piątek, 31 lipca 2015

Bazar - uczta dla zmysłów

Bazar to jeden z moich ulubionych elementów kultury Wschodu. Jego niesamowita atmosfera przyciąga mnie jak magnes i sprawia, że mogę długimi godzinami błądzić pomiędzy straganami. To niesamowite miejsce gdzie można kupić niemal wszystko, ale też niemal wszystko załatwić, np. wynająć na cały dzień marszrutkę, której kierowca za niewielkie pieniądze dowiezie nas do oddalonego o kilkadziesiąt kilometrów od miasta zabytkowego monasteru, a po drodze będzie opowiadał mnóstwo mniej lub bardziej ciekawych historii o tym, co mijamy na trasie.

Tak to już na Kaukazie bywa, że bazar i "dworzec autobusowy" (który z naszym europejskim dworcem na niewiele wspólnego) często bywają zlokalizowane obok siebie. Dla podróżnika to duże ułatwienie. Wyruszając na jednodniową wyprawę w jednym miejscu można załatwić transport i kupić prowiant na cały dzień. 

Bazar nie służy jednak wyłącznie do robienia zakupów. Można tu usłyszeć najświeższe plotki, wsłuchać się w rytm życia miasta. To centrum informacyjne i miejsce, gdzie toczy się dyskusje na temat bieżących wydarzeń. Oczywiście ta sfera jest dla podróżnika raczej niedostępna. Na bazar warto jednak się wybrać, choćby po to, by zaopatrzyć się w prezenty dla najbliższych i posmakować miejscowych specjałów.

Jedną z największych zalet bazaru jest to, że nie sposób wyjść z niego głodnym. Przechodząc między straganami jesteśmy ciągle zaczepiani przez sprzedawców i zachęcani do zrobienia u nich zakupów możliwością degustacji takiego czy innego towaru. Trzeba mieć się na baczności, żeby nie wydać zbyt wiele. Wiadomo przecież, że je się oczami, a bazary mają to do siebie, że są niesamowicie kolorowe i bardzo silnie oddziałują na nasze zmysły. Wybór aromatycznych przypraw, słodkich jak miód owoców czy miejscowych przysmaków jest tak ogromny, a ich ekspozycja na tyle efektowna, że nie sposób im się oprzeć. Przynajmniej ja tak mam. 

Żeby nie być gołosłowna, poniżej kilka zdjęć z bazarów Armenii i Gruzji, które powinny zaostrzyć Wam apetyt na wizytę w tym magicznym miejscu.

Erywań, Armenia


Suszone owoce w różnych formach to na Kaukazie najpopularniejsze słodycze. Na straganach prezentują się wspaniale, a do tego są bardzo smaczne.


Z podróży na Kaukaz warto przywieźć ze sobą trochę przypraw, zwłaszcza takich, które są w Polsce rzadko spotykane. Dzięki temu będzie można odtworzyć smaki wspaniałego wschodniego jedzenia we własnym domu. Do najpopularniejszych przypraw używanych w kuchni gruzińskiej i ormiańskiej należą kolendra, kmin rzymski, kozieradka, hyzop czy też różne rodzaje ostrej papryki.




 


Na bazarze w Erewaniu znalazłam cały "dział" z kiszonymi warzywami. To zdumiewające, ale Ormianie kiszą prawie wszystko. Nie tylko ogórki czy kapustę, ale też czosnek, pomidory, kalafior, paprykę, marchewkę, fasolkę i inne cuda. Wszystkie te kiszone warzywa ułożone w stertę robią niesamowite wrażenie i mimo specyficznego zapachu są bardzo apetyczne.


Oczywiście na bazarze można kupić też mięso. Na jednym ze stoisk znaleźliśmy bardzo ciekawą wizualizację jego różnych gatunków. :)



Tbilisi, Gruzja (bazar przy dworcu Didube)



Owoce w Gruzji i Armenii są naprawdę fenomenalne - dużo słodsze od tych, które możemy kupić w Polsce. Po prostu czuć w nich słońce, którego na Kaukazie nie brakuje. Jeśli pogoda dopisuje, owoce zbiera się nawet 2 razy w roku.






Kutaisi, Gruzja



Na koniec warto wspomnieć o najpopularniejszym słodkim gruzińskim przysmaku - czurczchelach. To nawinięte na sznurek orzechy (najczęściej włoskie lub laskowe) zatopione w owocowym kisielu. Ja miałam okazję próbować czurczcheli z białych i czerwonych winogron, granatu oraz kiwi. Gruzini mówią, że to ich odpowiednik snickersów. Przekąska jest smaczna i całkowicie oryginalna. Można ją kupić niemal na każdym przydrożnym straganie.

poniedziałek, 27 lipca 2015

Poezja w słoiku

W Czechach bywałam wiele razy, ale dopiero w tym roku (aż wstyd się przyznać) miałam okazję jeść jedną ze sztandarowych czeskich przekąsek do piwa - nakládaný hermelin. Jego wielbiciele z pewnością uśmiechają się teraz i wracają pamięcią do chwil spędzonych w czeskiej gospodzie, kiedy to pierwszy raz mieli okazję spróbować tego przysmaku. Dla tych, którzy o nim nie słyszeli kilka słów komentarza. 

Nakládaný hermelin to nic innego jak marynowany serek pleśniowy typu camembert. Swój charakterystyczny ostro-kremowy smak zawdzięcza potężnej dawce czosnku, cebuli i pieprzu, które wraz z olejem stanowią podstawę marynaty. Bardzo ważną rolę w przygotowaniu tej potrawy odgrywa czas – aby dojrzeć hermelin musi spędzić w słoiku z zalewą co najmniej 2 tygodnie.


W Czechach marynowane hermeliny można zjeść prawie wszędzie. Nawet w małych gospodach, które nie serwują niemal niczego poza piwem, często ta przekąska jest dostępna. I co najważniejsze, gdziekolwiek by się jej nie jadło, wszędzie smakuje świetnie, zwłaszcza w towarzystwie chłodnego piwa. 

Tego typu marynowany ser z łatwością można przygotować w  warunkach domowych. Przepis jest bardzo prosty. Trzeba przygotować duży słoik lub inne wysokie naczynie, które możemy dobrze zamknąć oraz następujące składniki:

- 3-4 serki camembert (oczywiście idealnie byłoby zdobyć czeskie hermeliny, ale w Polsce są one trudno dostępne, więc możemy użyć zamiennika)
- cebula
- czosnek
- mielona słodka papryka
- czarny pieprz (mielony i w ziarnach)
- ziele angielskie
- liść laurowy
- olej

Serki rozcinamy w poprzek. Na jednej połówce układamy plasterki czosnku i krążki cebuli, posypujemy je mielonym  pieprzem i słodką papryką, a następnie przykrywamy drugą połówką serka. Tak przygotowane hermeliny wkładamy do słoika, do którego wrzucamy wcześniej 4-5 listków laurowych, kilka ziaren ziela angielskiego i czarnego pieprzu. Serki układamy jeden na drugim. Możemy oddzielić je od siebie krążkami cebuli. Jeśli mamy ochotę, możemy dodać też trochę pokrojonej w słupki marynowanej papryki. Serki zalewamy olejem, tak, by wypełnił cały słoik. Po zjedzeniu hermelinów oleju nie należy wylewać – będzie bardzo aromatyczny, więc warto użyć do innych potraw.


Przygotowanie tej przekąski zajmuje ok. 15 minut. Co prawda aby ją zjeść, trzeba czekać ok. 2 tygodni, ale warto zachować cierpliwość. Im dłużej hermelin dojrzewa, tym lepiej smakuje. No i oczywiście podajemy go jako dodatek do znakomitego (czeskiego) piwa.

sobota, 25 lipca 2015

Kierunek: Uzbekistan

Ostatni rok obfitował w podróże na mniejszą i większą skalę. Do najbardziej znaczących należał wyjazd na Kaukaz i niemal 3 tygodnie spędzone ze wspaniałą siedmioosobową ekipą w Armenii i Gruzji.

Wiosną tego roku udało mi się w końcu po 4 latach nieobecności i ogromnej tęsknoty wrócić do Czech. Powrót był krótki, ale obfitował w nowe doświadczenia i inspiracje do rozpoczęcia kilku projektów, głownie kulinarnych.

Mam na koncie również kilka podróży po Polsce, ale za to z wątkiem wschodnim: Łódź z domieszką Kazachstanu, gruzińskie smaki w Kazimierzu Dolnym, ormiański Ararat w Nałęczowie i czeskie klimaty w Lublinie.

O wszystkim tym napiszę już wkrótce. Jest jednak pewna sprawa, która teraz wysuwa się na pierwszy plan.  Chodzi o podróż do Uzbekistanu i wycieczkę nad umierające powoli Morze Aralskie. Jeśli czytaliście książkę Bartka Sabeli „Może morze wróci”, doskonale znacie sprawę. Jeśli nie, koniecznie po reportaż sięgnijcie, bo jest świetny. Był jedną z inspiracji do wyruszenia w tę egzotyczną podróż.

Tym razem ruszamy na Wschód dwuosobową ekipą (mimo długotrwałych poszukiwań nie udało się znaleźć więcej paputczikow). Podróż zacznie się 24 sierpnia i potrwa do 10 września. W Uzbekistanie spędzimy 15 dni. Dotrzemy tam samolotem z Mińska, więc po drodze zawitamy na Białorusi.

Naszymi przystankami w Uzbekistanie będą m. in. Taszkent, Samarkanda, Buchara, Chiwa i Nukus. Dwa dni poświęcimy na podróż terenówką nad Morze Aralskie.  Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, we wrześniu wrócimy do Polski z bagażem niesamowitych wspomnień, pięknych zdjęć, aromatycznych przypraw, nowych znajomych i niezapomnianych doświadczeń. Trzymajcie kciuki!


poniedziałek, 8 grudnia 2014

Następna stacja: Sławianskij bulwar

W ramach postów dotyczących moskiewskiego metra wybierzemy się dzisiaj na wirtualną wycieczkę na stację Sławianskij bulwar (Славянский бульвар), 177 z kolei, otwartą 7 września 2008 roku na linii Arbacko-Pokrowskiej. 












niedziela, 26 października 2014

Zapowiedź końca. O tym, że niektóre piosenki się nie starzeją

Przyszedł czas na kolejny projekt tłumaczeniowy. Tym razem wybór padł na piosenkę grupy Kino Перемен (Pieriemien), utwór ponadczasowy i nadal bardzo aktualny, zarówno w kontekście społeczno-politycznym, jak i obyczajowym. Zresztą zobaczcie sami. Poniżej moja interpretacja.



Chcemy zmian!

Zamiast ciepła – malachit szkła
Zamiast ognia – dym
Wyrwany z kalendarza
Kolejny dzień
Czerwone słońce spalone do cna
Dzień dogorywa z nim
Całe płonące miasto
Okrywa cień

Chcemy zmian! W sercach uparcie głos brzmi
Chcemy zmian! W oczach nadzieja się tli
W naszym śmiechu i w łzach gorzkich tkwi
W każdej kropli krwi
Żądza zmian
Tak jest! Chcemy zmian!

Blady żarówki blask przedłużeniem jest dnia
Choć w pudełku zapałek już brak
Na kuchence sinoniebieski
Majaczy gaz
Więc herbata na stół, papieros w dłoń
Każdy schemat ten zna
I nie ma już więcej nic
Wszystko inne jest w nas

Chcemy zmian! W sercach uparcie głos brzmi
Chcemy zmian! W oczach nadzieja się tli
W naszym śmiechu i w łzach gorzkich tkwi
W każdej kropli krwi
Żądza zmian
Tak jest! Chcemy zmian!

Próżno szukać wśród słów naszych uczonych fraz,
W oczach mądrości, zręczności rąk
Nie potrzeba nam tego
Żeby rozumieć się w lot
Więc herbata na stół, papieros w dłoń
Tak zamyka się krąg
I chęć zmian nagle rodzi w nas strach
Impuls: w tył zwrot

Chcemy zmian! W sercach uparcie głos brzmi
Chcemy zmian! W oczach nadzieja się tli
W naszym śmiechu i w łzach gorzkich tkwi
W każdej kropli krwi
Żądza zmian
Tak jest! Chcemy zmian!

***

A tutaj oryginał, dla porównania.

Перемен

Вместо тепла зелень стекла,
Вместо огня дым.
Из сетки календаря
выхвачен день.
Красное солнце сгорает дотла,
День догорает с ним.
На пылающий город
падает тень.

Перемен требуют наши сердца,
Перемен требуют наши глаза,
В нашем смехе и в наших слезах,
И в пульсации вен
Перемен!
Мы ждем перемен.

Электрический свет продолжает наш день
И коробка от спичек пуста.
Но на кухне синим цветком
горит газ.
Сигареты в руках, чай на столе,
Эта схема проста.
И больше нет ничего,
Все находится в нас.

Перемен требуют наши сердца,
Перемен требуют наши глаза,
В нашем смехе и в наших слезах,
И в пульсации вен
Перемен!
Мы ждем перемен.

Мы не можем похвастаться мудростью глаз
И умелыми жестами рук,
Нам не нужно все это,
чтобы друг друга понять.
Сигареты в руках, чай на столе,
Так замыкается круг.
И вдруг нам становится страшно
что-то менять.

Перемен требуют наши сердца,
Перемен требуют наши глаза,
В нашем смехе и в наших слезах,
И в пульсации вен
Перемен!
Мы ждем перемен.


czwartek, 19 czerwca 2014

Dwunastu gniewnych ludzi według Paniuszkina

Nie jest to recenzja kultowego filmu Sidney’a Lumeta z 1957. Będzie za to o książce Dwanaścioro niepokornych, która do rąk polskiego czytelnika trafiła w 2011 roku dzięki Wydawnictwu Czarne. Reportaż Walerija Paniuszkina ma z amerykańskim dramatem sądowym wiele wspólnego, mimo że od dystrybucji filmu do opisywanych w książce wydarzeń minęło równo pół wieku, a Stany Zjednoczone od Rosji dzieli nie tylko odległość tysięcy kilometrów, lecz także gigantyczna przepaść ideologiczna.

W obrazie Lumeta dwanaścioro sędziów przysięgłych, ludzi z różnych środowisk i o skrajnie odmiennych poglądach, przez wiele godzin debatuje nad przyszłością młodego chłopaka oskarżonego o zabójstwo własnego ojca, aby w końcu osiągnąć jednomyślność i wydać wspólny wyrok. U Paniuszkina przysięgłych nie ma (ten schemat z sukcesem wykorzystał Nikita Michałkow, który w 2007 roku nakręcił remake amerykańskiego pierwowzoru), są za to liderzy antyputinowskiej opozycji, współcześni dysydenci, dyskutujący o położeniu społeczeństwa we współczesnej Rosji.

Jest rok 2007. Dziennikarz spotyka się z opozycjonistami w małym barze niedaleko Tweru, na trasie z Moskwy do Petersburga. Dysydenci jadą na kolejny Marsz Niepokornych. Nikt jeszcze nie wie, że nowym prezydentem Federacji Rosyjskiej zostanie Dmitrij Miedwiediew. Rosjanie mają już za sobą serię wybuchów moskiewskich domów, koniec prezydentury Jelcyna, pierwszą wojnę czeczeńską, tragiczną śmierć marynarzy z okrętu podwodnego „Kursk”, aresztowanie Michaiła Chodorkowskiego, a także ataki terrorystów na teatr na Dubrowce oraz szkołę podstawową nr 1 w Biesłanie. Trwa druga wojna czeczeńska, niedługo rozpocznie się konflikt z Gruzją, a za kilka miesięcy do parlamentu nie wejdzie – po raz pierwszy w historii – żadna z opozycyjnych partii. Władimir Putin szykuje dla siebie tekę premiera i zamierza wprowadzić zmiany w konstytucji, które pozwolą mu sprawować niepodzielną władzę przez kolejne kilkanaście lat.

Diagnoza jest pesymistyczna: OMON bije demonstrantów, opozycjoniści trafiają do więzienia, wybory stają się parodią demokracji, a o swobodach obywatelskich pamiętają tylko Ci, których wolność jest na każdym kroku naruszana. Źle się dzieje w państwie rosyjskim, zaś na odwieczne pytanie: kto winien?, dwanaścioro gniewnych ludzi wskazuje palcem prezydenta, człowieka znikąd, który gdy tylko poczuł, że dysponuje niezachwianą pozycją i żaden oligarcha nie jest w stanie mu zagrozić (bo to on trzyma za gardło wszystkich oligarchów) zaczął traktować Rosję jak swoją własność, a wyborców – jak poddanych. Tym sposobem Rosjanie wrócili do punktu wyjścia. Umarł król, niech żyje król (a właściwie car)! Z niewielką przerwą na Borysa Jelcyna, którego prezydentura przyniosła, oprócz lekkiego zapachu alkoholu również lekki powiew demokratyzacji, w kraju znowu panują rządy silnej ręki.

Jednak każda akcja rodzi reakcję. Pojawił się nowy car-samodzierżca, są i dysydenci. Czym się różnią od Władimira Bukowskiego, Ludmiły Aleksiejewej czy Andrieja Sacharowa? Kim są? Jaki mają program dla Rosji? 

W małym barze niedaleko Tweru (miejscu wymyślonym, czy raczej żywcem przeniesionym z innego kontekstu, zasady konspiracji nie pozwalają bowiem ujawniać, gdzie zbierają się spiskowcy) spotykamy jedenastu z grona tytułowych niepokornych. Są to dziennikarka Marina Litwinowicz z koalicji „Inna Rosja”, Marija Gajdar, córka byłego premiera FR Jegora Gajdara, Ilja Jaszyn (wówczas w szeregach partii „Jabłoko”), lider Frontu Lewicowego Siergiej Udalcew, członek Partii Narodowo-Bolszewickiej Maksim Gromow, mołdawska dziennikarka Natalia Morari, pisarz i satyryk Wiktor Szenderowicz, ekonomista Andriej Iłłarionow, jeden z koordynatorów działań komitetu nauczycieli w Biesłanie Wissarion Asiejew oraz zaangażowany w działalność charytatywną Michaiła Chodorkowskiego Anatolij Jermolin. Dwunasty dysydent – mistrz szachowy Garri Kasparow jest nieobecny na nocnym spotkaniu. Zatrzymany podczas Marszu Niepokornych w Moskwie przebywa w areszcie, ale Paniuszkin zabiera nas później do jego domu, abyśmy mogli usłyszeć opowieść opozycjonisty o pobycie w więzieniu i dowiedzieć się z pierwszej ręki, że milicjanci zwracali się do niego jak do nowego cara, który wkrótce zastąpi na stanowisku Władimira Putina.

Z perspektywy 7 lat, które minęły od tamtych wydarzeń możemy stwierdzić, że stróże prawa się pomylili, a obok dwunastu dysydentów, których liczba stanowi wyraźne nawiązanie do Ewangelii, a także słynnego poematu Aleksandra Błoka z 1918 roku, na arenie politycznej pojawiły się nowe twarze. Jednak mimo protestów Rosjanom nie zwrócono odebranych im praw i wolności. Nie wybiegajmy jednak w przyszłość.

Niepokornych Paniuszkina poznajemy w różnych okolicznościach. Autor nie przedstawia po prostu życiorysów postaci, stara się raczej odtworzyć drogę, która doprowadziła każdego z bohaterów do baru pod Twerem, pokazać motywacje, jakie nimi kierowały, kiedy zdecydowali się powstać przeciwko władzy. Dysydenci pochodzą z różnych środowisk politycznych. Są wśród nich przedstawiciele liberalnego „Jabłoka”, prawicowego SPS, komuniści i nacbol. Niektórzy ściśle współpracowali z Kremlem, doradzając nawet Władimirowi Putinowi. Innych zatrudniał Michaił Chodorkowski, do niedawna najważniejszy więzień w Rosji i żywy dowód na to, że pieniądze nie mogą zapewnić w tym kraju bezpieczeństwa, jeśli nie gra się według zasad wyznaczonych przez władzę.

Jak to zwykle bywa, również w tym przypadku środowisko dysydentów jest heterogeniczne. Jednak czy możliwe jest zjednoczenie ponad podziałami, aby osiągnąć wspólny cel – wyegzekwować karę wobec winnego pogwałcenia konstytucji i deptania prawa człowieka Władimira Putina? Nie trzeba wybiegać w przyszłość, aby stwierdzić, że to się nie uda. Nawet Paniuszkin w momencie, kiedy pisze swoją książkę, odnosi się do tej perspektywy sceptycznie. Wskazuje, że nie mogą pokonać niesprawiedliwej władzy ci, którzy nie są w stanie stanąć na czele tłumu, ponieważ boją się ciosu omonowskiej pałki spadającej na plecy. Nie zwyciężą ci, którzy rywalizują między sobą o uwagę dziennikarzy i o każdą minutę na wizji zachodnich kanałów telewizyjnych.

Dwanaścioro niepokornych to dowód, że nie ma jednej Rosji, a środowiska, które składają się na „inną” Rosję nie potrafią współpracować, aby ów mit jedności obalić i zaprowadzić pluralizm w życiu publicznym. Dysydenci działają na rachunek ugrupowań, które reprezentują. Działają na rękę władzy i na krzywdę społeczeństwu. A ludzie? Rosyjski naród? Rosyjski naród jest „pogański”, bałwochwalczo wpatruje się we wszystko, co nadaje Kanał Pierwszy rosyjskiej telewizji i jak matuszka Fotinja z Bolszoj Jelni wierzy, że w rękach Putina spoczywa zbawcza misja odrodzenia imperium rosyjskiego.

Jaka w tym wszystkim rola Walerija Paniuszkina? Kim jest dla dwunastki niepokornych? Czy tylko spisuje tę „ewangelię”, czy może sam zasiada w gronie dysydentów? Biorąc pod uwagę styl uprawianego przez niego dziennikarstwa oraz to, że jest bliskim znajomym wielu opisanych w reportażu postaci, można się zastanowić, czy i jego nie zaliczyć w poczet obrońców rosyjskiej demokracji. Może więc jest trzynastym niepokornym, tyle tylko, że nie odważył się umieścić samego siebie z tym spisie przez zwykłą skromność lub mając w głowie znany przesąd, który głosi, że trzynaście osób przy jednym stole zwiastuje nieszczęście. 

http://czarne.com.pl/katalog/ksiazki/dwanascioro-niepokornych

Co by powiedział mężczyzna?

Na wstępie przyznam otwarcie – książki Swietłany Aleksijewicz Wojna nie ma w sobie nic z kobiety nie przeczytałam jednym tchem. Tak się po prostu nie da. Żaden człowiek o przeciętnej wrażliwości nie jest w stanie jednorazowo przyjąć tak wielkiej dawki ludzkiego nieszczęścia. Każda strona tej opowieści przesycona jest cierpieniem, ponieważ każdy dzień II wojny światowej przynosił jej uczestnikom oraz ofiarom strach i ból.

W opowieściach, które przytacza autorka, brak miejsca na mity o niezwyciężonych bohaterach, o dzielnych wojskowych, którzy przemaszerowali przez pół Europy z pieśnią na ustach, przeganiając wroga i niosąc wolność kolejnym okupowanym krajom, o żołnierzach, których nie imały się kule, o wspaniałych rosyjskich chłopakach, którzy ofiarnie rzucali się pod czołgi i w nagrodę za uratowanie przyjaciół z batalionu dostawali wysokie odznaczenia, po czym w blasku chwały wracali do stęsknionych matek. Nie jest to zatem kolejna książka o tym, jak wojnę zapamiętali mężczyźni i jak powinny ją postrzegać kolejne pokolenia. Prawda o tamtych wydarzeniach pada po raz pierwszy z ust kobiet – drugoplanowych bohaterek spektaklu, który przez ponad pół dekady rozgrywał się na światowej scenie.

W latach 80. ubiegłego wieku, kiedy powstawała książka, Aleksijewicz jako pierwsza udzieliła głosu tym, które z poświęceniem nie mniejszym niż mężczyźni walczyły w obronie swojej ojczyzny. Bohaterkami i jednocześnie narratorkami reportażu są kobiety-wojskowi, mieszkanki Związku Radzieckiego różnych narodowości, weteranki Wielkiej Wojny Ojczyźnianej. Wszystkie panie łączy to, że kiedy 22 czerwca 1941 roku Adolf Hitler rozpoczął operację „Barbarossa” i niemieckie wojska wkroczyły na teren Związku Radzieckiego, one bez wahania rzuciły się do komisji poborowych i niemal na kolanach błagały, aby wysłać je na pierwszą linię frontu, gdzie mogłyby wziąć czynny udział w walkach. Szalona odwaga, wielki patriotyzm, kolosalne poświęcenie, czasami po prostu miłość silniejsza niż strach – to wspólny mianownik, do którego można sprowadzić kierujące nimi pobudki.  Panie łączy jeszcze jedno – kiedy w 1945 roku Armia Czerwona dotarła pod Reichstag i walczący mogli wrócić do domów, ojczyzna, której kobiety broniły własną piersią, postanowiła o nich zapomnieć, zepchnąć w kąt historii, gdzie spokojnie czekały prawie pół wieku na kogoś, kto chciałby wysłuchać ich opowieści.

Zaraz po wojnie okazało się, że dla płci pięknej frontowa przeszłość jest niekoniecznie powodem do dumy i lepiej się nią nie chwalić. Kobiety, które wróciły z wojny często spotykał ostracyzm, widziano w nich panie lekkich obyczajów, które bezwstydnie bałamuciły oddanych mężów i ojców, podatnych na wdzięki towarzyszek broni ze względu na długie lata rozłąki z ukochanymi. To te, które walcząc poświęciły swoją młodość i zdrowie, stały się wszystkiemu winne. Były złym materiałem na żony również dlatego, że wojna na zawsze je naznaczyła. Patrzyły na świat inaczej, niż ich rówieśniczki. To, co zobaczyły na froncie, nie było przeznaczone dla pięknych, okolonych firanką gęstych rzęs dziewczęcych oczu. Przez 4 lata w powietrzu ciągle unosił się zapach krwi i palonego ludzkiego ciała. Jak powiedziała jedna z rozmówczyń Swietłany Aleksijewicz, wojna pachnie po męsku, nie ma na niej kobiecych zapachów. Nie było więc perfumów i woni świeżych kwiatów. Nie było nawet mydła, nie było bielizny, był tylko męskie kalesony i onuce, były buty o kilka rozmiarów za duże, które zdzierały stopy do mięsa podczas kilkugodzinnego marszu. Były ciężkie ciała nieprzytomnych lub martwych kolegów, których trzeba było wynieść na tyły, czołgając się po ziemi i starając nie dać się zabić. Był głód, brak snu, nieludzki wysiłek i rany, które przyniosły potem inwalidztwo, a wielu odebrało możliwość zostania matkami i założenia normalnej rodziny, zaznania choćby odrobiny szczęścia. 

Tak wyglądała wojna z punktu widzenia kobiet. W książce Aleksijewicz nie znajdziemy żadnego batalistycznego opisu, zamiast tego jest codzienność, brunatno-czerwona, jak krew pomieszana z ziemią. Na każdym kroku czyha śmierć, koszmary senne przerażają mniej niż to, co dzieje się na jawie. Brutalne czyny i ogrom zniszczenia sprawiają, że kobiety czują nienawiść do wroga. Wszystko w nich krzyczy z rozpaczy i gniewu, kiedy widzą niemieckich żołnierzy, maszerujących przez ich miasta i wsie. Pielęgnują więc tę nienawiść, lecz nie są w stanie zabić w sobie ludzkich odruchów. Wrodzona empatia każe okazać miłosierdzie nawet tym, którzy wyrządzili krzywdę im oraz i ich rodzinom. Kobiety opatrują więc niemieckich jeńców i dzielą się chlebem z głodnymi niemieckimi sierotami. One, w przeciwieństwie do mężczyzn, nie boją się do tych ludzkich odruchów przyznać.

Co ciekawe, mężowie bohaterek, którzy również uczestniczyli w walkach i często swoje żony poznawali właśnie na froncie, zabraniają im opowiadania „łzawych historii”. Przypominają im za to szczegółowy przebieg walk i długie godziny przesiadują z nimi nad mapą ucząc, w jakim kierunku posuwała się ich brygada i jak przebiegała linia frontu. Jednak kobiety nie potrafią patrzeć na tamte wydarzenia oczami mężczyzn, ponieważ, jak słusznie zauważa autorka w tytule swojego reportażu, wojna nie ma w sobie nic z kobiety. To męski wynalazek, który dla kobiet nie ma żadnego sensu, bo jaki sens może mieć ten apokaliptycznych rozmiarów kataklizm, który pozostawia po sobie miliony ofiar, a tysiące miast i wsi obraca w gruzy? Wojna to także gwałt na naturze. Wraz z wybuchem pocisków milkną ptaki, fauna i flora zamiera, na zroszonej krwią ziemi nie ma komu zasiać zboża, za to jak kretowiska mnożą się mogiły żołnierzy, umierających tysiące kilometrów od swoich domów.

W czasie wojny kobieta, podobnie jak natura, musi przejść w stan hibernacji. Jej organizm pod wpływem nadmiaru adrenaliny, której źródłem jest ciągły stres i strach, zmienia się. Jest odporna na urazy i zmęczenie – rezultaty odczuje dopiero po wojnie. Wtedy też na nowo będzie musiała nauczyć się chodzić w sukienkach i butach na wysokich obcasach. Będzie musiała odkryć w sobie kobietę, którą na jakiś czas trzeba było ukryć.

Armia nie była wówczas (i zapewnie nie jest także i teraz) środowiskiem przyjaznym płci pięknej. Przytaczane przez Aleksijewicz opowieści są dowodem na panującą w szeregach wojskowych dyskryminację. Kobiecie dowódcy ciężko jest wyegzekwować posłuch wśród podwładnych. Żołnierze wyżsi rangą traktują ją z lekceważeniem. Ona zaś walczy, mimo, że czasami brak jej słów i tylko łzy mogą ukoić cierpiącą duszę. Walczy, bo straciła na wojnie ojca, siostrę, narzeczonego, czasami całą rodzinę. Nie ma więc nikogo, poza towarzyszami broni, poza ojczyzną, która wkrótce odpłaci jej za wszystkie wyrzeczenia gorzkim rozczarowaniem.

Reportaż Aleksijewicz to kalejdoskop obrazów z wojny, momentów, uchwyconych przez spostrzegawcze kobiece oko. Niezwykle plastycznym czy naturalistycznym wręcz opisom wojennej rzeczywistości towarzyszy bogata warstwa emocjonalna. Na pierwszy plan wysuwają się uczucia narratorek, ich przemyślenia. To one właśnie, a nie ilość wystrzelonych pocisków czy zdobytych pozycji wroga, utkwiło im w pamięci. Kobiety opowiadają więc obrazami, a autorka staje się kimś w rodzaju ich spowiedniczki – przez wiele lat nikt nie chciał bowiem słuchać ich opowieści, a im samym nikt nie pomógł poradzić sobie z bolesnymi przeżyciami. Każda chce się zatem podzielić wspomnieniami, wziąć udział w tej zbiorowej terapii w nadziei na katharsis. Czy tego katharsis doświadcza? Nie wiem, boję się, że kilku stron tekstu, kilku godzin opowieści nie wystarczy, aby zrzucić z siebie dźwigany przez tak wiele lat ciężar bolesnych doświadczeń.

Książka Swietłany Aleksijewicz jest jednak pewną rekompensatą dla tych kobiet, dowodem na to, że nie wszyscy zapomnieli o ich bohaterskich czynach. Jest nadzieja, że świat jeszcze o nich usłyszy, odda im sprawiedliwość. Nadzieję tę daje im nie kto inny, jak właśnie kobieta, „córeczka” (w taki sposób wiele rozmówczyń zwraca się do autorki), głos kolejnego pokolenia, które wojny nie zna z autopsji, lecz czuje, że podręczniki do historii, pisane przez mężczyzn, nie mówią całej prawdy. Z reportażu Aleksijewicz możemy zatem (a nawet powinniśmy) uczyć się historii, uzupełniać jej białe plamy.

Na zakończenie jeszcze jedna refleksja, a właściwie pytanie, które nasunęło mi się po przeczytaniu książki: co o tym wszystkim pomyślał by współczesny mężczyzna? Czy po przeczytaniu 350 stron tych bolesnych i nierzadko intymnych wyznań jemu też ściśnie się gardło, w ustach poczuje metaliczny smak krwi, a potem długo nie będzie mógł zasnąć, przetwarzając w myślach przeczytane akapity? Nie wiem. Dowiem się, jak spotkam jakiegoś pana, który tę książkę przeczytał. A póki co, pozostało mi tylko polecić ją wszystkim. Tak, wszystkim. Kropka . 

http://czarne.com.pl/katalog/ksiazki/wojna-nie-ma-w-sobie-nic-z-kobiety