rosjanki muszą o siebie dbać, bo zdają sobie sprawę, że jest to ich jedyny sposób na znalezienie dobrego męża. Problemy demograficzne, między innymi wysoki współczynnik feminizacji (na 100 mężczyzn w Rosji przypada aż 116 kobiet), a także dużo niższa średnia długość życia przedstawicieli płci brzydkiej, zmagających się z chorobami cywilizacyjnymi, rozwojowi których sprzyja siejący spustoszenie wśród społeczeństwa alkoholizm, dają mężczyznom przewagę w sferze relacji damsko-męskich. Kobieta, która marzy o partnerze idealnym (mężczyzna z własnym mieszkaniem, samochodem i dobrą pracą, który do kieliszka zagląda tylko od czasu do czasu) musi przygotować się na ostrą rywalizację. Właśnie dlatego młode Rosjanki wydają sporo na zabiegi upiększające, kosmetyki, markowe ubrania, siłownię i wstępy do drogich klubów – to nic innego, jak inwestycja w przyszłość. Nagrodą dla najlepszych w tym codziennym konkursie piękności jest wymarzony dom i dostatnie życie u boku troskliwego mężczyzny.

W tej subtelnej grze panowie oczywiście też muszą dać coś z siebie. Przede wszystkim powinni zadbać o atrybuty prawdziwego faceta: samochód, mieszkanie, dobrą pracę i pieniądze – dziewczyna czy narzeczona w Rosji to bowiem nie lada wydatek. W zamian za wyrzeczenia i diety kobiety obsypywane są przez partnerów kwiatami i prezentami (często są to drogie perfumy, ubrania, biżuteria), zabierane na kolacje do wytwornych restauracji oraz na zagraniczne wycieczki. To transakcja wiązana. Co ciekawe, wygląd mężczyzny nie odgrywa tutaj decydującej roli. Właśnie dlatego w okolicach moskiewskich atrakcji turystycznych, gdzie lubią fotografować się nowożeńcy, można spotkać wiele pięknych panien młodych w towarzystwie o wiele mniej atrakcyjnych narzeczonych.

Przepis na miłość

Kaliningrad. Upalny lipcowy wieczór. Razem z koleżankami włóczymy się po ulicach miasta, na każdym kroku mijając gabinety kosmetyczne (салон красоты), kwiaciarnie i salony sprzedające suknie ślubne. Tak mniej więcej wygląda rosyjski przepis na miłość. Ona spędza czas w salonie, żeby spodobać się Jemu. On, żeby Ją zdobyć, obsypuje Ją kwiatami i prezentami. A wszystko to prowadzi do finału – ślubu, o którym marzy każda rosyjska dziewuszka. Oczywiście jest to duże uproszczenie, jak się jednak szybko przekonujemy, również w tym stereotypie tkwi ziarno prawdy, i to całkiem spore.

„U was w Polsce wszystko jest prostsze…”

Romę i Nastję spotykamy przed sklepem spożywczym w centrum Kaliningradu. Dziewczyna zagaduje nas, bo słyszy, że mówimy po polsku. Jest studentką polskiej filologii na pobliskim uniwersytecie. Widok Polaków ją cieszy, proponuje, że pokaże nam kilka ciekawych miejsc. Umawiamy się na spotkanie następnego dnia. Okazuje się, że Nastja się spóźni, przysyła do nas swojego chłopaka. Roma nie wydaje się chyba szczególnie zachwycony perspektywą popołudnia spędzonego z kilkoma polskimi studentkami, które na domiar złego łamią wszystkie konwenanse i kupują mu w klubie piwo, odmawiając wzięcia za nie pieniędzy.  Speszony chłopak szybko jednak się rozluźnia. Jest szczerze zaskoczony naszym podejściem do życia. Śmieje się, kiedy mówimy mu, że kwiaty w Polsce kupuje się dziewczynom na specjalne okazje albo kiedy chce się je za coś przeprosić.

- W Polsce relacje między dziewczyną a chłopakiem są o wiele prostsze – tłumaczy Roma. - Wy jesteście o wiele bardziej niezależne. Nie myślicie tylko o ślubie. Możecie wyjść do klubu w dżinsach i koszulce i to jest ok. - Po czym dodaje - Faceci u was też mają łatwiej. Nie muszą się martwić, żeby szybko znaleźć dobrą pracę i mieć pieniądze. Oceniacie siebie nawzajem na podstawie zupełnie innych kryteriów.

O ile Romie zdaje się podobać ten bardziej „zachodni”, jak sam go nazywa, styl relacji damsko-męskich, Nastja ma na ten temat inne zdanie. Chociaż jest młodą, aktywną studentką, która pracuje i często podróżuje, otwarcie przyznaje, że potrafi obrazić się, gdy chłopak przez dłuższy czas nie przynosi jej kwiatów. Chętnie przyjmuje od niego drogie prezenty. Romę stać na nie, ponieważ pracuje w branży naftowej. To jeden z tych chłopaków, o których kobiety w Rosji tak zaciekle walczą. Z wykształcenia ekonomista, właśnie rozpoczął kolejne studia w Petersburgu. Ze względu na pracę często musi wyjeżdżać do Skandynawii, albo podróżować po Rosji. Wakacje spędza z Nastją na południu Europy. Ostatnio byli w Barcelonie. Jest skromny, kulturalny, pije tylko na imprezach, a ponadto szanuje kobiety. Wielu Rosjan jest pozbawionych tej ostatniej cechy. Kobieta, która dźwiga na barkach rosyjski los, nie znajduje należnego uznania w społeczeństwie.

Żona z importu

Wiele Rosjanek, którym nie udaje się znaleźć odpowiedniego kandydata na męża w swoim najbliższym otoczeniu, szuka szczęścia zagranicą. Po pierestrojce biura matrymonialne zaczęły powstawać w Rosji jak grzyby po deszczu. Obecnie wiele z nich oferuje kobietom darmowe usługi, Rosjanki są bowiem postrzegane na Zachodnie jako dobre kandydatki na żony i cieszą się dużym powodzeniem. Są oddanymi matkami, które potrafią zadbać o męża i dom. Jedyne czego pragną, to spokojne życie i stabilizacja finansowa. Wiek i wygląd partnera nie odgrywają tutaj niemal żadnej roli. Dlatego często mężczyźni po pięćdziesiątce kandydatki na żonę szukają właśnie w Rosji. Największą popularnością wśród Rosjanek cieszą się Niemcy, Włosi, Anglicy, Amerykanie i Japończycy. Więcej na temat rynku usług matrymonialnych w Rosji można przeczytać tutaj.

sobota, 20 sierpnia 2011

To má klíd

Knajpa na praskim Żiżkowie. Stoję przy barze już od dobrych 5 minut i czekam, aż barman zwróci się do mnie z pytaniem: co podać? Raz po raz spoglądam w jego stronę, licząc, że przyciągnę jego uwagę. Na nic moje wysiłki! Jakbym była niewidzialna. Odzywam się nieśmiało, ale jak tylko otwieram usta, żeby poprosić o trzy zimne piwa z kija, barman spogląda na mnie i mówi: „Spokojnie, to nie McDonald's, trzeba poczekać na swoją kolejkę”. Po czym wskazuje na kilka osób siedzących obok mnie i tłumaczy, że one też czekają, żeby złożyć zamówienie. Czekają i w ogóle nie wydają się zniecierpliwione. Od 10 minut spokojnie patrzą, jak barman leniwie nalewa piwo do kufli, miesza drinki i parzy kawę. Wszystko w żółwim tempie. Rzeczywiście, nie jest to McDonald's. Rzecz w tym, że nikt spośród zebranych nie oczekuje ekspresowej obsługi. Mają czas. Przychodzą do knajpy, żeby w spokoju wypić zimne piwo, porozmawiać. Większość to stali bywalcy. Znają barmana, znają siebie nawzajem. Nigdzie im się nie spieszy i nie przeszkadza im, że muszą poczekać kilka minut na kufelek ciemnego Kozła albo złocistego Pilsnera (piwo zdecydowanie przereklamowane). 

Jak powiedział Marks: byt określa świadomość, czyli z polskiego na nasze: punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Zasadnicza różnica między Czechami i Polakami opiera się właśnie na tym stwierdzeniu. Jak Polak przychodzi do pubu, chce, żeby barman szybko go obsłużył, najlepiej z uśmiechem od ucha do ucha i uprzejmym „proszę”. Aaa, i niech nie liczy na napiwek. To już pensja mu nie wystarcza? Polak pracuje od rana do nocy, chce sobie odpocząć wieczorem, wypić piwo, a że piwo drogie, to już na napiwek nie starcza. Zresztą, nie ma nic za darmo. Nie zwykliśmy płacić za coś dwa razy. Polski barman psioczy na klienta, ale kiedy idzie do restauracji w 9 przypadkach na 10 zachowuje się dokładnie tak samo. Tyle zostało z naszej słynnej polskiej solidarności (szkoda, że to słowo, którym ludzie rozmaitego autoramentu wycierają sobie usta od 30 lat, nic już dzisiaj nie znaczy).

U Czechów, którzy socjalizm wyssali z mlekiem matki w okresie dwudziestolecia międzywojennego, Marks nie przystaje tak bardzo do rzeczywistości. Bo czy się siedzi na barem, czy przy knajpianym stoliku, jest się cały czas tym samym człowiekiem. Nikt nie wymaga od barmana, żeby się uwijał jak w ukropie. Mimo swojej opieszałości cały czas może liczyć na napiwek. Ale też barman nie narzeka na kolejki na poczcie, a urzędniczka cierpliwie stoi w ogonku do kasy w jednym z tysięcy Albertów. Takie właśnie wyobrażenie o Czechach wykluło się w mojej głowie kiedy przez 20 minut czekałam na swoje piwo. Może to utopia, pobożne życzenia, może nie znam na tyle kraju i ludzi, więc wyciągam pochopne wnioski. Ale zamierzam twardo obstawać przy swoim, bo na tyle, na ile znam i rozumiem czeską mentalność wiem jedno: najważniejszy dla Czechów jest spokój, czyli tzw. klíd.

Pięknie opisał to Mariusz Szczygieł w tekście „Pod nieobecność pana Hrabala”:

Jeśli kultura czeska jest piosenką, to jej refren zawsze ma słowo „spokój”: „Proszę spokojnie poczekać”, „Proszę spokojnie spróbować”, „Proszę spokojnie napisać”, „Tylko spokój...”. Absolutnym władcą refrenów jest określenie spokoik (…)- klídek. W języku czeskim zdrobnienie ma też słowo „miejsce”, místo na místečko. Kiedyś w gazecie przeczytałem o „kosmosiku” (vesmírek). Niekiedy Czechom wyjaśniam, że w Polsce od tych słów zdrobnień nie mamy, bo każde społeczeństwo zdrabnia to, co chce obdarzyć czułością. My w Polsce mamy więc zdrobnienie od słowa „wódka”. (M. Szczygieł, Pod nieobecność pana Hrabala, [w:] Zrób sobie raj, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2010, s. 46.)

W czeskim refrenie pobrzmiewa spokój. I ja byłam spokojna, czekając na swoje piwo. Barman chyba docenił moje wysiłki, bo po kilku minutach, zmagając się z zamówieniem wyjątkowo niezdecydowanej klientki, zaproponował mi kawałek swojego jabłecznika, który podjadał przez cały czas z talerzyka stojącego za barem. (Máte chuť na buchty?). Owszem, zjadłam ciastko, bo wyglądało wyjątkowo apetycznie. Było smaczne. Tylko, że kiedy przyszła moja kolej, właśnie je przeżuwałam i przy próbie złożenia zamówienia barman zwrócił mi uwagę, że nie mówi się z pełnymi ustami. Przełknęłam ten docinek razem z ostatnim kęsem ciasta i poprosiłam w końcu o trzy piwa. Nalewanie trwało kolejne 5 minut, bo trzeba było poczekać, aż gęsta jak budyń piana zejdzie i będzie można dolać złocistego płynu do pełna. 

Jaki morał z tej historii? Ano, że w Czechach życie toczy się trochę innym tempem. Nikt nigdzie się nie spieszy, nikt nikogo nie popędza, a jak popędza, to wiadomo, że albo nadgorliwy, albo nietutejszy. Kolejny dowód: spróbujcie w weekend znaleźć na Żiżkowie otwarty sklep, który nie byłby własnością obcokrajowców (w przeważającej części Wietnamczyków), albo częścią jakiejś większej sieci (Żabka). W weekend nikt tutaj nie pracuje. W dni powszednie korzysta się też niekiedy z przerw obiadowych (ten relikt komunizmu ostał się jeszcze w Rosji, w Czechach spotkałam się z tą praktyką raz czy dwa razy). „Po co się spieszyć? Przecież do końca życia mamy na to czas”.
Live and let live. Kwintesencja czeskości. Coś, czego w Polsce cały czas brakuje i brakować będzie, bo nie taki jest nasz narodowy charakter. 

(…) czeska kultura daje szansę na spokój, na zajęcie się bardziej sobą niż światem. A Polak zasypia z kulą ziemską na piersiach. (Mariusz Szczygieł - Ta chmura nade mną, http://polki.pl/zycie_gwiazd_znaniilubiani_artykul,10021969.html?print=1 ).

Przez nasz mesjanizm i snobizm jesteśmy skazani na dźwiganie tej kuli. Ale chyba nam odpowiada ta syzyfowa praca, bo zajmujemy się nią już kilkaset lat i nie wydajemy się zmęczeni. 

piątek, 22 kwietnia 2011

Rózgą po łydkach

Podczas gdy polscy chłopcy w lany poniedziałek biegają za przerażonymi dziewczętami z brzozowymi gałązkami i wiadrami wody, radośnie pokrzykując „śmigus-dyngus”, u naszych południowym sąsiadów smaga się panie po łydkach pomlázkami, czyli rózgami, splecionymi z wierzbowych gałązek (zwykle ośmiu), ozdobionych kolorowymi wstążkami.  


Pomlázka (inaczej mrskačka, mrskut, šlehačka, švihačka, hodovačka, houdovačka, karabáč, sekačka, dynovačka, pamihod, korbáč, karabina, čugár, tatar lub  žila) jest, obok pisanek, czymś, bez czego w Czechach nie byłoby Wielkanocy. Nazwa ta pochodzi od słowa pomladit, czyli odmłodzić. Uderzenie kobiety pomlázką ma jej bowiem zapewnić zdrowie, siłę i płodność na kolejny rok. Jest więc raczej pożądane, a panie, które w Wielkanocny Poniedziałek nie dostąpią tego zaszczytu, czują się pominięte. Zgodnie z tradycją, za atak rózgą kobieta musi mężczyźnie podziękować i podarować mu malowane jajko (Velikonoční kraslice). 

Zwolennicy teorii psychoanalizy twierdzą, że smaganie kobiecych łydek pomlázką jest symbolem aktu seksualnego. Rózga symbolizuje męski członek, a pisanka – żeńską płodność.

Dla tych, którzy chcieliby upleść sobie pomlázkę, zamieszczam krótki film instruktażowy.


środa, 9 marca 2011

Zdławienie rewolucji i koniec marzeń o reformowaniu socjalizmu

Praga, lato 1968. Wkroczenie na teren Czechosłowacji wojsk Układu Warszawskiego oznaczało koniec reform Praskiej Wiosny i ostateczną klęskę socjalizmu z ludzką twarzą. 

Książki nie gryzą

Opublikowane niedawno wyniki badań prowadzonych przez Bibliotekę Narodową ujawniły smutną prawdę - Polacy nie czytają książek. Nie zaglądają do nich nawet osoby z wyższym wykształceniem. 56% badanych w ciągu ostatnich 12 miesięcy nie miała kontaktu z książką.

Jak zmienić tę sytuację? Jednym ze sposobów może być kampania społeczna, której celem byłoby zachęcenie Polaków do czytania. I tu warto wziąć przykład z naszych południowych sąsiadów. Niedawno w Czechach narodziła się inicjatywa Čtenářství.knihovna.cz. Jej zadaniem jest przekonanie Czechów, że książek nie trzeba się bać. Służą temu m.in. dwa całkiem udane spoty telewizyjne.