wtorek, 29 września 2015

Co zjeść w uzbeckiej czajchanie - zapiski z podróży (cz. 2)

Dzisiaj zabieram was na obiad do małej czajchany w Chiwie, położonej tuż za murami twierdzy Iczan Kala. Zanim przeczytacie posta, pójdźcie do kuchni. Weźcie ulubiony kubek, albo najlepiej niewielki imbryk i wrzućcie do niego trochę dobrej liściastej herbaty. Możecie dodać do niej kilka ziarenek kuminu (zanim trafi do kubka, rozetrzyjcie go w dłoniach, żeby poczuć jego niesamowity, intensywny aromat). Jeśli nie macie kuminu, nie ma problemu. Użyjcie imbiru, kurkumy, cynamonu... 

Czekając, aż herbata się zaparzy zamknijcie oczy i wyobraźcie sobie, że siedzicie na wielkim drewnianym tapczanie wyłożonym wielobarwnymi miękkimi poduszkami. Nad waszymi głowami powiewa kolorowy baldachim, dookoła szumią drzewa, które rzucają cudowny cień. Znajdujecie się w oazie, daleko od 40-stopniowych upałów i suchego wiatru wiejącego z pustyni. Na niskim stoliku ustawionym pośrodku tapczanu stoi herbata. Po chwili podchodzi do was kelner i podaje wam kartę dań. Co w niej znajdziecie? Sprawdźmy!

Czajchana w Chiwie i moje ulubione tapczany.
Zanim jednak zabierzemy się za studiowanie menu, kilka słów o kuchni Uzbekistanu. Nie jest ona może tak bogata i oryginalna jak np. dania kaukaskie, ale dzięki świetnie dobranym, aromatycznym ziołom i przyprawom, a także świeżym naturalnym produktom na pewno zadowoli każdego podróżnika. Skład dań może i nie poraża różnorodnością, jednak jeśli dobrze się postaramy, możemy spędzić w Uzbekistanie 2 tygodnie próbując codziennie czegoś nowego. Od czego zacząć?

Płow - to niekwestionowany król uzbeckiego stołu, najpopularniejsze i chyba najsmaczniejsze danie miejscowej kuchni. Zamówić musicie go koniecznie już przy pierwszej nadarzającej się okazji, bo cieszy się dużą popularnością i późnym popołudniem może go w restauracjach zabraknąć. Do tego jego przygotowanie jest bardzo czasochłonne (mnie w warunkach domowych zajmuje to ok. 3 godzin), więc niektóre lokale nie umieszczają tego dania w menu.

A czym tak właściwie jest płow? To ryż w towarzystwie baraniny (lub innego tłustego mięsa), z dodatkiem marchewki, cebuli, cieciorki i przypraw: kuminu, kolendry, kurkumy, berberysu, mielonej papryki oraz (niekiedy) rodzynek. Sekretem dobrego płowu jest to, że ryż gotuje się na wywarze z mięsa i warzyw - dzięki temu zyskuje niesamowity smak i aromat. Oczywiście sposobów gotowania i doprawiana płowu jest tyle, ile uzbeckich gospodyń domowych. Możecie trafić na wersje uboższe (ryż, marchewka, mięso) i bogatsze (wszystkie wymienione składniki). Na pewno warto tego dania spróbować w kilku miejscach i w kilku odsłonach.

Płow "weselny" - zdecydowanie najpyszniejszy i najbardziej bogaty w składniki i przyprawy.
Manty - to uzbecka wersja chinkali, jednak w przeciwieństwie do gruzińskich pierożków nie mają w środku rosołu. Różnią się również kształtem, grubością ciasta (ciasto na manty jest niemal przeźroczyste, cienkie jak pergamin) i sposobem przyrządzania (gotuje się je w specjalnym kilkupoziomowym garnku, który po rosyjsku nazywa się matywarką albo mantysznicą).

Manty z mięsem.
Manty najczęściej spotyka się w wersji mięsnej (faszerowane wołowiną, z dodatkiem cebuli i przypraw). Warto też spróbować pierożków z dynią, są wyśmienite. Do tego dania podawany jest zwykle sos ze świeżych pomidorów i ziół z dodatkiem czosnku.

Manty z mięsem (po lewej) oraz z dynią (po prawej).
Łagman - numer 3 na liście najciekawszych uzbeckich dań. Trochę przypomina spaghetti, ale jest zdecydowanie bardziej tłusty. W skład dania wchodzi drobny makaron domowej roboty i niewielkie kawałki mięsa duszone z warzywami (m. in. papryką, cebulą, marchewką, pomidorami, kapustą, ziemniakami czy rzodkwią - kombinacji jest dużo). Danie (niestety) pływa w tłustym sosie, ale jest bardzo smaczne. Nie brakuje w nim uzbeckich przypraw. Czasami podawane jest z jajkiem (w postaci cieniutkich "wstążeczek"). Występuje w dwóch postaciach - jako danie główne lub zupa (wtedy sos zastępuje bulion). 

Łagman z jajkiem.
Naryn - to danie przenosi nas na stepy położonego niedaleko Kirgistanu. Dlaczego? Bo jednym z głównych składników diety koczowniczych ludów z tych terenów od wieków była konina. To ona jest podstawą narynu. Przygotowuje się go z cienkiego makaronu domowej roboty wymieszanego z drobniutkimi kawałkami koniny z dodatkiem cebuli i świeżo zmielonego pieprzu. Do dania podaje się gorący bulion i często większy kawałek mięsa. Sam makaron jest zimny (przynajmniej my na taki trafiliśmy), więc najwygodniej jest go jeść wymieszany z bulionem. 

Naryn.
Ciekawostek kulinarnych związanych z koniną jest w Uzbekistanie więcej. W sklepach można znaleźć np. suchariki o smaku koniny. (Suchariki to popularne w Rosji i krajach poradzieckich grzanki o różnych, czasami bardzo oryginalnych smakach - mój faworyt to smak mięsnej galaretki). Na bazarach i przydrożnych stoiskach bez problemu można też kupić kumys - napój alkoholowy robiony najczęściej z mleka klaczy, popularny wśród ludów środkowej Azji (m. in. w Kirgistanie, Mongolii czy Kazachstanie).

Dimljama - to potrawka z duszonego mięsa i warzyw. W jej skład (oprócz kawałków wołowiny bez kości) wchodzą m. in. ziemniaki, bakłażany, marchewka, cebula, kapusta, papryka i pomidory. My mieliśmy okazję próbować wersji z dynią. Charakterystyczne dla tego dania jest to, że wszystkie składniki lądują w garnku pokrojone w spore kawałki. 

Szaszłyki i kebaby - podobnie jak na Kaukazie, w Uzbekistanie to danie również znajdziemy wszędzie. Jednak o ile np. w Gruzji można trzymać się zasady, że szaszłyki przygotowuje się z kawałków mięsa, a kebaby - z mięsa mielonego, w Uzbekistanie sprawa nie jest taka prosta. Czasami w menu rodzajów kebabów jest tyle, że nie wiadomo, co się tak naprawdę dostanie (mogą to być np. kawałki grillowanej baraniny z kością), więc najlepiej dopytać o szczegóły przy składaniu zamówienia. Co ciekawe, szaszłyk i kebab to często najtańsze dania w karcie - bywają bowiem niewielkich rozmiarów (więc  zamiast jednego trzeba zamówić trzy) i podaje się je praktycznie bez dodatków, posypane świeżą cebulą.

Obiad w samarkandzkiej czajchanie niedaleko miejskiego bazaru. Kebab, lepioszka, sałatka i zielona herbata.
Kuchnia uzbecka raczej nie przypadnie do gustu wegetarianom. Większość dań dostępnych w restauracjach jest mięsna i do tego bardzo tłusta. Dominuje wołowina, dużo tańsza niż w Polsce. Można też zjeść potrawy z baraniny czy drobiu. My próbowaliśmy np. czachobili - kawałków kurczaka w pomidorowym sosie, z dodatkiem cebuli, czosnku, kolendry i innych przypraw (danie co prawda kaukaskie, ale kilka razy pojawiło się w menu).

A propos menu, w mniejszych lokalach możemy go nie znaleźć. Zamiast tego na ścianie będzie wisiał plakat ze zdjęciami oferowanych potraw. To całkiem wygodne rozwiązanie, zwłaszcza, jeśli nie znamy języka rosyjskiego. Gorzej, jeśli w czajchanie nie ma karty dań w żadnej postaci (nawet tej piktograficznej). Wtedy należy po prostu zapytać, co można zjeść. Nie zdziwcie się, jeśli właścicielka albo kelnerka zaprowadzi Was do kuchni i pokaże, co możecie zamówić. Ja z takiego rozwiązania korzystałam dwa razy. Dzięki temu możecie też rzucić okiem, w jakich warunkach przygotowane jest wasze jedzenie. :)

Czachobili
Zupy - to zdecydowanie słaba strona uzbeckiej kuchni. Wszystkie zupy, których próbowaliśmy były wodniste, tłuste i nijakie. Obronił się tylko łagman w wersji "płynnej" i rosyjska soljanka. 

Przystawki - bakłażany, bakłażany i jeszcze raz bakłażany. Pod tym względem Uzbekistan nie zawodzi. Jak zwykle są genialne, i to w każdym wydaniu - smażone, zapiekane z serem, w sałatkach. Tych ostatnich w kartach dań również nie brakuje. Nawet w najmniejszych czajchanach można dostać popularną również na Kaukazie sałatkę ze świeżych pomidorów i ogórków, czyli (jak mawia mój paputczik mięsożerca) "kupkę warzyw z zieleniną".

Pyszna przystawka z bakłażanów z sosem pomidorowym.

Lepioszki - czyli uzbeckie pieczywo, znacznie bardziej popularne i dużo smaczniejsze, niż chleb w bochenkach (taki mieliśmy okazję jeść tylko w pociągu). W każdym regionie Uzbekistanu lepioszka ma inny kształt i inaczej smakuje. Najlepszą podobno wypieka się w Samarkandzie - o jej wyjątkowym smaku krążą legendy.

Uzbeckie lepioszki.
Lepioszki charakteryzuje piękny złoty kolor i różnorodne wzorki na powierzchni ciasta, które robi się specjalnym "stemplem". Często środek posypuje się kilkoma ziarnami czarnuszki (dodają one pieczywu przyjemnego aromatu i są pyszne).

"Stempel" do  lepioszki (w wersji "dla turystów", normalnie nie ma żadnych zdobień).
Lepioszki wypieka się w specjalnym glinianym piecu (ros. tandyr), przyklejone do jego ścianek. Taki piec często jest "mobilny" - umieszcza się go na wózku i "parkuje" pod sklepem, w okolicach bazaru,albo gdzieś w centrum miasta (dzięki temu świeżą, jeszcze ciepłą lepioszkę mieliśmy okazję kupić np. spacerując wieczorem po Bucharze). 

Tandyr - piec do wypiekania lepioszki.
W tego typu piecach wypieka się jeszcze jedną popularną uzbecką przekąskę - samsę, czyli odpowiednik rosyjskiego pirożka. Jest to całkiem smaczna bułeczka z mięsnym farszem. Można ją kupić na każdym kroku. Najlepiej smakuje na ciepło. 

Czas zamówić coś do picia! Pod ty względem w Uzbekistanie króluje herbata, najczęściej zielona, bez cukru. Podaje się ją w małych czajniczkach, a pije z niewielkich miseczek, czyli tzw. pijałek. Taki zestaw do herbaty to jedna z rzeczy, które warto sobie z Uzbekistanu przywieźć. Naczynia są pięknie zdobione i ręcznie malowane, nie ma dwóch takich samych pijał, każda jest unikalna.

Ręcznie malowane uzbeckie naczynia. 
Z piciem herbaty wiążą się oczywiście określone rytuały. Zgodnie z tradycją żeby lepiej się zaparzyła i wymieszała, przed podaniem należy najpierw dwukrotnie napełnić nią jedną z pijałek, po czym wlać napój z powrotem do czajniczka, a następnie nalać go po raz trzeci i dopiero wtedy pić. Ważne też, aby nigdy nie podawać gościom pijałki wypełnionej herbatą po brzegi. Z dobrym tonie jest, aby napełnić ją do połowy - w ten sposób okazujemy szacunek osobie, którą częstujemy.

Herbata w Uzbekistanie jest bardzo tania. W czajchanach można ją dostać już za 1000 sumów (czyli ok. 85 groszy) za czajnik. Wszystkie dodatki, np. cukier czy cytryna, są dodatkowo płatne. (Co ciekawe, cytryna potrafi podbić cenę herbaty nawet 5-6-krotnie, Uzbecy importują cytrusy z innych krajów, więc są one dosyć drogie). Na pewno warto spróbować herbaty z przyprawami, np. z kuminem i kurkumą, albo z cukrem i cynamonem.

Pyszna herbata z dodatkiem kuminu, a do tego słodka uzbecka chałwa.
A co do herbaty? Na pewno uzbecka chałwa, która pod względem konsystencji trochę przypomina nasze krówki (te kruche), jest diabelnie słodka i pyszna. Można też skusić się na suszone owoce lub świeże melony (Uzbecy twierdzą, że najlepsze na całym świecie). 

Wybór suszonych owoców na bazarach jest naprawdę duży.
I jeszcze jedna przekąska, której obowiązkowo należy spróbować - orzeszki ziemne w cukrze (albo w sezamie - jeszcze smaczniejsze), czyli uzbeckie m&m'sy. ;)

Orzeszki ziemne w cukrze.
Dla uzależnionych od kawy mam smutną wiadomość. W Uzbekistanie nie jest zbyt popularna, nawet w restauracjach. Jeśli w menu widnieje po prostu pozycja "kawa", bardzo często jest to napój 3w1 z ogromną ilością cukru. Kawę z ekspresu można dostać w lokalach typowo turystycznych i trochę trzeba się nachodzić, żeby ją znaleźć.

Uzbecy (jak to muzułmanie) nie piją też zbyt dużo alkoholu. A że nie są smakoszami, nie mają się w tej materii czym pochwalić. Do najpopularniejszych piw należą Sarbast (robiony przez UzCarlsberg) i Pulsar (piwo na jakiejś czeskiej licencji, z piwem czeskim niemające nic wspólnego) - oba bardzo przeciętne, można je wypić, jeśli są dobrze schłodzone. Jest jeszcze kilka innych miejscowych marek, ale nie warto o nich wspominać. Wino też Uzbekom nie za bardzo wychodzi. Jest zdecydowanie przesłodzone i ciężkie. 

Na koniec jeszcze kilka słów o tym, co nadaje życiu smak - o ziołach i przyprawach. Stoiska na uzbeckich bazarach wręcz uginają się pod ich ciężarem. W kuchni najważniejszą rolę odgrywają kumin (zira) i kolendra (kinza). Składnikiem wielu dań są też mielona papryka, chilli i kurkuma. Z ciekawszych przypraw warto wspomnieć jeszcze o anyżu, czarnuszce, berberysie i szafranie. Na bazarach można też dostać gotowe mieszanki przypraw do wybranych dań - handlarze przygotują je dla nas na miejscu. 

Bazar Czorsu w Taszkiencie.
To, czego zabrakło mi w Uzbekistanie to porządna książka kucharska z przepisami uzbeckiej kuchni. W żadnej z 4 największych księgarni w Taszkiencie nic ciekawego na temat gotowania nie znalazłam. Dopiero w Samarkandzie udało mi się upolować niewielką broszurkę o tradycyjnych uzbeckich daniach. Jeśli jesteście zainteresowani przepisem na któreś z nich, znajdziecie mnie na Facebooku. Smacznego! :)

"Uzbecka kuchnia. Legendy, tradycje i obyczaje"

piątek, 25 września 2015

Czego NIE trzeba się bać w Uzbekistanie - zapiski z podróży (cz. 1)

Kiedy mówiłam komuś „niewtajemniczonemu”, że wybieram się do Uzbekistanu, reakcja bardzo często sprowadzała się do pytania: „A nie boisz się tam jechać?”. Na początku reagowałam delikatnym rozbawieniem i tłumaczyłam, że nie ma się czego bać. Na twarzy mojego rozmówcy nadal jednak rysowało się niedowierzanie. Jego spojrzenie mówiło: „Po cholerę chcesz jechać w ten trzeci świat, przecież tam nie ma niczego ciekawego”.

Co innego, gdy miałam do czynienia z ludźmi, którzy na podobnych podróżach zdarli sobie buty i zamiast po Polach Elizejskich woleli spacerować po Alei Rustawelego. Oni to rozumieli. Pewnie chętnie by się przyłączyli, ale w tym roku w planach mieli Pamir, Bajkał, Azerbejdżan...

Samarkanda - najbardziej "turystyczne" miasto Uzbekistanu.

Tyle, że takich ludzi było bardzo mało. Mało było też podróżników/turystów, których spotkaliśmy podczas dwutygodniowego pobytu w Uzbekistanie. Spacerując wokół zdobionych niebieską ceramiczną płytką przepięknych medres i minaretów, sącząc herbatę w małych klimatycznych czajchanach czy z zawrotną prędkością przemierzając dżipami dno dawnego Morza Aralskiego zastanawialiśmy się, dlaczego do tej pory tak mało ludzi odkryło ten kraj.

Powody są dwa (a właściwie jeden) - wiele osób nic o Uzbekistanie nie wie, a przez to trochę obawia się podróżować w to miejsce. Niesłusznie. Uzbekistanu bać się nie trzeba, chociaż warto przygotować się psychicznie na spotkanie z zupełnie inną rzeczywistością społeczno-polityczną. :)

Czego NIE trzeba się bać w Uzbekistanie


Fundamentalizm islamski i terroryzm – Uzbekistan to nie Afganistan i mimo, że graniczy z tym krajem, a większość Uzbeków to wyznawcy islamu, władza państwowa ma charakter świecki i skutecznie zwalcza wpływy fundamentalistycznych ruchów religijnych. Prawnie zabronione jest np. wygłaszane przez muezina z minaretu wezwania do modlitwy. Sami Uzbecy do kwestii religii podchodzą dosyć liberalnie. Kobieta może w tym kraju czuć się bezpiecznie, nawet podróżując w pojedynkę (moim zdaniem zawsze jednak warto znaleźć sobie chociaż jednego paputczika). Jeśli chodzi o terroryzm, Uzbekistan jest o wiele bezpieczniejszy niż Turcja czy Egipt, gdzie co roku ściągają miliony turystów.

Minaret Kaljan, Buchara.
Dyktatura, biurokracja, formalności – Od 1991 roku w Uzbekistanie niepodzielnie rządzi prezydent Islom Karimov. Demokracja i prawa człowieka to w tym kraju pojęcia martwe. Uzbecy o władzy i polityce rozmawiają niechętnie i nigdy publicznie nie wygłaszają krytycznych opinii. Długotrwała i dosyć kosztowna procedura wizowa (70 dolarów za wizę 15-dniową + 40 dolarów za voucher turystyczny), obowiązek meldunkowy i duża liczba milicjantów, których zadaniem jest kontrola wszystkiego i wszystkich może zniechęcać do odwiedzenia tego kraju.

Niesłusznie, bo z roku na rok sytuacja (przynajmniej z punktu widzenia turystów) poprawia się. Nie ma się co oszukiwać – kontrole nadal zdarzają się na każdym kroku (w metrze, w muzeach, przy drogach), ale milicjanci nie wydają się jakoś szczególnie przykładać do swojej pracy. Z zaciekawieniem przeglądają zagraniczny paszport, pytają, jak się nam podoba w Uzbekistanie, czasem zajrzą do plecaka i przejrzą zdjęcia w przewodniku. Do turystów odnoszą się raczej obojętnie. Jeśli tylko nie robimy zdjęć obiektom strategicznym (np. Amu-Darii na granicy uzbecko-afgańskiej czy wnętrzom stacji metra), nie mamy się czego obawiać.

Konspiracyjne, robione z ukrycia zdjęcie taszkienckiego metra.
Uzbekistan słynie z bardzo restrykcyjnego obowiązku meldunkowego. Każdy nocleg spędzony w tym kraju musi być udokumentowany rejestracją w hotelu lub biletem kolejowym (dla osób podróżujących rowerami sprawa jest nieco łatwiejsza – muszą meldować się w hotelach raz na 3-4 dni). Tyle tylko, że nikt małych karteczek z meldunkiem powciskanych we wszystkie zakamarki paszportu nie sprawdza. Tak przynajmniej było w naszym przypadku. No ale trzeba je kolekcjonować i na wszelki wypadek zawsze trzymać przy sobie.

Karteczki z meldunkami i bilety kolejowe, które kolekcjonowaliśmy przez całą podróż.
Kradzieże i łapówki – Niewyobrażalna liczba ubranych w zielone mundury milicjantów patrolujących ulice uzbeckich miast w połączeniu z surowym prawem sprawia, że osoby podróżujące po kraju mogą czuć się całkiem bezpiecznie (pod tym względem Uzbekistan bije na głowę Europę). Nocą jedynym zagrożeniem dla turystów są otwarte studzienki kanalizacyjne, głębokie na pół metra rynsztoki i wielkie dziury w chodniku.  Milicjanci łapówek na turystach nie wymuszają (piszę to na podstawie własnego doświadczenia), chociaż niektórzy lubią sobie dorobić na boku. Dotyczy to funkcjonariuszy, ochraniających najważniejsze zabytki, którzy mogą zaproponować Wam „sprzedaż” biletu wstępu z pominięciem oficjalnej kasy (po cenie identycznej, co oficjalna).

Głębokie rynsztoki, wysokie krawężniki i otwarte studzienki kanalizacyjne to największe niebezpieczeństwo uzbeckich miast.
Higiena i warunki sanitarne – Z tym w Uzbekistanie jest średnio. Co prawda kuchnie w czajchanach (uzbeckich kawiarniach, gdzie można nie tylko wypić herbatę, ale też zjeść obiad) nie spełniają zbyt wielu norm sanitarnych, podobnie jak stoiska z mięsem (u rzeźnika można np. nie tylko kupić kawał wołowiny, ale też wymienić dolary po czarnorynkowym kursie), a w publicznych toaletach często brakuje mydła (albo leży w nich jakieś smutne mydło w kostce, które w ogóle się nie pieni, za to świetnie roznosi bakterie), jednak jedzenie zwykle jest świeże i smaczne. Aby uniknąć problemów wystarczy przestrzegać elementarnych zasad, np. unikać opustoszałych lokali i jeść tam, gdzie jest dużo miejscowych. Duży ruch to gwarancja, że serwowane dania będą świeże. Warto nosić ze sobą mokre chusteczki, mydło i żel antybakteryjny, bo nie zawsze jest okazja umyć ręce przed jedzeniem. 

Stoisko z mięsem na bazarze w Chiwie.

sobota, 15 sierpnia 2015

Czeski "topielec" - idealny do piwa

Utopenec (czyli po polsku pływak, chociaż ja wolę nazywać go topielcem) to obok marynowanego hermelina jedna z najpopularniejszych przekąsek serwowanych do piwa. Można go zamówić w niemal każdej gospodzie.

Jest to danie bardzo proste i niezwykle smaczne. Jego sekret tkwi w špekáčku - niewielkiej kiełbasce wieprzowo-wołowej z dodatkiem słoniny, przyprawionej czosnkiem, pieprzem i gałką muszkatołową. Na taki rodzaj wędliny nie natrafiłam nigdzie w Polsce. Trochę przypomina nasze serdelki, jest jednak dużo smaczniejsza, bardziej tłusta, soczysta i syta. To zasługa boczku, którego kawałki widać doskonale po przekrojeniu špekáčka. 

Špekáček po raz pierwszy pojawił się w Czechach pod koniec XIX wieku. W tej chwili wędlina należy do produktów chronionych w Unii Europejskiej ze względu na tradycyjny sposób produkcji i skład. 

Jak już wspomniałam, špekáček marynowany w pikantnej zalewie octowej z dodatkiem dużej ilości cebuli nazywany jest utopencem. Jeśli nie próbowaliście tego dania, powinniście to zrobić przy okazji kolejnej wizyty w Czechach. Możecie też samemu spróbować odtworzyć smak tej przekąski. Na pewno nie uda się to w 100% - trudno będzie znaleźć godny zamiennik dla czeskiego špekáčka - niemniej jednak tak czy tak powstanie bardzo smaczna przekąska, która sprawi, że choć przez chwilę poczujecie się tak, jakbyście siedzieli przy piwie w jakiejś niewielkiej czeskiej gospodzie. 

Jak przygotować domowe utopence

Składniki:

- 0,75-1 kg szpekaczki/serdelków
- 2 cebule
- połowa czerwonej papryki
- papryczki pepperoni/chilli

Zalewa:

- 0,4 l octu
- 0,6 l wody
- 1 łyżka soli
- 3 łyżki cukru
- 1 łyżka oleju
- 3-4 listki laurowe
- kilka ziarenek ziela angielskiego
- 1 łyżeczka czarnego ziarnistego pieprzu

Przygotowanie:

Należy rozpocząć od przygotowania zalewy. Wszystkie składniki zagotować i trzymać na ogniu ok. 5 minut. Następnie odstawić do wychłodzenia.

Cebulę pokroić na cienkie piórka, a paprykę na wąskie paseczki. Serdelki naciąć wzdłuż na tyle głęboko, aby w powstałe zagłębienie włożyć cebulę i paprykę. Tak przygotowane dosyć ciasno ułożyć w dużym słoiku. Wrzucić do niego ostre papryczki i zalać ostudzoną zalewą. Słoik dobrze zamknąć i odstawić do lodówki na minimum tydzień.

Utopence najczęściej podaje się z chlebem (najlepiej z dodatkiem kminku - w Czechach taki chleb jest bardzo popularny, u nas spotyka się go rzadziej). Pełnię ich smaku wydobędzie kufel dobrze schłodzonego piwa. Smacznego! :)



Nie opierać się o drzwi!

Ci z Was, którzy często podróżują metrem na pewno rozpoznali ten komunikat. Można go zobaczyć na drzwiach każdego wagonu podziemnej kolejki, niezależnie od tego, w jakim mieście czy kraju akurat się znajdujemy. Zastanawialiście się, jak "nie opierać się o drzwi" wygląda w innych językach i alfabetach?

Warszawa
 

Tbilisi - ნუ მიმყრდნობით
 

Erywań - Չհենվել

Moskwa - не прислоняться

Mińsk - не прислоняться

Taszkent - iltimos suyanmangiz



I jeszcze mały słowniczek dla tych, którzy tak jak ja lubią kolekcjonować przejazdy metrem w różnych miastach świata. :)

Praga - Neopírejte se o dveře
Waszyngton - Do not lean on door

Jeśli znacie ten komunikat w innych językach lub chcecie poprawić moje tłumaczenia piszcie w komentarzach.

środa, 12 sierpnia 2015

O gruzińskiej gościnności

W plebiscycie na najbardziej gościnny i otwarty naród Gruzini z pewnością zajęliby jedno z czołowych miejsc. Wystarczy odwiedzić ten kraj, by przekonać się na własnej skórze, że pozytywny stereotyp o gruzińskiej gościnności znajduje swoje odzwierciedlenie w praktyce. Na potwierdzenie kilka opowieści z ubiegłorocznej wyprawy.

Obrazek nr 1

Pierwszy wieczór w Gruzji. Przyjeżdżamy do oddalonego o kilkanaście km od lotniska w Kutaisi miasteczka Samtredia. Kierowcy taksówki mówimy, że chcemy coś zjeść zanim wyruszymy na dworzec i udamy się pociągiem do Tbilisi. Mówi, że zna dobre miejsce.

Zajeżdżamy pod gospodę. Wysiadamy i zaczynamy ściągać plecaki z dachu samochodu. Kierowca protestuje, wciska nam kluczyki od swojego auta do rąk, po czym wchodzi do gospody i po chwili odsłania zasłony w jednym z okien. Okazuje się, że zaparkował tak, abyśmy mogli mieć oko na cały nasz dobytek. Kluczyków nie chce przyjąć z powrotem. Razem z właścicielką gospody organizuje dla nas prawdziwą gruzińską biesiadę. Po kilku godzinach cierpliwego czekania odwozi nas na dworzec kolejowy. Wjeżdża samochodem na peron, żebyśmy nie musieli dźwigać plecaków. Pobyt w Gruzji zaczyna się wspaniale:)


Obrazek nr 2

Tristana poznajemy trzeciego dnia naszego pobytu w Gruzji. Jest naszym kierowcą, ma nas zabrać do położonej w górach z dala od cywilizacji wioski Szatili. Tristan jest bardzo rozmowny, już na samym początku łapiemy dobry kontakt (mówimy po rosyjsku, więc nie ma z tym problemu). Opowiada, że na trasie do Szatili ma daczę, więc konieczne musimy wpaść do niego na kawę i poznać jego rodzinę, która spędza tam urlop.

Na początku nie dociera do nas, że to zaproszenie. Oglądamy mijane widoki, a tymczasem Tristan rozmawia z kimś przez komórkę. Mówi po gruzińsku, więc nie mamy pojęcia, o co chodzi. Po chwili nasz kierowca pyta, jaką kawę pijemy. Mówi, że na daczy zabrakło rozpuszczalnej, więc będzie musiał zatrzymać się i skoczyć do sklepu. Jesteśmy trochę zaskoczeni, próbujemy przekonać go, żeby nie robił sobie dla nas kłopotu, że chętnie napijemy się sypanej kawy, ale nie ustępuje. Jego gościom nie może niczego zabraknąć.

Po godzinie dojeżdżamy na daczę Tristana. Wita nas cała trzypokoleniowa gruzińska rodzina. Gospodyni z uśmiechem zaprasza nas do domu, w którym panuje przyjemny chłód. Stół zastawiony jest smakołykami - domowe ciasto, owoce z sadu, kawa po turecku (w Armenii będziemy nazywać ją kawą po ormiańsku) i przepyszne domowe wino.


Przy stole toczy się rozmowa w 4 językach: polskim, gruzińskim, angielskim i rosyjskim. Świetnie się czujemy w towarzystwie tych dopiero co poznanych ludzi. Żona Tristana nie mówi po rosyjsku, jest nauczycielką angielskiego i opowiada o tym, jak żyje się w Gruzji. Siostra naszego kierowcy to dentystka. Mieszka w Moskwie, ale każdy urlop wykorzystuje, by odwiedzić ojczyznę i brata. Gruzini to bardzo rodzinny naród, lubią spędzać czas z bliskimi, a w potrzebie nigdy nie odmawiają im pomocy, nawet jeśli łączący ich stopień pokrewieństwa jest odległy i nie widzieli się z nimi wiele lat. Tego z pewnością możemy im pozazdrościć.

Z rodziną Tristana spędzamy około godziny. Niestety, musimy jechać dalej. W podziękowaniu za ciepłe przyjęcie wręczamy gospodyni kilka upominków z Polski. Ona odwdzięcza nam się domowym winem i owocami. Na odchodne wręcza mi jeszcze pyszną śliwkową konfiturę suszoną na słońcu. Tristan mówi, że nazywają ją potocznie "kawałkiem szmaty" (кусок тряпки), bo rzeczywiście tak wygląda. Ale jest pyszna.


Epilog: Z rodziną Tristana spotykamy się też w drodze powrotnej z Szatili. Nasz kierowca organizuje dla czterech członków naszej ekipy rafting. Do naszych przyjaciół dołączają dzieci Tristana. Wesoła polsko-gruzińska ekipa przebywa część trasy Szatili-Tbilisi na pontonach. My ścigamy ich busem i robimy zdjęcia. 


Obrazek nr 3

Wędrujemy z Szatili do Muco. Przed nami grubo ponad 10 km marszu w jedną stronę. Pierwszym przystankiem jest Anatorii - wioska przeklętych. Znajdują się tam masowe groby ofiar epidemii (cholery, dżumy? dokładnie nie wiadomo), która dotknęła te tereny jakieś 100 lat temu. Anatorii było miejscem, gdzie chorzy udawali się dobrowolnie, by nie zarazić pozostałych mieszkańców wioski i umrzeć w odosobnieniu. Do dziś w zbudowanych z łupków grobowcach można znaleźć szczątki ofiar zarazy.


Miejsce to zapadło nam w pamięć nie tylko z uwagi na swój makabryczny charakter, ale też dzięki ludziom, których tam spotkaliśmy. Była to dosyć nietypowa gruzińska rodzina - dwóch mężczyzn (braci, kuzynów?) z okolic Tbilisi, podróżujących ze swoimi córkami. Mężczyźni podawali się za emerytowanych policjantów. Wesoło przywitali się z nami i zapytali, skąd jesteśmy. Po chwili przed nami pojawiła się butelka domowej czaczy i dwa plastikowe kubeczki.

Alkohol był niesamowicie mocny, ale przy tym bardzo dobry. Zaczęliśmy rozmawiać (z mężczyznami po rosyjsku, z dziewczętami po angielsku - młode pokolenie Gruzinów rosyjskiego nie zna) i wznosić toasty - raz za Polskę (Gaumardżos Poloneti!), raz za Gruzję (Gaumardżos Sakartwelo!). Wesoła biesiada trwała jakieś pół godziny. Z uwagi na upał mocny alkohol powoli zaczął uderzać nam do głowy, więc postanowiliśmy ruszyć dalej. Nie obyło się oczywiście bez uścisków na pożegnanie. Gruzini wycałowali naszych chłopaków i solidnie waląc ich po piersi nazwali swoimi braćmi.

Obrazek nr 4

Ostatni dzień naszego pobytu w Gruzji. Wynajmujemy taksówkę, która ma nas zawieźć do klasztoru Galeti, a potem do miejscowości Chiatura, która słynie z tego, że za transport miejski służą tam kolejki górskie. Nasz kierowca jak na Gruzina przystało, jest bardzo rozmowny. Bez problemu zabiera do samochodu 5 pasażerów. W czwórkę ściskamy się na tylnym siedzeniu i ruszamy w drogę. Po chwili kierowca zatrzymuje się na poboczu, pyta, jakie wino lubimy bardziej - czerwone czy białe, po czym wysiada z taksówki i wchodzi w bramę jakiegoś domu. Nie ma go ok. 10 minut. Zastanawiamy się, co jest grane, ale nie jesteśmy zaniepokojeni. Przyzwyczailiśmy się do tego, jesteśmy na Kaukazie już 3 tygodnie.

Po chwili kierowca wyłania się z bramy. W rękach niesie 5 dużych plastikowych butelek wypełnionych czerwonym płynem. Myślę sobie, że na oko wygląda to jak domowe wytrawne. I mam rację. Wino to prezent od niego, chce umilić nam podróż. Tak zaczyna się biesiada w taksówce. Popijamy wino i rozmawiamy. Kierowca co jakiś czas pociąga mały łyk, ale nikogo to nie martwi. Nauczyliśmy się ufać gruzińskim kierowcom. Może i jeżdżą po górskich drogach rozmawiając przez dwie komórki jednocześnie i nie trzymając ani jednej ręki na kierownicy, ale wydaje się, że mimo to wszystko mają pod kontrolą.

***

Takich wspomnień z Gruzji mamy dużo więcej. Nie sposób wymienić wszystkich przypadków, kiedy byliśmy czymś częstowani (przemiła Gruzinka, którą poznaliśmy w samolocie do Kutaisi, kiedy dowiedziała się, że jesteśmy z Torunia upierała się, żeby poczęstować nas przywiezionymi z Polski toruńskimi piernikami), czy dokądś podwożeni (najmilej wspominamy prawosławnego batiuszkę, który wziął mnie i kolegę na stopa, kiedy zgubiliśmy się w okolicach Kutaisi i odwiózł nas do miasta). Gruzini zawsze byli dla nas niezwykle serdeczni i nigdy (oprócz jednego małego wyjątku) nie próbowali nas oszukać czy naciągnąć. Gaumardżos Sakartwelo:) 


niedziela, 9 sierpnia 2015

Łukaszenka - portret polityczny

Kiedy Alaksandr Łukaszenka został prezydentem Białorusi miałam 5 lat i za kilka miesięcy miałam iść do przedszkola. Był nim nadal, kiedy kończyłam podstawówkę, zdawałam maturę, kończyłam studia i znalazłam pierwszą pracę. Od zaprzysiężenia pierwszego wybranego w wyborach powszechnych prezydenta niepodległej Białorusi minęło ponad 21 lat, a Łukaszenka nadal piastuje ten urząd. W tym czasie w Polsce prezydentów mieliśmy aż 5 (wliczając najnowszego). W Czechach i USA było ich 3, a we Francji 4. Nawet w Rosji głowa państwa od 1994 roku zmieniała się trzykrotnie (chociaż 2 razy sięgał po to stanowisko jeden człowiek). Tymczasem na Białorusi Łukaszenka ciągle sprawuje niepodzielną władzę.

Jak to się stało, że zaledwie kilka lat po odzyskaniu niepodległości i wyzwoleniu się spod wpływów Rosji Białorusini wybrali na prezydenta człowieka, będącego ikoną starego systemu, który zawrócił ich kraj z drogi demokratycznych przemian i zamienił w ostatni bastion autorytaryzmu w Europie? Na to pytanie odpowiada Andrzej Poczobut w swojej książce "System Białoruś". Reportaż ukazał się w 2013 roku nakładem Wydawnictwa Helion. 


Reportaż Andrzeja Poczobuta to wstęp do wiedzy o współczesnej Białorusi. Dla osób, które dopiero zaczynają interesować się tym krajem stanowić będzie solidną podstawę do dalszej lektury, a dla wszystkich bardziej zorientowanych w tej problematyce będzie dobrym i potrzebnym uzupełnieniem informacji na temat białoruskiej sceny politycznej lat 90.

Książka podzielona jest na trzy części. Pierwsza to szczegółowy opis drogi Alaksandra Łukaszenki do przejęcia i utrzymania władzy na Białorusi oraz pierwszych lat jego prezydentury. Na tle bogatego materiału faktograficznego autor książki rysuje wnikliwy portret psychologiczny prezydenta-dyktatora. Próbuje także wyjaśnić, w jaki sposób wykorzystując populistyczne hasła udało mu się z nikomu nieznanego szefa kołchozu i działacza partii komunistycznej przekształcić w najważniejszą osobę w państwie.

Część drugą reportażu Andrzej Poczobut poświęca charakterystyce systemu Białoruś, opartego na trzech filarach, którymi są chleb, show i strach. Autor obala mit białoruskiego cudu gospodarczego, pisze o mediach oraz systemie propagandy państwowej, a także o represjach, jakie dotykają przedstawicieli opozycji.

Ostatnia część poświęcona jest realiom życia na Białorusi. W reportażu możemy znaleźć relacje osób z różnych środowisk, które opowiadają o swoich codziennych problemach, rozczarowaniu nową władzą i sposobach na przetrwanie w "systemie". Trochę szkoda, że autor poświęcił na tę część zaledwie 30 stron. Białoruska codzienność nie jest jednak głównym przedmiotem jego dociekań. W centrum zainteresowania stoi polityka. Andrzej Poczobut stara się przybliżyć nam postać przywódcy, który przejął kurs polityczny ZSRR na długo przed Władimirem Putinem i zbudował w demokratyzującej się Europie Środkowo-Wschodniej państwo autorytarne.

Andrzej Poczobut jest realistą. Nie przewiduje rychłego upadku stworzonego przez Łukaszenkę systemu, gwałtownych protestów społecznych, białoruskiego majdanu. Z jego analizy wynika, że dyktatura za naszą wschodnią granicą ma się dobrze, a jej najsłabszym ogniwem jest gospodarka. Na pytanie, czy i kiedy autorytarna Białoruś podzieli swojego ideologicznego poprzednika - Związku Radzieckiego jednoznacznej odpowiedzi udzielić się nie da.

środa, 5 sierpnia 2015

7 rzeczy, które warto wiedzieć o chinkali

1. Chinkali to delikatne i soczyste pierożki w kształcie sakiewek - jedno z najpopularniejszych dań kuchni kaukaskiej i zdecydowanie pierwsza rzecz, której należy spróbować będąc w Gruzji. 

2. Najbardziej popularne są chinkali z mięsem (czyli mieszanką mielonej baraniny, wołowiny i wieprzowiny w różnych proporcjach i konfiguracjach, w zależności od przepisu). Można też spotkać pierożki z innym nadzieniem - ja miałam okazję próbować grzybowych i serowych ("na oko" wypełnionych słonym gruzińskim serem sulguni, w smaku przypominającym nieco nasze oscypki).

3. Sekretem niesamowitego smaku chinkali jest bulion, jaki powoli wypełnia pierożek w trakcie gotowania. Aby osiągnąć taki efekt do mięsnego farszu należy dodać sporo letniej przegotowanej wody (można ją zastąpić bulionem warzywnym, dzięki temu danie będzie miało bogatszy smak). 

4. Bardzo ważna w tym daniu jest odpowiednia kompozycja przypraw. Nie może zabraknąć typowej dla kaukaskiej kuchni kolendry. Do farszu dodaje się również pieprz, pietruszkę i dużo cebuli. Ja dodaję do mięsa również trochę cząbru i kminu rzymskiego.

5. Nie należy też zapominać o cieście. Powinno być bardzo cienkie, a jednocześnie elastyczne i aksamitne. Nie może rwać się i rozpadać - jeśli tak się zdarzy z pierożka wypłynie pyszny bulion. Aby osiągnąć odpowiednią konsystencję ciasta trzeba je wyrabiać bardzo długo, następnie odstawić na jakiś czas, a potem dobrze rozwałkować.

6. Jedzenie chinkali nożem i widelcem to profanacja. Ich nietypowy kształt sprawia, że idealnie nadają się do jedzenia rękami. Pierożka należy chwycić na końcówkę, delikatnie nadgryźć i wypić znajdujący się w środku aromatyczny bulion, a dopiero potem zabrać się za farsz. Końcówki, za które chwyta się chinkali bywają nieco twarde, więc można ich nie jeść.

7. Gruzińskie chinkali są dosyć duże. W zależności od apetytu i pojemności żołądka wystarczy 3-5 pierożków, żeby się najeść.

Przygotowanie chinkali nie jest trudne, ale trochę czasochłonne, zwłaszcza jeśli zabieramy się za to po raz pierwszy. Ale warto, ich smak wynagrodzi każdy trud. Poniżej zamieszczam przepis (nieco zmodyfikowany na podstawie własnych doświadczeń), znaleziony w książce kucharskiej, która leżała sobie na półce w Oasis Club* w Udabnie na trasie do klasztoru Dawid Garedża. 

Składniki na ok. 20 pierożków (4-5 porcji):

CIASTO
- 3 szklanki mąki tortowej + mąka do podsypania
- 1/2 łyżeczki soli
- woda (ok, 1 szklanki, w zależności od konsystencji ciasta)

FARSZ MIĘSNY
- 300g mielonej baraniny
- 150g mielonej wołowiny
- 150g mielonej wieprzowiny
- 2 cebule
- letnia przegotowana woda lub bulion
- natka pietruszki
- kolendra (w przepisach najczęściej zaleca się używanie mielonych nasion, ale można też dodać świeże/suszone liście)
- sól
- pieprz
- szczypta płatków chilli
- dodatkowo cząber, kmin rzymski, kozieradka (w niewielkich ilościach)

Przygotowanie:

Z mąki, wody i soli wyrobić ciasto. Następnie utoczyć je w wałek o średnicy ok. 4 cm i pokroić na kawałki o grubości ok. 1 cm.

Mięso zmielić razem. Dodać do niego drobno posiekaną cebulę, natkę pietruszki i pozostałe przyprawy. Wyrobić farsz, stopniowo dodając do niego wodę lub bulion (najlepiej nie ograniczać się do ilości podanej w przepisach, ja dodaję tyle płynu, ile jest w stanie wchłonąć farsz).

Kawałki ciasta rozwałkować na cienkie krążki o średnicy 15 cm. Na środek kłaść farsz (mniej więcej 1 stołową łyżkę, pamiętając, aby zostawić w pierożki trochę miejsca na bulion, który powstanie w trakcie gotowania) i formować sakiewki. Uważać, aby nie przerwać ciasta i dobrze zakleić czubek każdego pierożka. Chinkali gotować w osolonej wrzącej wodzie ok. 15 minut.

Na koniec ciekawostka: podobno im więcej zakładek ma sakiewka chinkali, tym lepsza i bardziej doświadczona jest kucharka, która ją lepiła. :)


*Wypada jeszcze wspomnieć o Oasis Club. To bardzo klimatyczna restauracja (i od niedawna hostel) pośrodku niczego. Założyło ją dwoje Polaków zakochanych w Gruzji. Oferuje smaczne jedzenie, ale przede wszystkim jest oazą i idealnym miejscem odpoczynku dla wszystkich, którzy wybierają się na wycieczkę do klasztoru Dawid Garedża. No i oczywiście warto tam wpaść, żeby przywitać się z naszymi rodakami. Więcej informacji o tym miejscu można znaleźć na Facebooku.
https://www.facebook.com/davidgareji?fref=ts