niedziela, 7 sierpnia 2016

Skąd się wziął kierunek Wschód?

Na początku jest pomysł. Rodzi się na kilka miesięcy, a nawet kilka lat przed samym wyjazdem. Czytasz reportaż i nagle budzi się w tobie potrzeba, aby miejsce opisane na kartkach książki zobaczyć na własne oczy. Innym razem przeglądasz w Internecie zdjęcia i widzisz siebie w tych wszystkich niesamowitych zakątkach ziemi. Wyruszasz w pierwszą podróż i zaczyna się efekt domino, reakcja łańcuchowa.


Po pierwszym wyjeździe już wiesz, że nie przestaniesz. Po trzecim uzmysławiasz sobie, że może nie starczyć Ci życia, aby zobaczyć wszystko to, co na świecie ciekawe. Potrzebne jest jakieś kryterium selekcji. Dla jednych są to tanie loty, dla innych - motyw przewodni. W naszym przypadku stały się nim szerokie tory. W głowie narodziło się marzenie - zjeździć wszystkie kraje byłego Związku Radzieckiego.
 

Co nas podkusiło, żeby zacząć jeździć akurat tam? Trudno stwierdzić jednoznacznie. Może fakt, że na świecie nie było i nie ma tak osobliwego tworu, jakim było ZSRR - zajmujące dwa kontynenty, multikulturowe państwo, które zamieszkiwały dziesiątki narodów i grup etnicznych, przez ponad 80 lat mimo licznych antagonizmów tworzących jeden organizm. I choć organizm ten w końcu się rozpadł, pozostawił w kulturze każdego ze swoich krajów-spadkobierców swoiste piętno, zapisał się w zbiorowej tożsamości zamieszkujących je narodów. To piętno widać doskonale, spacerując po ulicach Tbilisi, Mińska, Taszkentu czy Moskwy.


Być może lubimy Wschód, bo tak różni się od otaczającej nas rzeczywistości, a jednocześnie ze względu na nasze dziedzictwo kulturowe czujemy z tą częścią świata jakąś więź? Wszak historycznie Polska nie należała do Zachodu, chociaż dzisiaj uporczywie chcemy się do niego "zaliczać". Pytanie tylko, czy rzeczywiście tak bardzo tam pasujemy?

A może jeździmy na Wschód, bo jesteśmy rusycystami, a rosyjski to do dziś lingua franca krajów byłego ZSRR? Będąc tam mamy możliwość "wyżyć się" językowo, a dodatkowo wiele rzeczy załatwić szybciej, łatwiej i taniej.
 

Wschód kochamy też za kolej i szerokie tory* - pociąg to nasz ulubiony środek transportu, a podróżowanie nim w tej części świata jest dużo przyjemniejsze, niż na Zachodzie.

No i jest jeszcze jedzenie - tak zwane dary Sojuza: uzbecki płow, gruzińskie chaczapuri i chinkali, rosyjska soljanka, białoruskie draniki oraz setki innych prostych, aromatycznych dań, których uczymy się, aby te smaki odtworzyć później we własnym domu.

Fascynacja Wschodem skrzyżowana z pasją do podróżowania, bycia w drodze, działają jak narkotyk. Z końcem każdej podróży w głowie rozpoczyna się już kolejna, na którą czeka się czasami wiele miesięcy. Całe życie podporządkowane jest wyjazdom, bo one są tego życia treścią, nadają mu niesamowity smaczek.

Co kilka miesięcy pakujemy plecaki i ruszamy przed siebie. Zwiedzamy nowe miejsca, uczymy się nowych rzeczy, przywozimy ze sobą bagaż doświadczeń, tysiące zdjęć, dziesiątki nowych smaków i ogrom wspomnień. I tak w kółko, bo przecież to nigdy nam się nie znudzi. :)

*W Rosji i pozostałych krajach byłego ZSRR rozstaw szyn jest szerszy niż w naszej części Europy i wynosi 1520 mm (w Polsce - 1435 mm).

sobota, 19 marca 2016

Tażin a la Kaukaz

O tym, że ciężko czasami pogodzić pracę z podróżami wie każdy, kto wybrał włóczenie się po świecie jako sposób na życie. Chciałoby się jeździć bez przerwy, wracać z wyprawy tylko po to, żeby chwilę odpocząć i znowu pakować plecak. Ale nie zawsze jest taka możliwość.

W takie dni jak dzisiejszy, kiedy od ostatniej podróży mija dobre pół roku, zmęczony zimą i spragniony nowych wrażeń organizm nie jest w stanie usiedzieć w miejscu. Wyjechać nie można, bo urlop jest już od dawna rozdysponowany na wszystkie tegoroczne wyprawy. Co zrobić, żeby zaspokoić pragnienie zaznania czegoś nowego? Odpowiedzią są podróże kulinarne.

Ten rodzaj podróżowania uskuteczniam w życiu już od dobrych kilku lat. Dzięki niemu portfolio krajów, w których byłam, jest naprawdę imponujące. Co prawda są to wizyty niefizyczne, ale pozwalają poczuć klimat różnych ciekawych miejsc dzięki nowym smakom.

Dziś zapraszam was w podróż do Maroka. Zainspirował mnie do niej podarowany na Gwiazdkę przepiękny tażin, czyli tradycyjny marokański gliniany garnek w kształcie stożka, bardzo często bogato zdobiony, który z pewnością jest jednym z symboli tego kraju. Co ciekawe, tażin to nie tylko nazwa naczynia, ale również jednogarnkowego dania, które się w nim przygotowuje. 

Gotowanie w tażinie jest bardzo proste. Jeśli jednak robicie to po raz pierwszy, musicie się odpowiednio przygotować. Tażin jest przeznaczony do gotowania na żywym ogniu, jednak bez problemu sprawdzi się też na kuchenkach gazowych. Ważne jednak, aby zabezpieczyć garnek przed kontaktem z płomieniem za pomocą specjalnej płytki, przewodzącej ciepło. Jeśli chodzi o kuchenki elektryczne, sama nie sprawdzałam, jednak ponoć tażin radzi sobie na nich równie dobrze.


Przed pierwszym użyciem nowy tażin warto zahartować. Najpierw należy moczyć go kilka godzin w zimnej wodzie, następnie osuszyć i wypiekać puste naczynie w piekarniku w temperaturze 160-180 stopni przez 1-2 godziny. Ten zabieg pozwoli nam ochronić garnek przed pęknięciem w styczności z wysoką temperaturą. 

Trzeba pamiętać, że tażin, choć jest naprawdę wytrzymały, nie znosi gwałtownych różnic temperatur. Nie należy zatem stawiać go na rozgrzany palnik lub do nagrzanego piekarnika, ponieważ może pęknąć. Po zakończeniu gotowania nie wolno też umieszczać go na zimnym blacie stołu, czy też zalewać zimną wodą. Skutek może być smutny.

Garnek najlepiej myć miękką gąbką w ciepłej wodzie bez użycia jakichkolwiek detergentów. Jeśli o tym zapomnimy, dania gotowane w tażinie mogą zacząć smakować jak płyn do mycia naczyń. :)

Uzbrojeni w te wszystkie ważne informacje możemy rozpocząć gotowanie. Z uwagi na to, że nie miałam okazji próbować nigdy oryginalnego marokańskiego jedzenia, konstruując przepis na poniższe danie odwołałam się do smaków dobrze znanych, licząc na dobry efekt. No i udało się. Poniższe danie to moja autorska wizja Maroka z domieszką Kaukazu. Dlaczego? Bo znalazły się w nim kolendra i bakłażany, które są jednymi z najbardziej popularnych składników kaukaskiej kuchni.

Tażin a la Kaukaz


Składniki (2-3 porcje):

- 1 duża pierś z kurczaka
- 1 średni bakłażan
- 1 cebula
- 1 duża papryka 
- 1 puszka pomidorów (w okresie wiosenno-letnim można użyć pomidorów świeżych)
- 2-3 ząbki czosnku
- oliwa
- przyprawy: kolendra (najlepiej świeża, ale nada się również suszona), płatki chilli, kurkuma, papryka słodka, szafran, berberys, kumin rzymski, sól, pieprz kolorowy
- bulion

Przygotowanie:

Kurczaka myjemy, oczyszczamy z kostek i błonek, kroimy na duże kawałki. Dodajemy do niego przyprawy oraz 1-2 łyżki oliwy. Dokładnie mieszamy i marynujemy w lodówce przez co najmniej godzinę.

W tym czasie myjemy bakłażana, kroimy go na grubsze plasterki, posypujemy solą i odstawiamy na 30 minut. Następnie płuczemy i rozkładamy na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia. Paprykę myjemy, wycinamy gniazdo nasienne, dzielimy na 4 części i również rozkładamy na blaszce. Warzywa pieczemy w piekarniku ok. 30 minut do miękkości. Następnie kroimy je w cienkie paseczki. 

Tażin stawiamy na zimnym palniku. Następnie rozgrzewamy w nim 2-3 łyżki oliwy. Do garnka wrzucamy posiekany czosnek oraz cebulę pokrojoną w piórka. Smażymy kilka minut. Następnie dodajemy kurczaka i smażymy go do miękkości. 

Do tażina wrzucamy upieczone warzywa. Dokładnie mieszamy. W razie potrzeby doprawiamy do smaku. Dodajemy pomidory w puszce. Całość podlewamy bulionem i zamykamy pokrywkę. Danie dusimy na wolnym ogniu, co jakiś czas w miarę potrzeby dodając trochę bulionu i mieszając. Gdy warzywa będą miękkie, bulion się zredukuje, a smaki połączą, tażin jest gotowy.


Do swojego tażinu podałam tradycyjnie kaszę kuskus z nutką pikanterii. Do jej przygotowania użyłam:

- 3/4 szklanki kaszy kuskus
- 3/4 szklanki bulionu
- kolendrę
- szczyptę płatków chilli
- 1/3 łyżeczki kuminu
- trochę świeżo zmielonego kolorowego pieprzu

Kaszę wsypałam do miseczki, zmieszałam z przyprawami, a następnie zalałam bulionem, przykryłam talerzykiem i odczekałam kilka minut, aż nabierze objętości i będzie miękka. Do tak przygotowanego kuskusu można dodać łyżkę oliwy. Smacznego!



PS. To danie możecie z łatwością przygotować nawet jeśli nie macie tażina. Bez problemu można zastąpić go garnkiem z grubym dnem. 

niedziela, 14 lutego 2016

Lubelszczyzna w trzech smakach

W maju ubiegłego roku w dwuosobowej ekipie odbyliśmy krótką "urodzinową" podróż na Lubelszczyznę (bo lubimy jeździć na Wschód, ale Polskę też doceniamy i chętnie odwiedzamy nowe miejsca). Spędziliśmy po jednym dniu w Lublinie, Kazimierzu Dolnym i Nałęczowie. 

Lublin to miasto, do którego na pewno będziemy wracać – choćby ze względu na cudowną starówkę, nocą tętniącą życiem, niesamowicie klimatyczną, pełną restauracyjek i pubów z dobrym lokalnym piwem. Kazimierz oczarował nas przyjemną atmosferą małego prowincjonalnego miasteczka, uroczymi uliczkami, wprost stworzonymi do długich wieczornych spacerów  i malowniczymi krajobrazami lessowych wąwozów oraz Małopolskiego Przełomu Wisły. 


Ten post nie będzie jednak poświęcony krajobrazom czy zabytkom Lubelszczyzny. Wizyta na tych terenach była dla nas również wspaniałą podróżą kulinarną, i to w zupełnie inne miejsce - na Wschód, z krótkim przystankiem w Czechach. Trzy dni, trzy kuchnie i wspaniała czesko-gruzińsko-ormiańska uczta, czyli wszystko to, co lubimy najbardziej i żywe wspomnienie naszych ostatnich wyjazdów. Czego chcieć więcej? :)

Przystanek nr 1 – Czechy w Lublinie
O lubelskiej restauracji Česká Pivnica wiedzieliśmy wcześniej od znajomych, którzy polecali ją nie tyle ze względu na jedzenie, co na prawdziwe czeskie řezané pivo. Dla piwoszy to istny rarytas. Ten przepyszny napój powstaje w wyniku zmieszania piwa jasnego i ciemnego w proporcji 1:1. Oba piwa różnią się temperaturą (jedno jest bardziej schłodzone, niż drugie) i umiejętnie nalane tworzą piwo "dwuwarstwowe". Co ciekawe, piwo jasne z ciemnym nie mieszają się nawet w czasie picia, jednak w połączeniu tworzą niesamowitą całość.

Właśnie takie idealne czeskie rzezane piwo można wypić w lubelskiej piwiarni już za 10zł. Lokal przypomina oryginalną praską gospodę. Jest odpowiednio "zagracony" (w pozytywnym znaczeniu tego słowa) różnymi piwnymi gadżetami, a panująca w nim atmosfera zachęca do dłuższej rozmowy przy kufelku.

Oczywiście nie można zapomnieć o jedzeniu. Menu jest tu dosyć nietypowe - nazwy dań w zabawny sposób imitują język czeski i nawiązują do postaci z czeskiej kultury. Jedzenie jest całkiem smaczne, a ceny przystępne, biorąc pod uwagę naprawdę świetną lokalizację. Česká Pivnica to miejsce zdecydowanie godne polecenia, nie tylko dla czechofili.



Przystanek 2 - Gruzja w Kazimierzu Dolnym

Spacerując po Kazimierzu Dolnym nie spodziewaliśmy się, że w jednej z uliczek trafimy na gruzińską restaurację o pięknej nazwie Batumi. Od podróży na Kaukaz jesteśmy zakochani w tamtejszej kuchni, więc nie mogliśmy odpuścić okazji, by spróbować gruzińskich specjałów.

Batumi trochę rozczarowała nas pod względem wystroju. O tym, że przenieśliśmy się do Gruzji świadczyła tylko flaga, powieszona na ścianie. Lokal nie w niczym nie przypominał niesamowicie klimatycznych (choć czasami trochę obskurnych) gruzińskich knajpek, gdzie klika miesięcy wcześniej raczyliśmy się wybornym chłodnym winem i wspaniałym jedzeniem. Wnętrze było zimne, nijakie i nie zachęcało do biesiadowania.

Jeśli chodzi o jedzenie, tutaj również czegoś zabrakło. Nie były to te niezwykle aromatyczne gruzińskie smaki, jakie zapamiętaliśmy z naszych podróży. Mieliśmy okazję próbować chinkali, zupy charczo oraz jednej z odmian chaczapuri z mięsem. W daniach brakowało przypraw, nie pachniały kolendrą, nie czuć było w nich tej miłości do dobrego jedzenia, jaką noszą w sercach Gruzini. Potrawy były po prostu poprawne, a ich ceny przeciętne, zwłaszcza biorąc pod uwagę lokalizację. Jeśli będziecie gościć w Kazimierzu, możecie wybrać się na chwilę do Batumi. Fani Gruzji i kaukaskich smaków mogę być jednak nieco zawiedzeni.


Przystanek nr 3 - Armenia w Nałęczowie

Restauracja Ararat była zdecydowanie największym zaskoczeniem majowego wyjazdu. Kto by się spodziewał, że w niewielkim uzdrowisku znajdziemy bar, prowadzony przez Ormian, którzy serwują prawdziwe kaukaskie jedzenie. Tutaj, w przeciwieństwie do Batumi, ze smakiem problemu nie było. Jedzenie było na tyle pyszne, że w Araracie spędziliśmy kilka godzin objadając się w oczekiwaniu na pociąg powrotny. Mieliśmy okazję próbować ormiańskiego kebabu (grillowanego mięsa mielonego z cebulą na lawaszu), lobio (zupy z czerwonej fasoli), przepysznych bakłażanów i tanu (ormiańskiego wydania ajranu - dobrze przyprawionego napoju na bazie jogurtu). Dania były bez zarzutu, a ceny bardzo przystępne.

Jeśli chodzi o wystrój, był dosyć skromny, jednak ogromne zdjęcie góry Ararat zakrywające jedną ze ścian od razu przypominało nam, że jesteśmy w Armenii. Idealny obrazek zaburzał nieco fakt, że oprócz kaukaskiego jedzenia właściciele sprzedawali też zwykłe, ukochane przez Polaków kebaby, tonące w surówce i sosie czosnkowym. Ale w niczym nie przeszkadzało to delektować się pysznymi daniami. W menu oprócz wyżej wymienionych potraw, znaleźliśmy też różne odmiany chaczapuri, tołmę ("gołąbki" zawinięte w liście winogron), czy szaszłyki. Do pełni szczęścia brakowało nam tylko ormiańskiego piwa "Kilikija". Dostaliśmy za to prawdziwą kawę po ormiańsku (u nas nazywaną kawą po turecku). Podsumowując, Ararat to miejsce zdecydowanie godne polecenia.

Mocna i aromatyczna kawa po ormiańsku.

Twarze Uzbekistanu

Dziś chciałabym zabrać was w podróż tropem wspomnień z ubiegłorocznej podróży do Uzbekistanu. Motywem przewodnim będą portrety mieszkańców tego kraju i związane z nimi opowieści oraz ciekawostki. 

Buchara, właściciel sklepu spożywczego.
Przeciętny uzbecki sklep spożywczy jest niewielki i nieco zapuszczony. Asortyment jest zwykle skromny, ale znajdziecie tutaj wszystkie podstawowe artykuły, a przede wszystkim dużą ilość wód i napojów (ze względy na panujące w tym kraju upały jest to towar pierwszej potrzeby). Brakuje tylko zimnego piwa - żeby je kupić będziecie musieli znaleźć sklep monopolowy. W zwykłym spożywczaku alkoholu nie ma (wyjątek stanowił Nukus, tutaj "prohibicja" jeszcze chyba nie dotarła). Warto uważać na daty ważności, zwłaszcza na produktach, które cieszą się niewielką popularnością wśród miejscowych. Uzbecy raczej nie przejmują się tym, że sprzedają towary nieco przeterminowane. :)

Bywa, że małe sklepiki mieszczą się w prywatnych domach lub mieszkaniach. Na taki fenomen natrafiliśmy  m. in. w Taszkiencie. W otwartym na oścież oknie niewielkiego domku siedział kilkunastoletni chłopiec, ze wszystkich stron obstawiony słodyczami i napojami. Stała za nim zwykła, trochę starawa lodówka, prawdopodobnie przeniesiona z kuchni specjalnie po to, by chłodzić w niej wodę. W tle widać było skromnie urządzony pokój. 

I jeszcze jedno wspomnienie: dzieci za ladą. To też obrazek dosyć popularny w Uzbekistanie. Czasami zastępują one dorosłych, pilnując rodzinnego interesu. 

Buchara, artysta przed meczetem.
Obowiązkowym przystankiem w podróży po Uzbekistanie powinna być Buchara. To miasto wyjątkowe, ponieważ całe usiane jest zabytkowymi medresami (szkoły koraniczne), meczetami i minaretami. Część budynków jest opuszczona i niszczeje. Niektóre zaadaptowano i służą teraz jako hotele, restauracje czy sklepy. Najciekawsze jest jednak to, że wśród tych wszystkich starych budowli toczy się życie codzienne mieszkańców miasta. Nie dziwcie się zatem, kiedy obok maleńkiego meczetu zobaczycie pasącego się na ulicy barana, albo wiekowe żyguli, zaparkowane tuż przy wejściu do zabytkowej, pięknie zdobionej medresy.



Spacerując po uliczkach Buchary na każdym kroku spotyka się dzieci. Tutaj nikt nie siedzi w domu. Dzieciaki bawią się na ulicy, w mniejszych lub większych grupkach. Biegają, grają w nogę, albo po prostu siedzą na schodach i obserwują, co się dzieje dookoła. Na widok turystów wołają: "hello!" i przyglądają się im z zaciekawieniem. Niektóre zapytają po angielsku skąd jesteście. 5-6 latki opiekują się 2-latkami. Dookoła nie widać zbyt wielu dorosłych, najczęściej są to babcie lub dziadkowie, siedzący na progach domów i przyglądający się przechodniom. Życie płynie tutaj dużo wolniej. Każdy każdego zna. Wieczorami siada się i rozmawia przy herbacie. Wszystko jest prostsze. 

Okolice Mujnaku, chłopiec bawi się z psem.
Dzieci towarzyszą nam przez całą podróż. Turyści budzą ich żywe zainteresowanie. Część maluchów chętnie pozuje do zdjęć. Ten malec powyżej w dosyć nietypowej pozie. :)
Chiwa, uczniowie.
W pierwszych dniach podróży po Uzbekistanie naszą uwagę przyciągały odświętnie ubrane dzieci, spacerujące po ulicach miast. Dziewczynki miały na sobie białe bluzki, czarne spódnice i białe rajstopy (mimo upału!), a we włosy wpięły gigantyczne białe kokardy. Chłopcy byli ubrani w białe koszule i garnitury. Z uwagi na to, że zbliżał się 1 września, uznaliśmy, że dzieciaci wybierają się na rozpoczęcie roku szkolnego. Taki obrazek powtarzał się jednak dzień w dzień. Okazało się, że Uzbecy przywiązują bardzo dużą wagę do tego, aby dzieci chodziły do szkoły w odpowiednim stroju. Nie ma co prawda mundurków, ale zasady dotyczące ubioru są dosyć surowe. Strój, który w Polsce widuje się coraz rzadziej nawet przy okazji rozpoczęcia i zakończenia roku szkolnego, dla uzbeckich dzieci i młodzieży jest ubiorem codziennym, i to obowiązkowym.


Chiwa, sprzedawca mięsa na bazarze.
Warunki sanitarne to w Uzbekistanie temat śliski. W porównaniu z sąsiednim Tadżykistanem jest tu naprawdę bardzo dobrze. Na podstawie własnych doświadczeń mogę stwierdzić, że przy zachowaniu odrobiny rozsądku i podstawowych zasad higieny (co często oznacza noszenie ze sobą własnego mydła - z tym bywa czasami krucho) można przeżyć w tym kraju 2 tygodnie jedząc wszystko, na co ma się ochotę. Niektóre obrazki budzą jednak niepokój. Na przykład takie stoiska z mięsem na bazarze. :)

Samarkanda, bazar.
Jeśli chcecie wybrać się na zakupy i przy okazji wczuć się w atmosferę Wschodu, koniecznie wybierzcie się na bazar. To miejsce niezwykle kolorowe, aromatyczne i bardzo głośnie. Handlarze będą przywoływać was do siebie, częstować tym, co sprzedają i za wszelką cenę nakłonić do zakupu. Pamiętajcie o targowaniu się - w przeciwnym razie na pewno słono przepłacicie za zakupione towary.

Taszkent, bazar Czorsu.
Jeśli przypadnie wam do gustu miejscowa kuchnia i będziecie mieli ochotę odtworzyć smak uzbeckich dań w domu, możecie kupić na bazarze gotowe mieszanki przypraw do wybranych dań. Handlarze sami je dla was przygotują i opowiedzą, do jakich potraw czego używać. Oczywiście, żeby się z nimi dogadać, dobrze jest znać rosyjski, albo zapamiętać chociaż nazwy uzbeckich dań.

Chiwa, nocny rozładunek melonów na bazarze.
Melony są narodową dumą Uzbeków. Na każdym kroku przekonują nas, że właśnie w ich kraju te owoce są najdorodniejsze, najsłodsze i najsmaczniejsze. Na bazarach znajdziecie całe stosy ogromnych żółtych kul. Straganami, na których sprzedawane są melony i arbuzy, usiane są ulice Taszkentu i innych uzbeckich miast. Owoce te można również bez trudu kupić przy drodze w każdym zakątku kraju. Uzbecy są z nich na tyle dumni, że potrafią zabierać je ze sobą jadąc zagranicę w odwiedziny do bliskich. (I czasami może się tak zdarzyć, że wasz plecak znajdzie się w samolocie pod kartonem ze zgniecionymi na miazgę i ociekającymi lepkim sokiem melonami. To akurat opowieść z życia. ;)

Taszkent.
Taszkent, stolicę Uzbekistanu, według nieoficjalnych danych zamieszkuje ponad 3 miliony ludzi. Jest to miasto o dwóch obliczach. Oficjalna część, usiana urzędami, ministerstwami i innymi budynkami użyteczności publicznej jest zadbana i pełna przepychu. Wszechobecne fontanny, marmurowe wykończenia i soczyście zielone, idealnie przystrzyżone trawniki robią wrażenie na turystach. Architektura przypomina nam, że Taszkent był do niedawna stolicą jednej z republik ZSRR - monumentalne budynki, szerokie ulice i ogromne place to wizytówka radzieckich architektów. 

Taszkent. Za ekranem ustawionym wzdłuż jednej z głównych arterii komunikacyjnych skrywa się drugie, mniej reprezentacyjne oblicze stolicy.
 Jest jednak druga część miasta - znacznie bardziej skromna i uboga. Żeby nie straszyć turystów, władze oddzieliły ją od drogi specjalnymi ekranami. Nie mają one jednak wygłuszać szumu i hałasu jednej z głównych arterii komunikacyjnych Taszkentu. Ich zadaniem jest zasłanianie zniszczonych domów należących do uboższych mieszkańców, które zdaniem władz nie pasują do obrazu nowoczesnej i ciągle rozwijającej się stolicy silnego kraju.

Nukus, w drodze nad Aral.
Na uzbeckich drogach nie brakuje oryginalnych środków transportu. Na prowincji takie wynalazki można zobaczyć bardzo często. O tym, jak trudno w Uzbekistanie kupić samochód i czemu musi być on biały pisałam w jednym z poprzednich postów.

Taszkent. Mężczyzna łapie "taksówkę" przy drodze.
Podobnie jak w wielu krajach Wschodu, również w Uzbekistanie taksówką może być każdy zatrzymany samochód. Jak skorzystać z takiego środka transportu? Wystarczy stanąć przy drodze i delikatnie zasygnalizować mijającym nas kierowcom, że jesteśmy zainteresowani podwiezieniem. Najczęściej wystarczy nawiązać z nimi kontakt wzrokowy. Jeśli kierowca będzie chciał nas podwieźć, zjedzie na prawy pas (a w skrajnych przypadku po prostu zatrzyma się na środku drogi, tamując ruch) i zapyta, dokąd chcemy jechać. Jeśli zmierza w tym samym kierunku - mamy naszą "taksówkę". Musimy jeszcze tylko wynegocjować z kierowcą cenę za przejazd. Czy taka forma podróżowania jest bezpieczna? Miejscowi korzystają z niej cały czas, więc raczej nie musimy obawiać się, że trafimy na szaleńca, który będzie chciał nas wywieźć nie wiadomo dokąd i okraść. Oczywiście, jak zawsze trzeba być ostrożnym i najlepiej dokładnie wyjaśnić kierowcy, dokąd chcemy jechać, żebyśmy przypadkiem nie znaleźli się w zupełnie innej części miasta, niż zamierzaliśmy.

I na koniec mój ulubiony obrazem z Uzbekistanu. Chiwa, niedzielne przedpołudnie. Spacerując po mieście natrafiamy na... tańczące Eurydyki. Tak je nazwałam. Panie mają w sobie niesamowitą grację i pogodę ducha. Ich taniec idealnie oddaje klimat, panujący na Wschodzie.

niedziela, 8 listopada 2015

Dáme si smažený sýr, hranolky a tatarskou omáčku

Jeśli chociaż raz byliście w Czechach, mogliście co prawda nie próbować utopenca, marynowanego hermelina czy rzezanego piwa, ale na pewno jedliście smażony ser z frytkami i sosem tatarskim, czyli tytułowy smažený sýr, hranolky a tatarskou omáčku. Po knedliku to chyba najbardziej rozpoznawalne danie czeskiej kuchni i oczywiście można je dostać praktycznie wszędzie. 

W roli smażonego sera najczęściej występuje edam. W kartach dań może mu towarzyszyć hermelin - czeska (i moim zdaniem lepsza) wersja camemberta. Lżejszą alternatywną tego dania jest smażony kalafior, również bardzo smaczny i warty spróbowania.

Jak przenieść się na kilka godzin do Czech i przygotować tę potrawę w zaciszu własnej kuchni? To całkiem proste.


Lista zakupów:
  • ziemniaki
  • ser edamski
  • bułka tarta
  • 3-4 jajka
  • mąka pszenna
  • 3 łyżki majonezu
  • 3 łyżki jogurtu bałkańskiego
  • 1 łyżeczka musztardy
  • 2 ogórki konserwowe
  • mała cebula
  • 2 ząbki czosnku
  • świeżo mielony pieprz
  • sól morska
  • olej do smażenia

Krok 1: Frytki

Ziemniaki obieramy i kroimy w słupki. Następnie zalewamy przegotowaną wodą z dodatkiem łyżki cukru i odstawiamy na chwilę. Potem odsączamy, dokładnie osuszamy, wkładamy do sitka do smażenia i zanurzamy w przygotowanym wcześniej gorącym oleju. Smażymy frytki do uzyskania przez nie złotego koloru. Następnie wyjmujemy je na talerz wyłożony papierowym ręcznikiem i odsączamy z nadmiaru tłuszczu.

Krok 2: Smażony ser

Ser kroimy w grube plastry (1-1,5 cm). Obtaczamy je w mące, żeby panierka trzymała się sera. Następnie na przemian zanurzamy je w roztrzepanym jajku (możemy doprawić je pieprzem lub papryką) i bułce tartej. Panierka powinna być szczelna i dosyć gruba, żeby ser nie wypłynął na powierzchnię, więc czynność tę możemy powtórzyć 2-3 razy. Tak przygotowany ser smażymy w głębokim tłuszczu

Krok 3: Sos tatarski

Majonez, jogurt i musztardę wkładamy do miseczki. Dodajemy przeciśnięty przez praskę czosnek i drobniutko posiekane ogórki i cebulę. Doprawiamy solą i pieprzem. Do sosu możemy też dodać odrobinę zalewy z ogórków. 

Smażony ser najlepiej smakuje w towarzystwie schłodzonego czeskiego piwka. Danie jest bardzo ciężkie i kaloryczne, ale zdecydowanie warte grzechu. :)

środa, 4 listopada 2015

8 książek, dzięki którym poznacie Václava Havla


Václav Havel - dramaturg, eseista, filozof, dysydent, polityk. Prezydent, którego Polacy zawsze Czechom trochę zazdrościli ("Havel na Wawel"). Postać, z której biografią i twórczością warto się zapoznać, nawet jeśli nie jest się czechofilem. Pomogą Wam w tym te książki. Przedstawiam moją małą podręczną Havlowską biblioteczkę. :)

1. Havel. Zemsta bezsilnych


Autor: Aleksander Kaczorowski
Wydawnictwo Czarne
Rok wydania: 2014
W skrócie: Obszerna i świetnie napisania biografia Havla, pokazująca go z różnych perspektyw: jako dramaturga, dysydenta, polityka, filozofa. Do tego kompendium wiedzy o historii Czechosłowacji i trafna analiza czeskiej mentalności. 

2. Zmieniać świat. Eseje polityczne


Autor: Václav Havel
Wydawnictwo Agora
Rok wydania: 2012
W skrócie: Zbiór esejów, przemówień i artykułów autorstwa Havla z lat 1985-2010. Teksty zostały zebrane przez Andrzeja Jagodzińskiego. Dotyczą głównie aktualnych zagadnień polityki międzynarodowej oraz problemów współczesnego zglobalizowanego świata.

3. Letnie rozmyślania


Autor: Václav Havel 
Wydawnictwo Krytyki Politycznej
Rok wydania: 2012
W skrócie: Książka napisana przez Havla w 1991 roku, kiedy sprawował urząd prezydenta. Pisarz skupia się głównie na problemach transformacji ustrojowej, jaka zachodzi w tym czasie w Czechosłowacji i pozostałych krajach byłego bloku wschodniego. Nakreśla też zarys swojego politycznego credo.

4. Zaoczne przesłuchanie. Rozmowy z Karlem Hvížd̓alą


Autor: Václav Havel 
Niezależna Oficyna Wydawnicza
Rok wydania: 1989
W skrócie: Wywiad rzeka, który Karel Hvížd̓ala przeprowadza z Havlem u schyłku epoki komunizmu. Dysydent opowiada o swoim życiu i poglądach politycznych. Dokonuje też wnikliwej analizy systemu komunistycznego i opisuje działania czeskich dysydentów skupionych wokół Karty 77. 


5. „Tylko krótko, proszę”. Rozmowa z Karelem Hvížd’alą, zapiski, dokumenty


Autor: Václav Havel
Wydawnictwo Znak
Rok wydania: 2007
W skrócie: Kolejny wywiad Karla Hvížd̓ali z Havlem stanowiący w pewnym sensie kontynuację Zaocznego przesłuchania. Polityk opisuje w nim lata swojej prezydentury, analizuje aktualne problemy społeczno-polityczne, opowiada też o swoim życiu prywatnym - chorobie żony Olgi i początkach związku z drugą żoną Dagmar.

6. Listy do Olgi


Autor: Václav Havel 
Wydawnictwo Naukowe PWN
Rok wydania: 1993
W skrócie: Zbiór listów, które Havel pisał do swojej żony Olgi w latach 1979-1982, najpierw z aresztu, a potem z zakładów karnych, gdzie odsiadywał wyrok czterech i pół roku pozbawienia wolności za działalność dysydencką. Listy zawierają rozważania na tematy polityczne i filozoficzne, a także opis więziennej codzienności i wyznania o charakterze prywatnym.

7. W roli głównej Ferdynand Waniek. Antologia sztuk czeskich dysydentów



Autorzy: Václav Havel, Pavel Landovský, Pavel Kohout, Jiří Dienstbier
Oficyna Wydawnicza ATUT
Rok wydania: 2008
W skrócie: Zbiór wańkówek, czyli dramatów, których głównym bohaterem jest Ferdynand Waniek - postać archetypowego dysydenta stworzona przez Havla i wyposażona w wiele jego cech osobowościowych oraz faktów z biografii. Wańka w swoich sztukach umieścili też Pavel Kohout, Pavel Landovský i Jiří Dienstbier.

8. Hrabal, Kundera, Havel... Antologia czeskiego eseju



Redakcja: Jacek Baluch
Wydawnictwo Universitas
Rok wydania: 2001
W skrócie: Zbiór zawiera słynny esej Havla Siła bezsilnych, stanowiący manifest czeskich dysydentów i zawierający przenikliwą analizę funkcjonowania systemu komunistycznego w państwach Europy Środkowo-Wschodniej.

Ten esej, jak również wiele innych tekstów Havla z lat 1969-2009 można znaleźć w zbiorze wydanym w 2011 roku nakładem Wydawnictwa Agora.

***

Oczywiście to tylko kilka książek Havla i o Havlu, jakie zostały wydane w języku polskim. Zachęcam Was do uzupełniania tej listy w komentarzach. :) 

czwartek, 22 października 2015

10 przykazań podróżnika po Uzbekistanie

Zachód słońca w Chiwie. Na zachętę, dla planujących podróż po Uzbekistanie. :)
Po pierwsze: Nie wymieniaj pieniędzy w kantorach

Do Uzbekistanu najlepiej przywieźć ze sobą dolary. Pieniędzy w żadnym wypadku nie należy wymieniać w bankach i kantorach. Oficjalny kurs jest dużo gorszy od rzeczywistego i wynosi ok. 2300 sumów za dolara. Na czarnym rynku spokojnie można dostać za dolara 2 razy więcej – w sierpniu 2015 roku kurs wynosił 4600 sumów.

Gdzie wymieniać pieniądze? Najłatwiej to zrobić na bazarze – kręci się tam pełno handlarzy walutą, którzy trzymając w rękach reklamówki pełne banknotów zaczepiają turystów krótkim pytaniem „change money?”.  Wymianę waluty mogą Wam zaproponować także właściciele pensjonatów i hosteli, pracownicy sklepów czy taksówkarze. My pieniądze wymienialiśmy u rzeźnika, który w swojej budce oprócz wiszących na hakach wielkich kawałków wołowiny miał również sejf wypełniony po brzegi miejscową walutą.  

Jeśli czytaliście już inne relacje z podróży po Uzbekistanie na pewno wiecie, że tutaj pieniędzy nie nosi się w portfelach. Nic by się do nich nie zmieściło. Najwyższym nominałem w tym kraju jest banknot o wartości 5000 sumów (to trochę więcej niż 1 dolar, ok. 4 złotych). Są jeszcze banknoty 1000, 500 i 200 sumów (ten ostatni ma wartość ok. 17 groszy).  Jak łatwo sobie wyobrazić, płacenie przy pomocy tych banknotów nie jest rzeczą łatwą. Na szczęście w większości sklepów, hoteli i dworców są liczarki.

Tak ogromne ilości pieniędzy trzeba niestety nosić w plecaku. Jeśli wymienicie za jednym razem 300 dolarów i tak jak my dostaniecie tę sumę w banknotach 1000 sumów, musicie liczyć się z tym, że w takim plecaku oprócz pieniędzy niewiele się już zmieści. :)

A w czym noszą pieniądze miejscowi? Możliwości jest dużo. Taksówkarze trzymają je w schowkach samochodowych, panie w torebkach. Są też tacy, którzy noszą je po prostu w kolorowych reklamówkach, albo zwykłych czarnych foliowych torbach na zakupy, przypominających worki na śmieci.

Pieniądze w Uzbekistanie nie tylko sporo ważą, ale zajmują też dużo miejsca.
Ważna uwaga: w podróż po Uzbekistanie nie warto zabierać euro. Tutaj ta waluta nie cieszy się zbyt dużą popularnością, więc kurs wymiany jest o wiele mniej korzystny niż w przypadku dolara. Przykład z życia: w hotelu w Nukusie euro przeliczano na dolary w stosunku 1:1.

I jeszcze jedno. W miarę możliwości warto unikać wymieniania pieniędzy na lotniskach czy dworcach. Kurs wymiany w takich miejscach jest zwykle dużo gorszy, niż w mieście.

Po drugie: Nie rób zdjęć „obiektom strategicznym”

… albo rób je tak, żeby nikt tego nie zauważył. W Uzbekistanie obiektem strategicznym może być wszystko, od dworców, lotnisk i stacji metra, rzekę Amu-darię, pola bawełny czy… nieczynne fabryki (np. zakłady przetwórstwa rybnego w Mujnaku -  dawnym porcie Morza Aralskiego).

Mujnak, nieczynne zakłady przetwórstwa rybnego (fotografowane z zachowaniem zasad konspiracji).
Skąd to obsesyjne zakazywanie fotografowania wszystkiego, co nie jest atrakcją turystyczną? Trudno powiedzieć, jednak wpisuje się to idealnie w całą serię absurdalnych zakazów i uporczywą potrzebę kontrolowania wszystkiego i wszystkich, jaka charakteryzuje uzbeckie władze. Zdjęć nie wolno robić, i tyle. Za złamanie zakazu grożą spore nieprzyjemności, np. przesłuchanie na milicji czy zarekwirowanie karty pamięci z feralnymi zdjęciami. Przydarzyło się to jednemu z naszych paputczikow, kiedy fotografował Amu-darię na granicy z Afganistanem. Pech chciał, że przyłapali go na tym milicjanci, więc musiał się gęsto tłumaczyć, po co mu zdjęcia tego „obiektu strategicznego”.

Kolejny "obiekt strategiczny" - sekretne pola bawełny.
Zakaz fotografowania to jeden z powodów, dla których nie warto wjeżdżać na wieżę telewizyjną w Taszkiencie. Za wstęp trzeba słono zapłacić (bilet kosztuje 15 dolarów, co na warunki uzbeckie jest już małą fortuną), a samo zwiedzanie do najprzyjemniejszych nie należy. Turystom towarzyszą milicjanci ochraniający obiekt, którzy bacznie obserwują, czy ktoś aby nie za dokładnie przygląda się miastu. Oczywiście o fotografowaniu nie ma mowy. Aparaty, kamery i komórki wraz z całym dobytkiem trzeba zostawić na dole w portierni.

Taszkient, wieża telewizyjna.
Zakazy zakazami, ale czasami aż korci, żeby któryś z licznych „obiektów strategicznych” sfotografować. Warto próbować, trzeba tylko pamiętać o zachowaniu zasad konspiracji i po prostu robić to dyskretnie. :)

Po trzecie: Bilety na pociąg kupuj z wyprzedzeniem

Dlaczego? Powodów jest wiele, a najważniejszym jest chyba fakt, że w Uzbekistanie nie można wejść na teren dworca kolejowego bez ważnego biletu na pociąg. Gdzie zatem je kupić? Kasy biletowe położone są poza terenem dworca, w jego najbliższym sąsiedztwie. Jest tam dosyć tłoczno i w niektórych miastach możecie natknąć się na ogromne kolejki, więc nie warto zostawiać kupna biletu na ostatnią chwilę, bo po prostu można nie zdążyć dopchnąć się do okienka.

Warto wiedzieć, że pociągi w Uzbekistanie cieszą się dosyć dużą popularnością. Składy często liczą po kilkanaście wagonów i zabierają w podróż kilkuset pasażerów. (Nasz rekord to pociąg relacji Urgencz-Taszkient, który składał się z 22 wagonów i wiózł niemal 900 podróżnych).

Pociąg relacji Urgencz-Taszkient, absolutny rekordzista pod względem liczby wagonów.
Po czwarte: Cierpliwie znoś niezliczone kontrole i rejestracje

Jak już wspomniałam, aby w Uzbekistanie wejść na teren dowolnego dworca kolejowego, należy okazać pilnującym wejścia milicjantom bilet i paszport (bilety są imienne, znajdują się na nich takie informacje, jak imię i nazwisko podróżnego, numer jego paszportu, obywatelstwo oraz data urodzenia). Po wejściu do budynku dworca czas na kontrolę bezpieczeństwa (nasz bagaż jest prześwietlany a my przechodzimy przez bramkę z wykrywaczem metalu) i ponowne sprawdzanie paszportu i biletu. I jeszcze jedna kontrola przy wsiadaniu do wagonu. Ufff, udało się, jedziemy.

Samarkanda, dworzec kolejowy. Zaraz czeka nas kolejna kontrola.
Na lotniskach cały proces jest nieco bardziej skomplikowany. W sumie podróżnych sprawdza się 6-7 razy. Kontrole przechodzi się też na stacjach metra - tutaj paszporty raczej nie będą potrzebne, ale możecie być pewni, że funkcjonariusze milicji zajrzą do waszych plecaków i toreb.

To nie wszystko. Nie dziwcie się, jeśli milicjanci zatrzymają wasz samochód na środku drogi i poproszą o okazanie dokumentów. Albo gdy pracownik muzeum, które zaraz będziecie zwiedzać poprosi was o podanie swoich danych. Wszystkie informacje z waszych paszportów spiszą też właściciele hosteli czy pensjonatów, w których będziecie się meldowali. Co ciekawe, wszystkie te osoby będą zapisywać informacje o was w zwykłych zeszytach. Co się potem dzieje z tymi "kronikami" - nie wiadomo. Jedno jest pewne - tego typu kontrole nie mają chyba większego sensu, skoro pozyskanych w ten sposób danych nie da się w żaden sposób przeanalizować. To taka sztuka dla sztuki, coś, do czego wszyscy w Uzbekistanie przywykli, rytuał, za pomocą którego władza demonstruje swoją siłę i pokazuje, że nic nie umknie jej uwadze.

Jak zatem znosić wszechobecne kontrole? Z cierpliwością i uśmiechem. A po 5 dniach po prostu z cierpliwością. Innej rady nie ma. 

Po piąte: Zawsze się targuj

Robiąc zakupy na bazarach czy ulicznych straganach przygotujcie się na to, że nigdzie nie znajdziecie kartek z cenami produktów. To normalne na Wschodzie (z resztą nie tylko). Cenę ustala sprzedawca na podstawie waszego wyglądu i zachowania. Powszechnie wiadomo przecież, że przyjezdni nie znajdą prawdziwych cen towarów, więc można na nich zarobić, To nie żaden grzech, tylko ogólnie przyjęta praktyka w tej części świata. To, ile zapłacicie za wybrany towar zależy od waszych umiejętności negocjacyjnych.

Targować się warto zawsze, niezależnie od tego, czy kupujemy rzeczy droższe, takie jak pamiątki i upominki, czy tańsze, np. pocztówki, owoce, itp. Jest to swego rodzaju rytuał, nieodłączny element bazarowego ekosystemu. Jak targować się skutecznie i nie dać się naciągnąć? Ja mam na to kilka sposobów.

Bazar w Samarkandzie.
Przede wszystkim zamiast rozmawiać z handlarzami po angielsku, warto przejść na rosyjski. Ponoć dzięki temu już na samym wstępie sprzedawca może zaoferować nam niższą cenę. Jeśli nie znacie rosyjskiego, nauczcie się kilku podstawowych słów - to wystarczy, aby porozumieć się z handlarzami.

Jeśli chcecie kupić kilka rzeczy, zawsze możecie użyć tego argumentu, aby obniżyć ich cenę. Wiadomo, że za zakup hurtowy należy się zniżka. Jeśli podróżujecie w grupie, jesteście w jeszcze lepszej sytuacji. Róbcie zakupy razem i używajcie tego jako karty przetargowej.

Bazar w Samarkandzie, stoisko z tiubietejkami (tego typu czapeczki są tradycyjnym nakryciem głowy wielu ludów Azji Centralnej).
A co w sytuacji, kiedy zaczęliście się targować, ale sprzedawca nadal nie chce zejść do ceny, którą jesteście w stanie zapłacić? Wtedy najlepiej po prostu odejść, albo powiedzieć, że chcecie się jeszcze rozejrzeć. W dziewięciu przypadkach na dziesięć uda wam się dzięki temu utargować jeszcze parę tysięcy sumów.

Stoisko z pamiątkami w Chiwie.
Pamiętajcie, żeby nie wierzyć w opowieści sprzedawców, którzy będą przekonywali, że nigdzie indziej nie znajdziecie podobnych towarów, bo te oferowane przez nich są najlepsze, unikalne, jedyne w swoim rodzaju. To taki chwyt marketingowy. Wystarczy rozejrzeć się dookoła, by znaleźć 3 kolejne stragany, na których właściciele oferują identyczne przedmioty Nie czujcie się też zobligowani do kupienia czegoś tylko dlatego, że handlarz był dla was miły, rozmawiał z wami, może nawet opowiedział wam jakąś ciekawostkę dotyczącą Uzbekistanu. To kolejny wybieg, który ma was nakłonić do zakupu. Targując się miejcie na uwadze, że nawet jeśli handlarz zejdzie z ceny o połowę, i tak nie sprzeda wam produktu poniżej jego wartości. Nie musicie mieć wyrzutów sumienia, że przez was będzie stratny.

Po szóste: Unikaj rezerwowania noclegów

Zwykle to się po prostu nie opłaca. W Uzbekistanie można się bowiem targować również w hostelach, hotelach czy pensjonatach. Jeśli w mieście nie ma zbyt wielu turystów, cenę noclegu można zbić nawet o kilka-kilkanaście dolarów. Rezerwując pokój za pośrednictwem takich portali, jak booking.com, pozbawiamy się możliwości negocjowania ceny, bo siłą rzeczy zgadzamy się na tę podaną w ofercie. Co ważne, uzbeckie hotele dopiero od kilku lat nieśmiało pojawiają się w sieci. Z roku na rok jest ich coraz więcej, jednak wiele ciekawych miejsc jeszcze nie dotarło tam ze swoją ofertą.

Nie musicie się obawiać, że po przyjeździe zostaniecie na bruku. W największych miastach turystycznych, czyli Bucharze, Samarkandzie i Chiwie miejsc noclegowych jest naprawdę sporo. Z kolei w mniej popularnych miastach nie ma zbyt wielu turystów, więc właściciele hoteli walczą o tych, którzy tam jednak docierają.

Po siódme: Jedz tam, gdzie miejscowi

Restauracja Mavrigi, Buchara.
O tym, co warto zjeść w Uzbekistanie pisałam w poprzednim poście. Teraz skupmy się na tym, gdzie zjeść. Złota zasada, aby jadać tam, gdzie jadają miejscowi sprawdza się również w tym kraju. Jeśli chcecie zjeść tanio, smacznie i bez sensacji żołądkowych, wybierajcie restauracje i czajchany, gdzie jest sporo ludzi. Duży ruch to gwarancja, że jedzenie, które zostanie wam podane, będzie świeże. Unikajcie restauracji typowo turystycznych, skupionych przy najważniejszych zabytkach - ceny dań są w nich zwykle bardzo zawyżone.

Tanio i smacznie zjecie w czajchanach przy bazarach. Nie spodziewajcie się jednak bogatego menu, często serwują one tylko kilka prostych dań. W każdym mieście jest jednak kilka dobrych tanich restauracji, gdzie możecie spróbować specjałów uzbeckiej kuchni. W Bucharze polecam znajdującą się w zabytkowej medresie restaurację Mavrigi, w Nukusie - restaurację Jipek Joli (nie mylić z hotelem o tej samej nazwie).

Po ósme: Nie czuj się zbyt pewnie na przejściach dla pieszych

Pisałam już, że podczas pieszych wędrówek po uzbeckich miastach jesteśmy narażeni na pułapki w postaci ogromnych dziur w chodnikach, otwartych studzienek kanalizacyjnych czy krawężników półmetrowej głębokości. Niezbyt pewnie powinniśmy się czuć także na przejściach dla pieszych. O ile dla nas oczywiste jest, że kiedy zapala się zielone światło, możemy śmiało wejść na jezdnię, bo to my mamy pierwszeństwo, a nie skręcające z prostopadłej ulicy auta, o tyle uzbeccy kierowcy zdają się nie znać tej zasady, albo ją totalnie ignorować. I tak, przechodząc przez pasy musimy się bacznie rozglądać, czy przypadkiem nie wchodzimy komuś pod koła. Jeśli liczymy na to, że kierowcy samochodów skręcających w naszą ulicę przepuszczą nas na przejściu, możemy się bardzo przeliczyć.

Całe szczęście na uzbeckich drogach samochodów nie jest jeszcze tak dużo. W tym kraju auto to wciąż dobro luksusowe, na które stać tylko zamożniejszych obywateli. Aby kupić samochód, trzeba najpierw uzbierać wkład własny wynoszący 80% jego wartości, a potem wpisać się na listę oczekujących. (Nie przypomina wam to czegoś? Cofnijcie się w czasie o 30-40 lat).

Co ciekawe, po drogach jeżdżą niemal wyłącznie auta produkcji krajowej. Zdziwieni? Tak, Uzbecy robią auta, co więcej, eksportują je do innych krajów Azji. Są to samochody marek Daewoo i Chevrolet, produkowane na zachodnich licencjach. Ich jakość nie powala, więc i cena jest stosunkowo niska.

Chiwa, parking przy bazarze i morze białych samochodów.
Jeśli ktoś chciałby sprawić sobie zagraniczne auto, musi liczyć się z koniecznością zapłacenia horrendalnego podatku od luksusu (porównywalnego do ceny samego samochodu). Nic dziwnego, że na drogach Uzbekistanu mija się tylko Chevrolety i Matizy - do tego niemal wszystkie w kolorze białym (wiadomo, biały lakier najtańszy). Za każdym razem przechodząc obok parkingów, wypełnionych białym morzem identycznych aut zastanawiałam się, jak ich właściciele rozpoznają, które należy do nich. Chyba tylko po numerze rejestracyjnym.

Po dziewiąte: Unikaj wizyt na stacjach benzynowych

Wysiadasz z taksówki. Dookoła widzisz druty kolczaste. Auto odjeżdża, ustawiając się za 10 innymi białymi Matizami. Ty stajesz pod wiatą i czekasz. Razem z tobą czeka kilkanaście innych osób. Jesteś przy uzbeckiej stacji benzynowej. Nie możesz wjechać razem z kierowcą na jej teren, musisz wysiąść i poczekać, aż zatankuje. Taka jest zasada.

Stacja benzynowa w okolicach Chiwy.
I otaczający ją płot z drutu kolczastego.
W Uzbekistanie większość samochodów jeździ na gaz. To najtańsze i najbardziej dostępne paliwo. Na stacjach można też kupić benzynę, ale jest mniej popularna. Nie znajdziemy tam za to oleju napędowego. W Uzbekistanie jest to towar deficytowy, teoretycznie zatem nie można go kupić na użytek prywatny. Mogą z niego korzystać tylko pojazdy transportu miejskiego, służb ratunkowych, itp.

Oczywiście teoria teorią, ale trochę aut z silnikiem Diesla jeździ po uzbeckich drogach. Ich właściciele paliwo kupują "spod lady", czyli ze źródeł nie do końca legalnych. Tego typu tankowanie zwykle odbywa się na podwórku lub w bramie, a jego nieodłącznymi rekwizytami są lejek i gumowy wężyk. Jeśli zdecydujecie się na wyjazd terenówką nad Morze Aralskie, to doświadczenie na pewno was nie ominie.

Po dziesiąte: Bądź cierpliwy, kiedy pytają cię o Polskę

Czy Polska to część Rosji? Czy w Polsce mówi się po rosyjsku? Czy płacicie w Polsce dolarami? To 3 najciekawsze pytania, jakie zadali nam poznani w podróży Uzbecy. Z naszych rozmów z nimi wynika, że o naszym kraju nie wiedzą zbyt wiele. Polska kojarzy się głównie z unijnymi sankcjami gospodarczymi i konfliktem z Rosją. Wśród znanych Polaków wymieniają najczęściej Roberta Lewandowskiego i Lecha Kaczyńskiego. I to chyba tyle.

Nie ma się jednak co oburzać. Przeciętny Polak o Uzbekistanie wie jeszcze mniej (jeśli w ogóle wie cokolwiek), więc można wybaczyć Uzbekom te zabawne pytania. Swoją wiedzę czerpią głównie z rosyjskiej telewizji i taki obraz Polski mają w głowach. Odnoszą się jednak do Polaków z życzliwością. Chętnie pytają o warunki życia w Polsce, ceny, płace. Dziwią się, ze nie zarabiamy w Polsce tyle, ile na Zachodzie, przecież jesteśmy częścią Unii. Interesuje ich również jak wygląda u nas życie rodzinne (i na każdym kroku gorąco namawiają do ożenku).