czwartek, 11 sierpnia 2016

Spacer po dnie Aralu

-Wsje na bierieg! Po kilku godzinach zardzewiały statek dopływa wreszcie do brzegu. Skuci ciężkimi łańcuchami, wykończeni 50-stopniowym upałem więźniowie niespiesznie schodzą na ląd. Właśnie przybyli na Wyspę Odrodzenia. Ani oni, ani ich najbliżsi nie zdają sobie sprawy, że właśnie trafili do najstraszniejszego laboratorium broni biologicznej w Związku Radzieckim. Jest 1 września 1965.

Poranek nad Aralem.
Mija 50 lat. Wokół panuje cisza. Pogoda idealna do wypoczynku. Jednak w zasięgu wzroku nie ma żywej duszy! Ani turystów, ani rybaków, ani nawet latających nad wodą mew i albatrosów. Tylko pokryte grubą warstwą soli muszelki świadczą o tym, że kiedyś w tym miejscu kwitło życie. Stoimy nad brzegiem dogorywającego Aralu. Nasze nogi po kolana pokryte są szarą, śmierdzącą gliną. Jeszcze 20 lat temu mielibyśmy nad sobą kilka metrów wody.

Dawne dno Aralu.

Sapar, nasz towarzysz podróży, w 1969 roku pływał statkiem po Aralu i opalał się na plaży w nadmorskim Mujnaku. Nie zdawał sobie sprawy z tego, co dzieje się na oddalonej o 150 kilometrów wyspie. Być może nie wiedział nawet o jej istnieniu. Teraz, kiedy minęło prawie pół wieku, postanowił wrócić w rodzinne strony i na własne oczy zobaczyć, do czego doprowadziła jedna z największych katastrof ekologicznych na świecie.

A stało się to wszystko dzięki Nikicie Chruszczowowi i jego wiernym współpracownikom. To on zdecydował, żeby w pustynnej republice zacząć uprawiać bawełnę - roślinę, która potrzebuję do życia bardzo dużej ilości wody. Postanowiono więc poświęcić w tym szczytnym celu Amu Darię, jedną z rzek zasilających Aral. Jej wody nieumiejętnie rozlano po pustyni, by przekształcić jałowe piaski w życiodajne pola bawełny. Powstały nowe oazy i hektary upraw, z których do teraz żyje cały Uzbekistan. Zaś pozbawione zasilania morze powoli zaczęło wysychać i z roku na rok coraz bardziej oddalać się od dawnego brzegu. W latach osiemdziesiątych Mujnak przestał być miastem portowym. 20 lat później Wyspa Odrodzenia przestała być wyspą.

My postanowiliśmy zobaczyć Morze Aralskie zanim przestanie być morzem i w całości zamieni się w pustynię Aral-Kum. Niespełna rok po tym, gdy zrodził się plan podboju Aralu mkniemy terenówkami w stronę Mujnaku. To pierwszy punkt naszej nadaralskiej historii. Niegdyś położone nad wysokim morskim brzegiem kwitnące miasto z wczasowiczami i prężnie działającym przemysłem rybnym, swojego rodzaju wizytówka zachodniego Uzbekistanu. Teraz - zapomniane przez wszystkich, dogorywające miasto-widmo.

Mujnak - dawny port Aralu.
Na rogatkach zatrzymuje nas patrol milicji. Zabierają paszporty, przepisują dane do sekretnych zeszytów. Chwila niepewności, bo a nuż domyślą się, dokąd jedziemy i powiedzą, że nielzja. Że nie można i koniec! Bo chociaż oficjalnie nikt jeszcze nie zakazał jeździć nad Aral, to przecież tu prawo stanowi jego stróż. I co powie - to święte. Niczym werset koranu. Po kilku minutach nas puścili, obyło się bez problemów i niewygodnych pytań.

Jest 1 września, dzień niepodległości, najważniejsze święto państwowe Uzbekistanu. Władza bardzo chce wiedzieć, kto i po co przyjechał do miasta. Co zrobi z tymi wszystkimi danymi spisywanymi na ulicach, w muzeach, w metrze - kto gdzie, z kim i o której był i co robił - nie wiadomo. Najpewniej spali w piecu razem z całym zeszytem pełnym takich informacji, kiedy tylko skończy się w nim miejsce na 96 kartkach A4. Bo przecież nikt nie będzie przepisywać tysięcy stron zapisywanych codziennie w tysiącach zeszytów w całym kraju do jakiejś ogólnokrajowej komputerowej bazy...
 
Ulice Mujnaku.

W Mujnaku wszechobecny piach rozganiany jest przez równie wszechobecne radzieckie moskwicze. Jak gdyby po sąsiedzku była ich fabryka i mieszkańcom odsprzedano nadmiar produkcji po okazyjnej cenie. Dostojny korowód Toyot Landcruiserów wyróżnia się w tym ponurym krajobrazie, ale i nie robi wrażenia - w sezonie wyprawy nad Aral przejeżdżają tędy kilka razy w tygodniu.
 
Ekspozycja dotycząca zagłady Morza Aralskiego w Muzeum w Mujnaku.
Odwiedzamy muzeum zmarłego morza. Jedna sala, nie ma żadnego sklepiku, publikacji, pocztówek, pamiątek... chociaż to ostatnie słowo może jest tu trochę nie na miejscu - upamiętniać katastrofę ekologiczną? Ale ekspozycje wykonane całkiem solidnie, obrazują smutną historię jeziora (Aral to przecież jezioro, z tym że wielkie i słone - stąd powszechnie nazywano je morzem), które zniknęło dzięki radzieckim "geniuszom" partyjnym.

Kolejny postój mamy w domu jednego z kierowców. Na wyjazdach nad Aral dorobił się nowej terenówki, zbudował dom (jak na miejscowe warunki - luksusowy), można też u niego przenocować. Jedziemy na obiad. Nasza polska ekipa wzbrania się - w nukuskim hotelu, który organizował wyjazd chciano od nas ponad 30 dolarów od osoby za wyżywienie. Kupiliśmy sobie zapasy w sklepie za 1/10 tego i zapewniamy, że to nam wystarczy. Ale nie ma dyskusji - razem ze wszystkimi sadzają nas za wielkim stołem i każą jeść. A na Wschodzie odmawianie gościny jest nie na miejscu. O pieniądzach nikt nie chce słuchać. Jedzenia wystarczy dla wszystkich.

Mujnak - z wizytą u naszego kierowcy.
Po posiłku opuszczamy dom naszego kierowcy i wyruszamy na cmentarzysko wraków, znajdujące się na obrzeżach miasteczka. Czujemy się, jakbyśmy stali na brzegu wanny, z której wypuszczono wodę. Po horyzont pustynia, na której po latach zaczęła się już pojawiać roślinność. U podnóża wysokiego klifu stoi kilkanaście zardzewiałych statków, które służyły w miejscowym porcie. Katastrofa spotkała je w różnych miejscach. Niektóre pozostały tu, gdzie są teraz, inne wciąż pływały, kiedy Aral był już kilka kilometrów dalej. W końcu i tam zabrakło wody - zwieziono więc wszystkie wraki w jedno miejsce, by stworzyć swojego rodzaju surrealistyczny pomnik upamiętniający dawny port. Kiedyś morze dawało pracę tysiącom osób.

Mujnak - cmentarzysko wraków.
Prawdziwy pomnik wymarłego morza stoi z resztą na tarasie widokowym. Z jednej strony obrazuje dawny stan Aralu, z drugiej - aktualny. Co roku przemalowywany jest a nowo, zmieniana jest aktualna data, a koloru niebieskiego jest na nim coraz mniej.

Pomnik poświęcony Morzu Aralskiemu.
Schodzimy na dół po specjalnie zbudowanych dla turystów schodach. Miejscowi też się kręcą, przyszli spędzić tu świąteczny dzień. Dzieciaki biegają i skaczą beztrosko po przeżartych rdzą statkach, a nam, przybyszom z "Europy" do tej pory nie chce się pomieścić w głowie absurdalność miejsca i sytuacji, w jakich się znaleźliśmy. Brodząc po aralskiej pustyni pomiędzy kolejnymi statkami, z masą dziwnych wizji i przemyśleń wracamy do samochodów, nie do końca wierząc, że to, co widzieliśmy było prawdziwe.



Wraki statków na dnie dawnego morza.
W Uzbekistanie spotykamy wiele absurdalnych dla nas miejsc i sytuacji. Chociażby ruiny fabryki konserw w Mujnaku. Sekretne, a jakże, do tej pory ogrodzone i pilnie strzeżone przez mundurowych, zabraniających fotografować i przyglądać się temu, czego jeszcze nie zdążyła pochłonąć pustynia. Mijamy wreszcie posępne wioski, którym przed laty Mujnak dawał pracę, sklepy, edukację i kontakt ze światem. -Jak można żyć w takim okropnym miejscu? - pyta z niedowierzaniem Sapar, spoglądając na kolejne ruiny i walające się po ulicach śmieci. Wtóruje mu przerażona córka, która wybrała się na pustynię w eleganckiej sukience. -Normalnie, nikt się nie skarży. Oni tu całe życie spędzają, nie umieją inaczej żyć - odpowiada kierowca.

Saksauł - jedna z niewielu roślin, które zadomowiły się w jałowych piaskach pustyni Aral-kum.
 Serpentynami zjeżdżamy z klifu i po dnie dawnego morza kierujemy się ku temu, co z niego zostało. Część drogi wyasfaltowano wiele lat temu, a wokół pojawiły się wieże wiertnicze. W okolicy znaleziono złoża gazu. Mijamy monstrualnej wielkości ciężarówki, spoglądają na nas spod równie monstrualnych masek podejrzliwe oczy pracowników tych tajnych i strategicznych obiektów. Wcale nie zdziwilibyśmy się, gdyby kolejny raz w tym kraju ktoś nas zatrzymał i zabronił jechać dalej.

Na dnie dawnego morza wydobywa się obecnie gaz ziemny.
 Wreszcie asfalt się kończy, kończą się ślady jakiejkolwiek cywilizacji. Nad nami ołowiane chmury, pod nami - równie szare, spękane i pokryte słoną skorupą dno morza, płaskie po horyzont. Teraz towarzyszy nam tylko telefon satelitarny, komórki dawno straciły zasięg. Drogę wytyczają  wyjeżdżone w słonej skorupie koleiny, ale co rusz ślady rozchodzą się w różne strony. Bez miejscowego kierowcy znającego teren nie ma szans dojechać do celu. Można brnąć w pustynię dopóki nie skończy się paliwo i trwać tam, dopóki nie skończy się woda. W takiej sytuacji zdecydowanie nie jest się samowystarczalnym, nawet z najlepszą terenówką!

Bezkres dawnego morskiego dnia. Tylko doświadczony kierowca potrafi znaleźć drogę na tej pustyni.
Dopiero po kilkudziesięciu kilometrach na horyzoncie zarysowuje się linia. Równa, jak gdyby wyrysowana od linijki. To płaskowyż Ustiurt, ciągnący się od Morza Kaspijskiego po Kazachstan. Niegdyś wytyczał on zachodni brzeg Aralu. To znak, że jedziemy w dobrym kierunku. Klimatyzacja zaczyna dawać się we znaki - Uzbecy mają to do siebie, że skręcają ją na minimum i włączają na pełną moc. Czy w samochodzie, czy w sklepie, czy w biurze. Na zewnątrz 50 stopni, w środku 15. Pomimo tego, że jesteśmy na pustyni trzęsiemy się z zimna, a kierowca poproszony o wyregulowanie klimy ostentacyjnie wyłącza ją zupełnie. No cóż, wóz albo przewóz!

Wyłaniający się z oddali płaskowyż Ustiurt - dawny zachodni brzeg Aralu.
Niespodziewanie na horyzoncie pojawia się niebieska plama. Niebo się rozpogadza. Szara, spękana ziemia ustępuje stopniowo czemuś, co z daleka wygląda nawet jak piaszczysta plaża. Czy to już? Na pewno? Tak, to Aral! Złapaliśmy go! Jeszcze nigdy nie witaliśmy w ten sposób żadnego morza. I witać nie będziemy. Na co dzień nie jeździ się przecież nad morze po to, żeby je dorwać zanim zniknie.



Nad brzegiem Aralu.
Wejście do wody graniczy z cudem. Na początku ostre, tkwiące w glinianej skorupie muszelki boleśnie wbijają nam się w stopy. Bliżej brzegu twarda, pokryta powłoką soli glina płynnie przechodzi w błotnistą maź, w której z każdym krokiem zapadamy się coraz głębiej. Kiedy udaje się nam w końcu wejść do morza, jesteśmy po kolana umazani szarym, śmierdzącym błotem. Jeszcze 20 lat temu mielibyśmy nad sobą kilka metrów wody. Teraz stoimy po kolana w wodzie i w milczeniu obserwujemy powoli znikające za horyzontem słońce.



Plaża - warstwa twardej, spękanej, pokrytej solą gliny i miliony ostrych jak brzytwa muszelek.
Woda jest mętna. Przy brzegu zbiera się ohydna piana, najpewniej chemicznego pochodzenia. Kilkanaście metrów dalej morze sięga do pasa. Taplamy się w błocie, podczas gdy cały nasz majątek, wszystkie pieniądze i dokumenty, leżą porzucone na plaży. Motyw nie do powtórzenia nad Bałtykiem! ;)

Obozowisko zbieraczy muszelek.
Jednak nocować nad wodą nie będziemy. Ten przywilej zarezerwowany jest tylko dla garstki niekomunikatywnych Chińczyków, którzy pracują (!) tu przy wydobyciu muszelek. Jaki jest cel tej działalności - nie udało nam się dowiedzieć. Do naszego obozowiska dojeżdżamy stromym podjazdem, który po deszczu zmienia się w strumień błota i jest niemożliwy do pokonania. I tu właśnie przydaje się telefon satelitarny, przez który kierowcy przekazują sobie informacje o stanie szlaku. Jutro po naszych śladach przyjedzie pewnie kolejna wycieczka.


Obozowisko na dnie morza.
Słońce chowa się za Ustiurt. Nadjeżdżają gałęzie na ognisko, namioty już gotowe. W blasku samochodowych reflektorów zaczynamy jedyną w swoim rodzaju międzynarodową ucztę. Trzy paszporty uzbeckie, trzy polskie, po dwa rosyjskie, brazylijskie i francuskie, do tego jeden japoński. Wszystkich nas łączy butelka polskiej Żubrówki, która przebyła kilka tysięcy kilometrów właśnie po to, by zakończyć swoją podróż nad Aralem. Rozświetlone księżycem morze przygląda się naszej uczcie z oddali.

Czas wznieść toast za udaną wyprawę - dotarliśmy do celu!

Kiedy gasną samochodowe światła i wszyscy zaszywają się w swoich namiotach, atmosfera staje się jakaś dziwna, niepokojąca. Uderza nas panująca dookoła przeszywająca cisza. Nigdy w życiu czegoś podobnego nie doświadczyliśmy. Rzadko się bowiem zdarza zasypiać nie słysząc żadnego dźwięku - ani szumu wiatru, ani poruszających się na drzewach liści, czy dobijających do brzegu fal... Nie ma niczego. To miejsce nie żyje.

W nocy nad Aralem panuje martwa cisza.
W głębi ciemności, na drugim brzegu tego, co zostało z morza, kryje się miejsce, o którym wielu chciałoby zapomnieć - Wyspa Odrodzenia. Choć nadal nazywana jest wyspą, jakieś 15 lat temu stała się częścią lądu. W latach 50-tych XX wieku powstało tu największe w Związku Radzieckim laboratorium broni biologicznej. Miejsce do tego celu idealne: dookoła pustynia i kazachskie stepy. Tereny w większości bezludne, na dodatek oddzielone od wyspy kilometrami wody. Nikt przypadkowy tu się nie dostanie. Można swobodnie przeprowadzać badania.

Wiatry wieją tu najczęściej na południe, więc wszelkie wywołane sztucznie epidemie rozwieją się nad setkami kilometrów morza, zanim dojdą do Mujnaku. Nikt się nie dowie. Broń skierowana na zachód unicestwi co najwyżej biegające po Ustiurcie dzikie zwierzęta, których truchła zostaną namierzone z powietrza i czym prędzej zagrzebane.

Wyspa Odrodzenia - zdjęcie wykonane przez amerykańskiego satelitę szpiegowskiego w 1964 roku.
Źródło: http://earthobservatory.nasa.gov/IOTD/view.php?id=77193

Na wyspie powstało miasto - Kantubek (zwane też Aralsk-7). Ulokowano tam garnizon wojskowy, powstały osiedla dla oficerów i ich rodzin. Szkoła, sklepy, jakaś mordownia, gdzie można zajść na kilka głębszych, było też lotnisko, z góry układające się w upiorny kształt wieloramiennej gwiazdy. Ślad po nim można zobaczyć do tej pory na zdjęciach satelitarnych Google. Wśród zabudowań powstało również coś, co do złudzenia przypominało cele dla więźniów. Po co zwożono ich i przetrzymywano w ściśle tajnym mieście, którego nie wolno było umieszczać na mapach można się tylko domyślać.

Czasami, gdy prognoza pogody się nie sprawdzała, wiatr był za silny, albo zmienił swój kierunek przynosił ze sobą nad osiedla ludzkie zarazę dżumy, cholery czy wąglika. Przypadkowo życie tracili rybacy, którzy akurat przepływali za blisko, ofiary zdarzały się i na samej wyspie. Powstał tam nawet cmentarz dla tych, których absolutnie nie można już było przetransportować na ląd, by spoczęli w rodzinnych stronach.


 
 
Kantubek - miasto-widmo.
Więcej zdjęć na http://bigpicture.ru/?p=482671.

Pod koniec lat 1980-tych na Wyspę Odrodzenia zwieziono ponad 20 wagonów wąglika. Przypadkiem wyszło na jaw, że Związek Radziecki w tajnych laboratoriach produkuje śmiercionośną zarazę i w obawie przed amerykańską kontrolą postanowiono schować wszystko w miejscu idealnym. Na terenie wyspy zostało zakopanych dziesiątki beczek, zawierających  śmiercionośny wirus, Tym samym miejsce to stało się ponoć największym składowiskiem wąglika na świecie.

Cztery lata później, w 1992 roku, prezydent Borys Jelcyn podpisał ukaz likwidujący wojskowe laboratorium na wyspie. Część wyposażenia wywieziono, a dokumentację zniszczono. Samo miejsce nadal jednak przyciąga różnych żądnych wrażeń szaleńców czy ekologów, którzy w kolejnych ekspedycjach starają się unieszkodliwić to, co nagromadzono w laboratorium przez 40 lat jego istnienia.

Leżymy w namiocie, rozmyślając o losach Wyspy Odrodzenia. Nagle pojawia się silny północny wiatr. Zupełnie jak wtedy, gdy przywiewał ze sobą nad Karakałpację i Ustiurt śmiertelną zarazę. Nie hamuje go nic, jesteśmy przecież na płaskowyżu. Szarpany wiatrem namiot wygina się na wszystkie strony. Boimy się, że wątła konstrukcja pokryta cienką warstwą materiału nie wytrzyma tej próby. Dookoła słychać pełne obaw rozmowy w różnych językach. Zwieje? Nie zwieje? Wywieje?

Nad umierającym morzem wstaje nowy dzień.
Nowy dzień wstaje nad umierającym morzem. Ile jeszcze razy wschodzące słońce odbije się w jego tafli? Wiatr nadal wieje. Szybkie śniadanie, zwijamy namioty i wyruszamy, już po płaskowyżu, w drogę powrotną. Z lewej strony towarzyszy nam położone kilkadziesiąt kilometrów niżej morze, z prawej - bezkresny płaski Ustiurt. Miejsce bezludne, oddalone od cywilizacji o setki kilometrów. Nic zatem dziwnego, że upodobali je sobie naukowcy z nie tak znowu oddalonego kosmodromu Bajkonur jako złomowisko kosmicznych odpadów.


Kaniony na dnie Aralu - widok z płaskowyżu Ustiurt.
Kolejny karkołomny zjazd doprowadza nas do podnóża płaskowyżu, do małej rybackiej osady. Suchy, piaszczysto-gliniany krajobraz i zrujnowane budynki do złudzenia przypominają widoki znane z telewizyjnych relacji z wojny w Afganistanie. Jednak tutaj atmosfera nie jest napięta. Co ciekawe, osada nie jest położona nad wodą. Za każdym razem rybacy przedzierają się przez zarośnięte trzciną błotniste grzęzawisko, by dotrzeć do położonego kilka kilometrów stąd płytkiego jeziora o nazwie Sudoczje, które kiedyś stanowiło część Aralu. Ten niewielki skrawek wody zapewnia byt okolicznym mieszkańcom.



Osada rybacka i jezioro Sudoczje.
To już ostatni etap podróży. Z setką na liczniku mkniemy po dziurawej "szosie" położonej na dnie dawnego morza. Gdzieś na horyzoncie towarzyszy nam złowieszcza burza piaskowa. Przygoda dobiega końca. Każdy kilometr przybliża nad do cywilizacji. Po nieprzespanej nocy jesteśmy potwornie zmęczeni, ale szczęśliwi. Udało nam się zobaczyć Morze Aralskie zanim zniknęło w piaskach pustyni.

Bezkresny płaskowyż Ustiurt.
Aral fascynował nas od dawna, dużo nim czytaliśmy. Z każdym kolejnym artykułem i reportażem na temat tego miejsca rosła pokusa, aby zobaczyć je na własne oczy. Najwięcej inspiracji dała nam książka "Może morze wróci" naszego rodaka, Bartka Sabeli, który kilka lat przed nami również przyjechał tu by dorwać uciekające morze. Warto poczytać, pooglądać, porównać.

A czy morze wróci? Na północy, w Kazachstanie i owszem. Zbudowano zaporę, która ostatecznie pogrążyła "duży" Aral. Woda zbliża się tam już do dawnego portu, a kutry znów wypływają na połów. Uzbekistanowi zaś morze wydaje się niepotrzebne - jest przecież bawełna, jest gaz, i to w dodatku na dnie osuszonej wanny. Obiecaliśmy sobie, że wrócimy do Uzbekistanu, kiedy wróci tam morze. Liczymy, że kiedyś to marzenie się ziści.

GARŚĆ INFORMACJI PRAKTYCZNYCH DLA PLANUJĄCYCH WYPRAWĘ NAD ARAL

- Podróż nad Aral najlepiej rozpocząć w Nukusie, stolicy Karakałpakstanu, oddalonej od Mujnaku o ok. 200 km. O wiele łatwiej znaleźć tam doświadczonego kierowcę z odpowiednim samochodem. Większe jest też prawdopodobieństwo spotkania w Nukusie towarzyszy podróży, z którymi będzie można podzielić się kosztami wyprawy.

- Wyjazdy nad Aral organizuje miejscowy hotel Jipek Joli (http://ayimtour.com/). Koszt wynajmu samochodu terenowego z kierowcą wynosił w 2015 roku 480 dolarów (dla maksymalnie 4 osób). Dodatkowo hotel oferował wynajem namiotów (10 dolarów za namiot dwuosobowy), śpiworów (3 dolary za śpiwór), a także wyżywienie (tutaj koszty były bardzo wysokie - 36 dolarów za 3 posiłki, co biorąc pod uwagę ceny jedzenia w Uzbekistanie jest kwotą z kosmosu).

- Oprócz wypraw nad Aral, Jipek Joli oferuje również noclegi i zameldowanie w Nukusie. Z uwagi na wysokie ceny nie warto rezerwować pokoju wcześniej. Na miejscu można wynegocjować cenę dwa razy niższą, niż oficjalna. Na czas wyprawy można w hotelu pozostawić zbędny bagaż. Co ważne, hotel wystawia zameldowanie również na nocleg, spędzony nad Aralem!

- Wyprawa nad Aral trwa 1,5 dnia. Trasa liczy ok. 700-750 km (wg wersji oficjalnej 900 km, ale jest to mało prawdopodobne). Obejmuje kilka przystanków: Nukus - Mizdakchan - Mujnak - przylądek Aktumsk (nocleg) - jez. Sudoczje - Kungrad - Nukus.

- Warto zabrać ze sobą: ciepły śpiwór, karimatę, ciepłą odzież (w uwagi na silny wiatr noce nad Aralem są bardzo zimne), duży zapas wody, latarkę.

- Pracownicy hotelu Jipek Joli mówią dobrze po angielsku, jednak z kierowcami można dogadać się jedynie po rosyjsku, więc warto się zawczasu do tego przygotować.

***

Post stworzyli dla Was Martyna Nełka i Łukasz Piotrowski. Jeśli macie pytania, znajdziecie nas na FB -> https://www.facebook.com/PrzystanekPragaKierunekWschod.

niedziela, 7 sierpnia 2016

Skąd się wziął kierunek Wschód?

Na początku jest pomysł. Rodzi się na kilka miesięcy, a nawet kilka lat przed samym wyjazdem. Czytasz reportaż i nagle budzi się w tobie potrzeba, aby miejsce opisane na kartkach książki zobaczyć na własne oczy. Innym razem przeglądasz w Internecie zdjęcia i widzisz siebie w tych wszystkich niesamowitych zakątkach ziemi. Wyruszasz w pierwszą podróż i zaczyna się efekt domino, reakcja łańcuchowa.


Po pierwszym wyjeździe już wiesz, że nie przestaniesz. Po trzecim uzmysławiasz sobie, że może nie starczyć Ci życia, aby zobaczyć wszystko to, co na świecie ciekawe. Potrzebne jest jakieś kryterium selekcji. Dla jednych są to tanie loty, dla innych - motyw przewodni. W naszym przypadku stały się nim szerokie tory. W głowie narodziło się marzenie - zjeździć wszystkie kraje byłego Związku Radzieckiego.
 

Co nas podkusiło, żeby zacząć jeździć akurat tam? Trudno stwierdzić jednoznacznie. Może fakt, że na świecie nie było i nie ma tak osobliwego tworu, jakim było ZSRR - zajmujące dwa kontynenty, multikulturowe państwo, które zamieszkiwały dziesiątki narodów i grup etnicznych, przez ponad 80 lat mimo licznych antagonizmów tworzących jeden organizm. I choć organizm ten w końcu się rozpadł, pozostawił w kulturze każdego ze swoich krajów-spadkobierców swoiste piętno, zapisał się w zbiorowej tożsamości zamieszkujących je narodów. To piętno widać doskonale, spacerując po ulicach Tbilisi, Mińska, Taszkentu czy Moskwy.


Być może lubimy Wschód, bo tak różni się od otaczającej nas rzeczywistości, a jednocześnie ze względu na nasze dziedzictwo kulturowe czujemy z tą częścią świata jakąś więź? Wszak historycznie Polska nie należała do Zachodu, chociaż dzisiaj uporczywie chcemy się do niego "zaliczać". Pytanie tylko, czy rzeczywiście tak bardzo tam pasujemy?

A może jeździmy na Wschód, bo jesteśmy rusycystami, a rosyjski to do dziś lingua franca krajów byłego ZSRR? Będąc tam mamy możliwość "wyżyć się" językowo, a dodatkowo wiele rzeczy załatwić szybciej, łatwiej i taniej.
 

Wschód kochamy też za kolej i szerokie tory* - pociąg to nasz ulubiony środek transportu, a podróżowanie nim w tej części świata jest dużo przyjemniejsze, niż na Zachodzie.

No i jest jeszcze jedzenie - tak zwane dary Sojuza: uzbecki płow, gruzińskie chaczapuri i chinkali, rosyjska soljanka, białoruskie draniki oraz setki innych prostych, aromatycznych dań, których uczymy się, aby te smaki odtworzyć później we własnym domu.

Fascynacja Wschodem skrzyżowana z pasją do podróżowania, bycia w drodze, działają jak narkotyk. Z końcem każdej podróży w głowie rozpoczyna się już kolejna, na którą czeka się czasami wiele miesięcy. Całe życie podporządkowane jest wyjazdom, bo one są tego życia treścią, nadają mu niesamowity smaczek.

Co kilka miesięcy pakujemy plecaki i ruszamy przed siebie. Zwiedzamy nowe miejsca, uczymy się nowych rzeczy, przywozimy ze sobą bagaż doświadczeń, tysiące zdjęć, dziesiątki nowych smaków i ogrom wspomnień. I tak w kółko, bo przecież to nigdy nam się nie znudzi. :)

*W Rosji i pozostałych krajach byłego ZSRR rozstaw szyn jest szerszy niż w naszej części Europy i wynosi 1520 mm (w Polsce - 1435 mm).

sobota, 19 marca 2016

Tażin a la Kaukaz

O tym, że ciężko czasami pogodzić pracę z podróżami wie każdy, kto wybrał włóczenie się po świecie jako sposób na życie. Chciałoby się jeździć bez przerwy, wracać z wyprawy tylko po to, żeby chwilę odpocząć i znowu pakować plecak. Ale nie zawsze jest taka możliwość.

W takie dni jak dzisiejszy, kiedy od ostatniej podróży mija dobre pół roku, zmęczony zimą i spragniony nowych wrażeń organizm nie jest w stanie usiedzieć w miejscu. Wyjechać nie można, bo urlop jest już od dawna rozdysponowany na wszystkie tegoroczne wyprawy. Co zrobić, żeby zaspokoić pragnienie zaznania czegoś nowego? Odpowiedzią są podróże kulinarne.

Ten rodzaj podróżowania uskuteczniam w życiu już od dobrych kilku lat. Dzięki niemu portfolio krajów, w których byłam, jest naprawdę imponujące. Co prawda są to wizyty niefizyczne, ale pozwalają poczuć klimat różnych ciekawych miejsc dzięki nowym smakom.

Dziś zapraszam was w podróż do Maroka. Zainspirował mnie do niej podarowany na Gwiazdkę przepiękny tażin, czyli tradycyjny marokański gliniany garnek w kształcie stożka, bardzo często bogato zdobiony, który z pewnością jest jednym z symboli tego kraju. Co ciekawe, tażin to nie tylko nazwa naczynia, ale również jednogarnkowego dania, które się w nim przygotowuje. 

Gotowanie w tażinie jest bardzo proste. Jeśli jednak robicie to po raz pierwszy, musicie się odpowiednio przygotować. Tażin jest przeznaczony do gotowania na żywym ogniu, jednak bez problemu sprawdzi się też na kuchenkach gazowych. Ważne jednak, aby zabezpieczyć garnek przed kontaktem z płomieniem za pomocą specjalnej płytki, przewodzącej ciepło. Jeśli chodzi o kuchenki elektryczne, sama nie sprawdzałam, jednak ponoć tażin radzi sobie na nich równie dobrze.


Przed pierwszym użyciem nowy tażin warto zahartować. Najpierw należy moczyć go kilka godzin w zimnej wodzie, następnie osuszyć i wypiekać puste naczynie w piekarniku w temperaturze 160-180 stopni przez 1-2 godziny. Ten zabieg pozwoli nam ochronić garnek przed pęknięciem w styczności z wysoką temperaturą. 

Trzeba pamiętać, że tażin, choć jest naprawdę wytrzymały, nie znosi gwałtownych różnic temperatur. Nie należy zatem stawiać go na rozgrzany palnik lub do nagrzanego piekarnika, ponieważ może pęknąć. Po zakończeniu gotowania nie wolno też umieszczać go na zimnym blacie stołu, czy też zalewać zimną wodą. Skutek może być smutny.

Garnek najlepiej myć miękką gąbką w ciepłej wodzie bez użycia jakichkolwiek detergentów. Jeśli o tym zapomnimy, dania gotowane w tażinie mogą zacząć smakować jak płyn do mycia naczyń. :)

Uzbrojeni w te wszystkie ważne informacje możemy rozpocząć gotowanie. Z uwagi na to, że nie miałam okazji próbować nigdy oryginalnego marokańskiego jedzenia, konstruując przepis na poniższe danie odwołałam się do smaków dobrze znanych, licząc na dobry efekt. No i udało się. Poniższe danie to moja autorska wizja Maroka z domieszką Kaukazu. Dlaczego? Bo znalazły się w nim kolendra i bakłażany, które są jednymi z najbardziej popularnych składników kaukaskiej kuchni.

Tażin a la Kaukaz


Składniki (2-3 porcje):

- 1 duża pierś z kurczaka
- 1 średni bakłażan
- 1 cebula
- 1 duża papryka 
- 1 puszka pomidorów (w okresie wiosenno-letnim można użyć pomidorów świeżych)
- 2-3 ząbki czosnku
- oliwa
- przyprawy: kolendra (najlepiej świeża, ale nada się również suszona), płatki chilli, kurkuma, papryka słodka, szafran, berberys, kumin rzymski, sól, pieprz kolorowy
- bulion

Przygotowanie:

Kurczaka myjemy, oczyszczamy z kostek i błonek, kroimy na duże kawałki. Dodajemy do niego przyprawy oraz 1-2 łyżki oliwy. Dokładnie mieszamy i marynujemy w lodówce przez co najmniej godzinę.

W tym czasie myjemy bakłażana, kroimy go na grubsze plasterki, posypujemy solą i odstawiamy na 30 minut. Następnie płuczemy i rozkładamy na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia. Paprykę myjemy, wycinamy gniazdo nasienne, dzielimy na 4 części i również rozkładamy na blaszce. Warzywa pieczemy w piekarniku ok. 30 minut do miękkości. Następnie kroimy je w cienkie paseczki. 

Tażin stawiamy na zimnym palniku. Następnie rozgrzewamy w nim 2-3 łyżki oliwy. Do garnka wrzucamy posiekany czosnek oraz cebulę pokrojoną w piórka. Smażymy kilka minut. Następnie dodajemy kurczaka i smażymy go do miękkości. 

Do tażina wrzucamy upieczone warzywa. Dokładnie mieszamy. W razie potrzeby doprawiamy do smaku. Dodajemy pomidory w puszce. Całość podlewamy bulionem i zamykamy pokrywkę. Danie dusimy na wolnym ogniu, co jakiś czas w miarę potrzeby dodając trochę bulionu i mieszając. Gdy warzywa będą miękkie, bulion się zredukuje, a smaki połączą, tażin jest gotowy.


Do swojego tażinu podałam tradycyjnie kaszę kuskus z nutką pikanterii. Do jej przygotowania użyłam:

- 3/4 szklanki kaszy kuskus
- 3/4 szklanki bulionu
- kolendrę
- szczyptę płatków chilli
- 1/3 łyżeczki kuminu
- trochę świeżo zmielonego kolorowego pieprzu

Kaszę wsypałam do miseczki, zmieszałam z przyprawami, a następnie zalałam bulionem, przykryłam talerzykiem i odczekałam kilka minut, aż nabierze objętości i będzie miękka. Do tak przygotowanego kuskusu można dodać łyżkę oliwy. Smacznego!



PS. To danie możecie z łatwością przygotować nawet jeśli nie macie tażina. Bez problemu można zastąpić go garnkiem z grubym dnem. 

niedziela, 14 lutego 2016

Lubelszczyzna w trzech smakach

W maju ubiegłego roku w dwuosobowej ekipie odbyliśmy krótką "urodzinową" podróż na Lubelszczyznę (bo lubimy jeździć na Wschód, ale Polskę też doceniamy i chętnie odwiedzamy nowe miejsca). Spędziliśmy po jednym dniu w Lublinie, Kazimierzu Dolnym i Nałęczowie. 

Lublin to miasto, do którego na pewno będziemy wracać – choćby ze względu na cudowną starówkę, nocą tętniącą życiem, niesamowicie klimatyczną, pełną restauracyjek i pubów z dobrym lokalnym piwem. Kazimierz oczarował nas przyjemną atmosferą małego prowincjonalnego miasteczka, uroczymi uliczkami, wprost stworzonymi do długich wieczornych spacerów  i malowniczymi krajobrazami lessowych wąwozów oraz Małopolskiego Przełomu Wisły. 


Ten post nie będzie jednak poświęcony krajobrazom czy zabytkom Lubelszczyzny. Wizyta na tych terenach była dla nas również wspaniałą podróżą kulinarną, i to w zupełnie inne miejsce - na Wschód, z krótkim przystankiem w Czechach. Trzy dni, trzy kuchnie i wspaniała czesko-gruzińsko-ormiańska uczta, czyli wszystko to, co lubimy najbardziej i żywe wspomnienie naszych ostatnich wyjazdów. Czego chcieć więcej? :)

Przystanek nr 1 – Czechy w Lublinie
O lubelskiej restauracji Česká Pivnica wiedzieliśmy wcześniej od znajomych, którzy polecali ją nie tyle ze względu na jedzenie, co na prawdziwe czeskie řezané pivo. Dla piwoszy to istny rarytas. Ten przepyszny napój powstaje w wyniku zmieszania piwa jasnego i ciemnego w proporcji 1:1. Oba piwa różnią się temperaturą (jedno jest bardziej schłodzone, niż drugie) i umiejętnie nalane tworzą piwo "dwuwarstwowe". Co ciekawe, piwo jasne z ciemnym nie mieszają się nawet w czasie picia, jednak w połączeniu tworzą niesamowitą całość.

Właśnie takie idealne czeskie rzezane piwo można wypić w lubelskiej piwiarni już za 10zł. Lokal przypomina oryginalną praską gospodę. Jest odpowiednio "zagracony" (w pozytywnym znaczeniu tego słowa) różnymi piwnymi gadżetami, a panująca w nim atmosfera zachęca do dłuższej rozmowy przy kufelku.

Oczywiście nie można zapomnieć o jedzeniu. Menu jest tu dosyć nietypowe - nazwy dań w zabawny sposób imitują język czeski i nawiązują do postaci z czeskiej kultury. Jedzenie jest całkiem smaczne, a ceny przystępne, biorąc pod uwagę naprawdę świetną lokalizację. Česká Pivnica to miejsce zdecydowanie godne polecenia, nie tylko dla czechofili.



Przystanek 2 - Gruzja w Kazimierzu Dolnym

Spacerując po Kazimierzu Dolnym nie spodziewaliśmy się, że w jednej z uliczek trafimy na gruzińską restaurację o pięknej nazwie Batumi. Od podróży na Kaukaz jesteśmy zakochani w tamtejszej kuchni, więc nie mogliśmy odpuścić okazji, by spróbować gruzińskich specjałów.

Batumi trochę rozczarowała nas pod względem wystroju. O tym, że przenieśliśmy się do Gruzji świadczyła tylko flaga, powieszona na ścianie. Lokal nie w niczym nie przypominał niesamowicie klimatycznych (choć czasami trochę obskurnych) gruzińskich knajpek, gdzie klika miesięcy wcześniej raczyliśmy się wybornym chłodnym winem i wspaniałym jedzeniem. Wnętrze było zimne, nijakie i nie zachęcało do biesiadowania.

Jeśli chodzi o jedzenie, tutaj również czegoś zabrakło. Nie były to te niezwykle aromatyczne gruzińskie smaki, jakie zapamiętaliśmy z naszych podróży. Mieliśmy okazję próbować chinkali, zupy charczo oraz jednej z odmian chaczapuri z mięsem. W daniach brakowało przypraw, nie pachniały kolendrą, nie czuć było w nich tej miłości do dobrego jedzenia, jaką noszą w sercach Gruzini. Potrawy były po prostu poprawne, a ich ceny przeciętne, zwłaszcza biorąc pod uwagę lokalizację. Jeśli będziecie gościć w Kazimierzu, możecie wybrać się na chwilę do Batumi. Fani Gruzji i kaukaskich smaków mogę być jednak nieco zawiedzeni.


Przystanek nr 3 - Armenia w Nałęczowie

Restauracja Ararat była zdecydowanie największym zaskoczeniem majowego wyjazdu. Kto by się spodziewał, że w niewielkim uzdrowisku znajdziemy bar, prowadzony przez Ormian, którzy serwują prawdziwe kaukaskie jedzenie. Tutaj, w przeciwieństwie do Batumi, ze smakiem problemu nie było. Jedzenie było na tyle pyszne, że w Araracie spędziliśmy kilka godzin objadając się w oczekiwaniu na pociąg powrotny. Mieliśmy okazję próbować ormiańskiego kebabu (grillowanego mięsa mielonego z cebulą na lawaszu), lobio (zupy z czerwonej fasoli), przepysznych bakłażanów i tanu (ormiańskiego wydania ajranu - dobrze przyprawionego napoju na bazie jogurtu). Dania były bez zarzutu, a ceny bardzo przystępne.

Jeśli chodzi o wystrój, był dosyć skromny, jednak ogromne zdjęcie góry Ararat zakrywające jedną ze ścian od razu przypominało nam, że jesteśmy w Armenii. Idealny obrazek zaburzał nieco fakt, że oprócz kaukaskiego jedzenia właściciele sprzedawali też zwykłe, ukochane przez Polaków kebaby, tonące w surówce i sosie czosnkowym. Ale w niczym nie przeszkadzało to delektować się pysznymi daniami. W menu oprócz wyżej wymienionych potraw, znaleźliśmy też różne odmiany chaczapuri, tołmę ("gołąbki" zawinięte w liście winogron), czy szaszłyki. Do pełni szczęścia brakowało nam tylko ormiańskiego piwa "Kilikija". Dostaliśmy za to prawdziwą kawę po ormiańsku (u nas nazywaną kawą po turecku). Podsumowując, Ararat to miejsce zdecydowanie godne polecenia.

Mocna i aromatyczna kawa po ormiańsku.

Twarze Uzbekistanu

Dziś chciałabym zabrać was w podróż tropem wspomnień z ubiegłorocznej podróży do Uzbekistanu. Motywem przewodnim będą portrety mieszkańców tego kraju i związane z nimi opowieści oraz ciekawostki. 

Buchara, właściciel sklepu spożywczego.
Przeciętny uzbecki sklep spożywczy jest niewielki i nieco zapuszczony. Asortyment jest zwykle skromny, ale znajdziecie tutaj wszystkie podstawowe artykuły, a przede wszystkim dużą ilość wód i napojów (ze względy na panujące w tym kraju upały jest to towar pierwszej potrzeby). Brakuje tylko zimnego piwa - żeby je kupić będziecie musieli znaleźć sklep monopolowy. W zwykłym spożywczaku alkoholu nie ma (wyjątek stanowił Nukus, tutaj "prohibicja" jeszcze chyba nie dotarła). Warto uważać na daty ważności, zwłaszcza na produktach, które cieszą się niewielką popularnością wśród miejscowych. Uzbecy raczej nie przejmują się tym, że sprzedają towary nieco przeterminowane. :)

Bywa, że małe sklepiki mieszczą się w prywatnych domach lub mieszkaniach. Na taki fenomen natrafiliśmy  m. in. w Taszkiencie. W otwartym na oścież oknie niewielkiego domku siedział kilkunastoletni chłopiec, ze wszystkich stron obstawiony słodyczami i napojami. Stała za nim zwykła, trochę starawa lodówka, prawdopodobnie przeniesiona z kuchni specjalnie po to, by chłodzić w niej wodę. W tle widać było skromnie urządzony pokój. 

I jeszcze jedno wspomnienie: dzieci za ladą. To też obrazek dosyć popularny w Uzbekistanie. Czasami zastępują one dorosłych, pilnując rodzinnego interesu. 

Buchara, artysta przed meczetem.
Obowiązkowym przystankiem w podróży po Uzbekistanie powinna być Buchara. To miasto wyjątkowe, ponieważ całe usiane jest zabytkowymi medresami (szkoły koraniczne), meczetami i minaretami. Część budynków jest opuszczona i niszczeje. Niektóre zaadaptowano i służą teraz jako hotele, restauracje czy sklepy. Najciekawsze jest jednak to, że wśród tych wszystkich starych budowli toczy się życie codzienne mieszkańców miasta. Nie dziwcie się zatem, kiedy obok maleńkiego meczetu zobaczycie pasącego się na ulicy barana, albo wiekowe żyguli, zaparkowane tuż przy wejściu do zabytkowej, pięknie zdobionej medresy.



Spacerując po uliczkach Buchary na każdym kroku spotyka się dzieci. Tutaj nikt nie siedzi w domu. Dzieciaki bawią się na ulicy, w mniejszych lub większych grupkach. Biegają, grają w nogę, albo po prostu siedzą na schodach i obserwują, co się dzieje dookoła. Na widok turystów wołają: "hello!" i przyglądają się im z zaciekawieniem. Niektóre zapytają po angielsku skąd jesteście. 5-6 latki opiekują się 2-latkami. Dookoła nie widać zbyt wielu dorosłych, najczęściej są to babcie lub dziadkowie, siedzący na progach domów i przyglądający się przechodniom. Życie płynie tutaj dużo wolniej. Każdy każdego zna. Wieczorami siada się i rozmawia przy herbacie. Wszystko jest prostsze. 

Okolice Mujnaku, chłopiec bawi się z psem.
Dzieci towarzyszą nam przez całą podróż. Turyści budzą ich żywe zainteresowanie. Część maluchów chętnie pozuje do zdjęć. Ten malec powyżej w dosyć nietypowej pozie. :)
Chiwa, uczniowie.
W pierwszych dniach podróży po Uzbekistanie naszą uwagę przyciągały odświętnie ubrane dzieci, spacerujące po ulicach miast. Dziewczynki miały na sobie białe bluzki, czarne spódnice i białe rajstopy (mimo upału!), a we włosy wpięły gigantyczne białe kokardy. Chłopcy byli ubrani w białe koszule i garnitury. Z uwagi na to, że zbliżał się 1 września, uznaliśmy, że dzieciaci wybierają się na rozpoczęcie roku szkolnego. Taki obrazek powtarzał się jednak dzień w dzień. Okazało się, że Uzbecy przywiązują bardzo dużą wagę do tego, aby dzieci chodziły do szkoły w odpowiednim stroju. Nie ma co prawda mundurków, ale zasady dotyczące ubioru są dosyć surowe. Strój, który w Polsce widuje się coraz rzadziej nawet przy okazji rozpoczęcia i zakończenia roku szkolnego, dla uzbeckich dzieci i młodzieży jest ubiorem codziennym, i to obowiązkowym.


Chiwa, sprzedawca mięsa na bazarze.
Warunki sanitarne to w Uzbekistanie temat śliski. W porównaniu z sąsiednim Tadżykistanem jest tu naprawdę bardzo dobrze. Na podstawie własnych doświadczeń mogę stwierdzić, że przy zachowaniu odrobiny rozsądku i podstawowych zasad higieny (co często oznacza noszenie ze sobą własnego mydła - z tym bywa czasami krucho) można przeżyć w tym kraju 2 tygodnie jedząc wszystko, na co ma się ochotę. Niektóre obrazki budzą jednak niepokój. Na przykład takie stoiska z mięsem na bazarze. :)

Samarkanda, bazar.
Jeśli chcecie wybrać się na zakupy i przy okazji wczuć się w atmosferę Wschodu, koniecznie wybierzcie się na bazar. To miejsce niezwykle kolorowe, aromatyczne i bardzo głośnie. Handlarze będą przywoływać was do siebie, częstować tym, co sprzedają i za wszelką cenę nakłonić do zakupu. Pamiętajcie o targowaniu się - w przeciwnym razie na pewno słono przepłacicie za zakupione towary.

Taszkent, bazar Czorsu.
Jeśli przypadnie wam do gustu miejscowa kuchnia i będziecie mieli ochotę odtworzyć smak uzbeckich dań w domu, możecie kupić na bazarze gotowe mieszanki przypraw do wybranych dań. Handlarze sami je dla was przygotują i opowiedzą, do jakich potraw czego używać. Oczywiście, żeby się z nimi dogadać, dobrze jest znać rosyjski, albo zapamiętać chociaż nazwy uzbeckich dań.

Chiwa, nocny rozładunek melonów na bazarze.
Melony są narodową dumą Uzbeków. Na każdym kroku przekonują nas, że właśnie w ich kraju te owoce są najdorodniejsze, najsłodsze i najsmaczniejsze. Na bazarach znajdziecie całe stosy ogromnych żółtych kul. Straganami, na których sprzedawane są melony i arbuzy, usiane są ulice Taszkentu i innych uzbeckich miast. Owoce te można również bez trudu kupić przy drodze w każdym zakątku kraju. Uzbecy są z nich na tyle dumni, że potrafią zabierać je ze sobą jadąc zagranicę w odwiedziny do bliskich. (I czasami może się tak zdarzyć, że wasz plecak znajdzie się w samolocie pod kartonem ze zgniecionymi na miazgę i ociekającymi lepkim sokiem melonami. To akurat opowieść z życia. ;)

Taszkent.
Taszkent, stolicę Uzbekistanu, według nieoficjalnych danych zamieszkuje ponad 3 miliony ludzi. Jest to miasto o dwóch obliczach. Oficjalna część, usiana urzędami, ministerstwami i innymi budynkami użyteczności publicznej jest zadbana i pełna przepychu. Wszechobecne fontanny, marmurowe wykończenia i soczyście zielone, idealnie przystrzyżone trawniki robią wrażenie na turystach. Architektura przypomina nam, że Taszkent był do niedawna stolicą jednej z republik ZSRR - monumentalne budynki, szerokie ulice i ogromne place to wizytówka radzieckich architektów. 

Taszkent. Za ekranem ustawionym wzdłuż jednej z głównych arterii komunikacyjnych skrywa się drugie, mniej reprezentacyjne oblicze stolicy.
 Jest jednak druga część miasta - znacznie bardziej skromna i uboga. Żeby nie straszyć turystów, władze oddzieliły ją od drogi specjalnymi ekranami. Nie mają one jednak wygłuszać szumu i hałasu jednej z głównych arterii komunikacyjnych Taszkentu. Ich zadaniem jest zasłanianie zniszczonych domów należących do uboższych mieszkańców, które zdaniem władz nie pasują do obrazu nowoczesnej i ciągle rozwijającej się stolicy silnego kraju.

Nukus, w drodze nad Aral.
Na uzbeckich drogach nie brakuje oryginalnych środków transportu. Na prowincji takie wynalazki można zobaczyć bardzo często. O tym, jak trudno w Uzbekistanie kupić samochód i czemu musi być on biały pisałam w jednym z poprzednich postów.

Taszkent. Mężczyzna łapie "taksówkę" przy drodze.
Podobnie jak w wielu krajach Wschodu, również w Uzbekistanie taksówką może być każdy zatrzymany samochód. Jak skorzystać z takiego środka transportu? Wystarczy stanąć przy drodze i delikatnie zasygnalizować mijającym nas kierowcom, że jesteśmy zainteresowani podwiezieniem. Najczęściej wystarczy nawiązać z nimi kontakt wzrokowy. Jeśli kierowca będzie chciał nas podwieźć, zjedzie na prawy pas (a w skrajnych przypadku po prostu zatrzyma się na środku drogi, tamując ruch) i zapyta, dokąd chcemy jechać. Jeśli zmierza w tym samym kierunku - mamy naszą "taksówkę". Musimy jeszcze tylko wynegocjować z kierowcą cenę za przejazd. Czy taka forma podróżowania jest bezpieczna? Miejscowi korzystają z niej cały czas, więc raczej nie musimy obawiać się, że trafimy na szaleńca, który będzie chciał nas wywieźć nie wiadomo dokąd i okraść. Oczywiście, jak zawsze trzeba być ostrożnym i najlepiej dokładnie wyjaśnić kierowcy, dokąd chcemy jechać, żebyśmy przypadkiem nie znaleźli się w zupełnie innej części miasta, niż zamierzaliśmy.

I na koniec mój ulubiony obrazem z Uzbekistanu. Chiwa, niedzielne przedpołudnie. Spacerując po mieście natrafiamy na... tańczące Eurydyki. Tak je nazwałam. Panie mają w sobie niesamowitą grację i pogodę ducha. Ich taniec idealnie oddaje klimat, panujący na Wschodzie.

niedziela, 8 listopada 2015

Dáme si smažený sýr, hranolky a tatarskou omáčku

Jeśli chociaż raz byliście w Czechach, mogliście co prawda nie próbować utopenca, marynowanego hermelina czy rzezanego piwa, ale na pewno jedliście smażony ser z frytkami i sosem tatarskim, czyli tytułowy smažený sýr, hranolky a tatarskou omáčku. Po knedliku to chyba najbardziej rozpoznawalne danie czeskiej kuchni i oczywiście można je dostać praktycznie wszędzie. 

W roli smażonego sera najczęściej występuje edam. W kartach dań może mu towarzyszyć hermelin - czeska (i moim zdaniem lepsza) wersja camemberta. Lżejszą alternatywną tego dania jest smażony kalafior, również bardzo smaczny i warty spróbowania.

Jak przenieść się na kilka godzin do Czech i przygotować tę potrawę w zaciszu własnej kuchni? To całkiem proste.


Lista zakupów:
  • ziemniaki
  • ser edamski
  • bułka tarta
  • 3-4 jajka
  • mąka pszenna
  • 3 łyżki majonezu
  • 3 łyżki jogurtu bałkańskiego
  • 1 łyżeczka musztardy
  • 2 ogórki konserwowe
  • mała cebula
  • 2 ząbki czosnku
  • świeżo mielony pieprz
  • sól morska
  • olej do smażenia

Krok 1: Frytki

Ziemniaki obieramy i kroimy w słupki. Następnie zalewamy przegotowaną wodą z dodatkiem łyżki cukru i odstawiamy na chwilę. Potem odsączamy, dokładnie osuszamy, wkładamy do sitka do smażenia i zanurzamy w przygotowanym wcześniej gorącym oleju. Smażymy frytki do uzyskania przez nie złotego koloru. Następnie wyjmujemy je na talerz wyłożony papierowym ręcznikiem i odsączamy z nadmiaru tłuszczu.

Krok 2: Smażony ser

Ser kroimy w grube plastry (1-1,5 cm). Obtaczamy je w mące, żeby panierka trzymała się sera. Następnie na przemian zanurzamy je w roztrzepanym jajku (możemy doprawić je pieprzem lub papryką) i bułce tartej. Panierka powinna być szczelna i dosyć gruba, żeby ser nie wypłynął na powierzchnię, więc czynność tę możemy powtórzyć 2-3 razy. Tak przygotowany ser smażymy w głębokim tłuszczu

Krok 3: Sos tatarski

Majonez, jogurt i musztardę wkładamy do miseczki. Dodajemy przeciśnięty przez praskę czosnek i drobniutko posiekane ogórki i cebulę. Doprawiamy solą i pieprzem. Do sosu możemy też dodać odrobinę zalewy z ogórków. 

Smażony ser najlepiej smakuje w towarzystwie schłodzonego czeskiego piwka. Danie jest bardzo ciężkie i kaloryczne, ale zdecydowanie warte grzechu. :)

środa, 4 listopada 2015

8 książek, dzięki którym poznacie Václava Havla


Václav Havel - dramaturg, eseista, filozof, dysydent, polityk. Prezydent, którego Polacy zawsze Czechom trochę zazdrościli ("Havel na Wawel"). Postać, z której biografią i twórczością warto się zapoznać, nawet jeśli nie jest się czechofilem. Pomogą Wam w tym te książki. Przedstawiam moją małą podręczną Havlowską biblioteczkę. :)

1. Havel. Zemsta bezsilnych


Autor: Aleksander Kaczorowski
Wydawnictwo Czarne
Rok wydania: 2014
W skrócie: Obszerna i świetnie napisania biografia Havla, pokazująca go z różnych perspektyw: jako dramaturga, dysydenta, polityka, filozofa. Do tego kompendium wiedzy o historii Czechosłowacji i trafna analiza czeskiej mentalności. 

2. Zmieniać świat. Eseje polityczne


Autor: Václav Havel
Wydawnictwo Agora
Rok wydania: 2012
W skrócie: Zbiór esejów, przemówień i artykułów autorstwa Havla z lat 1985-2010. Teksty zostały zebrane przez Andrzeja Jagodzińskiego. Dotyczą głównie aktualnych zagadnień polityki międzynarodowej oraz problemów współczesnego zglobalizowanego świata.

3. Letnie rozmyślania


Autor: Václav Havel 
Wydawnictwo Krytyki Politycznej
Rok wydania: 2012
W skrócie: Książka napisana przez Havla w 1991 roku, kiedy sprawował urząd prezydenta. Pisarz skupia się głównie na problemach transformacji ustrojowej, jaka zachodzi w tym czasie w Czechosłowacji i pozostałych krajach byłego bloku wschodniego. Nakreśla też zarys swojego politycznego credo.

4. Zaoczne przesłuchanie. Rozmowy z Karlem Hvížd̓alą


Autor: Václav Havel 
Niezależna Oficyna Wydawnicza
Rok wydania: 1989
W skrócie: Wywiad rzeka, który Karel Hvížd̓ala przeprowadza z Havlem u schyłku epoki komunizmu. Dysydent opowiada o swoim życiu i poglądach politycznych. Dokonuje też wnikliwej analizy systemu komunistycznego i opisuje działania czeskich dysydentów skupionych wokół Karty 77. 


5. „Tylko krótko, proszę”. Rozmowa z Karelem Hvížd’alą, zapiski, dokumenty


Autor: Václav Havel
Wydawnictwo Znak
Rok wydania: 2007
W skrócie: Kolejny wywiad Karla Hvížd̓ali z Havlem stanowiący w pewnym sensie kontynuację Zaocznego przesłuchania. Polityk opisuje w nim lata swojej prezydentury, analizuje aktualne problemy społeczno-polityczne, opowiada też o swoim życiu prywatnym - chorobie żony Olgi i początkach związku z drugą żoną Dagmar.

6. Listy do Olgi


Autor: Václav Havel 
Wydawnictwo Naukowe PWN
Rok wydania: 1993
W skrócie: Zbiór listów, które Havel pisał do swojej żony Olgi w latach 1979-1982, najpierw z aresztu, a potem z zakładów karnych, gdzie odsiadywał wyrok czterech i pół roku pozbawienia wolności za działalność dysydencką. Listy zawierają rozważania na tematy polityczne i filozoficzne, a także opis więziennej codzienności i wyznania o charakterze prywatnym.

7. W roli głównej Ferdynand Waniek. Antologia sztuk czeskich dysydentów



Autorzy: Václav Havel, Pavel Landovský, Pavel Kohout, Jiří Dienstbier
Oficyna Wydawnicza ATUT
Rok wydania: 2008
W skrócie: Zbiór wańkówek, czyli dramatów, których głównym bohaterem jest Ferdynand Waniek - postać archetypowego dysydenta stworzona przez Havla i wyposażona w wiele jego cech osobowościowych oraz faktów z biografii. Wańka w swoich sztukach umieścili też Pavel Kohout, Pavel Landovský i Jiří Dienstbier.

8. Hrabal, Kundera, Havel... Antologia czeskiego eseju



Redakcja: Jacek Baluch
Wydawnictwo Universitas
Rok wydania: 2001
W skrócie: Zbiór zawiera słynny esej Havla Siła bezsilnych, stanowiący manifest czeskich dysydentów i zawierający przenikliwą analizę funkcjonowania systemu komunistycznego w państwach Europy Środkowo-Wschodniej.

Ten esej, jak również wiele innych tekstów Havla z lat 1969-2009 można znaleźć w zbiorze wydanym w 2011 roku nakładem Wydawnictwa Agora.

***

Oczywiście to tylko kilka książek Havla i o Havlu, jakie zostały wydane w języku polskim. Zachęcam Was do uzupełniania tej listy w komentarzach. :)