czwartek, 17 października 2013

Dlaczego śledzia "ubierają" w szubę?


Śledź to jedno z najpopularniejszych dań kuchni rosyjskiej. Podawany jest na różne sposoby: na czarnym chlebie jako zakąska do wódki, zwinięty w rolmopsy czy solony z ziemniakami. No i jest oczywiście śledź pod szubą (сельдь под шубой – po polsku nazywany śledziem pod pierzynką) – sałatka, składająca się z nakładanych na siebie warstwami buraków, marchewki, ziemniaków, cebuli, jabłek, majonezu i oczywiście ryby. Przepis na to danie znajdziecie tutaj, a nas będzie interesowało dzisiaj co innego, a mianowicie: skąd się wzięła nazwa tego rosyjskiego specjału i dlaczego w tłumaczeniu na język polski zagubił się jej prawdziwy sens.



Zacznijmy może od tego, że szuba (ros. шуба) to rosyjskie określenie futrzanego palta. W tym kontekście polska pierzynka wydaje się nawet zgrabnym odpowiednikiem. Problem w tym, że oryginalnie nie o taką szubę twórcom dania i jego nazwy chodziło.

Historia dania przedstawia się następująco. Śledź pod szubą po raz pierwszy pojawił się na stołach w wieczór sylwestrowy 31 grudnia 1918 roku w gospodzie Anastasa Bogomiłowa. Danie zostało ochrzczone mianem „Sz.U.B.A.” («Ш.У.Б.А.»). Pierwsze litery tego skrótowca można było rozszyfrować w następujący sposób: «Шовинизму и Упадку – Бойкот и Анафема», czyli „Szowinizmowi i Upadkowi – Bojkot i Anatema”. Potrawę o tak oryginalnej nazwie wymyślono, aby pogodzić gości gospody i złagodzić nieco prowadzone przez nich po pijanemu kłótnie i spory, które przynosiły zajazdowi straty, odstraszając bardziej spokojnych klientów. Poszczególne składniki miały określoną symbolikę – śledź symbolizował „proletariat” (czy też klasę robotniczą, żeby pozostać w terminologii marksistowskiej), ziemniaki – chłopów, zaś krwawo-czerwone (bordowe) buraki – bolszewików.

Oryginalne znaczenie owej szuby szybko zatarło się w pamięci i zostało zastąpione jego dzisiejszą wersją. Mało kto wie, że śledź pod szubą był daniem mocno „politycznym”, stworzonym w celu „zjednoczenia klas społecznych”. Może to i dobrze, bo w Rosji komunistycznej symboliki nie brakuje, a sami Rosjanie mają spory problem z interpretacją historii ostatnich kilku dziesięcioleci. Ale to zupełnie inna historia.

Więcej i śledziu i jego miejscu w rosyjskiej kuchni znajdziecie tutaj.

środa, 9 października 2013

Rosja się starzeje


Jednym z najbardziej palących problemów Rosji jest ciągle pogarszająca się sytuacja demograficzna. Poniżej fragmenty ciekawego raportu Leszka Szerepki z 2006 roku, dotyczącego sytuacji demograficznej Rosji (cały raport można znaleźć tutaj).

W 2005 roku Rosyjska Akademia Nauk zakończyła program badawczy "Demograficzna modernizacja Rosji w latach 1900–2000". Z przygotowanego raportu wynika, że w XX wieku państwo rosyjskie straciło w rezultacie złej polityki ok. 140 mln osób. To znaczy, że o tyle liczniejsza byłaby obecnie ludność Rosji, jeżeli państwo to rozwijałoby się w ubiegłym stuleciu w sposób zbliżony do państw europejskich i podobnie jak one szanowałoby wartość życia ludzkiego.


Jedną z głównych przyczyn zmniejszającej się liczby rodzonych dzieci jest pogłębiający się kryzys instytucji rodziny. Większość zawieranych małżeństw rozpada się. Według spisu z 2002 roku, 47% rosyjskich kobiet mogących prawnie wstąpić w związek małżeński (w wieku ponad 16 lat) żyje samotnie. Z nich 18% nigdy nie było w związku małżeńskim, 18% to wdowy, a 11% – rozwiedzione. Związki zawierane są w coraz starszym wieku, coraz później zapadają decyzje o chęci posiadania dziecka. Zmienia się także sam model rodziny i są to przemiany długofalowe. Między dwoma ostatnimi spisami powszechnymi udział rodzin z dwoma i więcej dziećmi zmniejszył się dwa razy, a udział rodzin z jednym dzieckiem zwiększył się o jedną trzecią. Obecnie wśród rodzin z dziećmi – ok. 66% rodzin ma jedno, a ok. 28% – dwoje dzieci. W 2003 roku już 29,7% dzieci urodziło się w związkach nieformalnych.

[W Rosji] Zaniedbano kwestię edukacji seksualnej. Przerywanie ciąży jest wciąż głównym środkiem antykoncepcyjnym stosowanym przez kobiety rosyjskie. Zabiegów aborcyjnych wykonuje się więcej niż przyjęć porodów. Według oficjalnych danych, w 2004 roku było ich ok. 1,8 mln, z tego 10% dotyczyło niepełnoletnich dziewcząt. Jak się oblicza, w przypadku 7–8% kobiet zabiegi przerywania ciąży prowadzą do bezpłodności. W Rosji problem bezpłodności dotyka ok. 15% wszystkich związków. W przedziale wiekowym 15–49 lat z 39,1 mln kobiet około 6 mln jest bezpłodnych. Władze państwowe Federacji Rosyjskiej dotychczas w niedostatecznym stopniu interesują się problemem leczenia bezpłodności, nie widząc w tym skutecznej metody zwiększenia przyrostu naturalnego.

(…) zaludnienie poszczególnych regionów Rosji jest odwrotnie proporcjonalne do ich obszaru. W najmniejszym pod względem terytorium centralnym okręgu federalnym mieszka najwięcej obywateli Federacji Rosyjskiej, a w najbardziej rozległym – dalekowschodnim – mieszka ich najmniej. Różnica w gęstości zaludnienia między tymi okręgami wynosi ponad 50:1 i wykazuje tendencję do powiększania się. Na terytorium trzech okręgów – centralnego, południowego i nadwołżańskiego – zajmujących łącznie zaledwie 13,84% powierzchni Rosji, koncentruje się ponad 62% ludności tego państwa. W sumie na ok. 5 mln km2, stanowiących ok. 29% terytorium Rosji, mieszka ok. 93% populacji. Takie rozmieszczenie ludności niewątpliwie utrudnia racjonalne korzystanie z bogactw naturalnych kraju oraz administrowanie nim.

Politycy niezbyt uważnie słuchają jednak demografów, wychwytując z ich wystąpień jedynie to, co może się przydać w bieżącej walce politycznej. Uwaga ta jest szczególnie celna w stosunku do populistyczno-nacjonalistycznej opozycji, która stara się lansować tezę, iż naród rosyjski wymiera, a rząd robi niewiele, aby temu zapobiec. Liderzy tej orientacji często zabierają głos w kwestiach demograficznych. Z reguły są przeciwni zwiększonemu napływowi do Rosji imigrantów, dlatego koncentrują się na zachętach materialnych, które mogłyby stymulować wzrost liczby narodzin. W tym duchu wypowiadał się m.in. przewodniczący Komunistycznej Partii Federacji Rosyjskiej Giennadij Ziuganow, który w listopadzie 2005 roku zaproponował wprowadzenie tzw. becikowego w wysokości od 30 do 50 tys. rubli (w zależności od regionu) oraz podwyższenie zasiłku na jedno dziecku do 1,5 tys. rubli miesięcznie. Konkurent Ziuganowa, szef tzw. ludowego gabinetu cieni Giennadij Siemigin, propagując ideę zwiększenia w ciągu pięćdziesięciu lat liczby ludności Rosji do 160 mln osób, przywołał przykład Islandii, gdzie becikowe za pierwsze dziecko wynosi 25 tys. euro, za drugie 50 tys. euro itd. Lubiący szokować ekscentrycznością pomysłów, lider populistycznej Liberalno-Demokratycznej Partii Rosji Władimir Żyrinowski zaproponował niegdyś, aby kobietom, które nie urodziły dwójki-trójki dzieci, nie zezwalać na wyjazd za granicę (nie wydawać paszportów). Jeden z członków frakcji parlamentarnej tej partii opowiedział się natomiast za tym, aby automatycznie pozbawiać obywatelstwa te Rosjanki, które znajdą sobie męża poza obszarem WNP. Stale pojawiają się pomysły wprowadzenia podatku od bezdzietności, zakazu adopcji dzieci rosyjskich przez cudzoziemców, zorganizowania ministerstwa ds. demografii czy opracowania celowego programu ratowania narodu rosyjskiego.

Wśród elit coraz powszechniejsze są obawy, że znaczne zmniejszenie potencjału ludnościowego Rosji zahamuje jej rozwój gospodarczy i wpłynie na pogorszenie pozycji geopolitycznej.

poniedziałek, 7 października 2013

Dlaczego Plac Czerwony jest "czerwony"?



Plac Czerwony jest dzisiaj bezdyskusyjnie jednym z najbardziej rozpoznawalnych miejsc w Moskwie, głównie ze względu na wojskowe parady w Dzień Zwycięstwa, obchodzony w Rosji 9 maja, a także korespondencje polskich dziennikarzy z Soborem Wasyla Błogosławionego w tle. Jest to miejsce symboliczne o nie mniej symbolicznej nazwie, „czerwoność” placu idealnie wpisuje się bowiem w ostatnie stulecie historii Rosji (później Związku Radzieckiego). Była Armia Czerwona, czerwony terror, czerwona gwiazda, Czerwony sztandar, czerwoni komisarze, więc Plac Czerwony do tego zestawu pasuje idealnie. 

Kolor czerwony (obok róży) jest w polityce symbolem socjalizmu. To barwa krwi, rewolucji, wyraża namiętność, energię, przykuwa wzrok i drażni, pobudza do działania. Jednak w nazwie historycznego placu Moskwy – Krasnaja płoszczad’, wcale nie chodzi o kolor. Etymologia tej nazwy jest zupełnie inna, a tłumaczenie na większość języków świata po prostu nieprawidłowe.

Początkowo moskiewski Plac Czerwony znajdował się w obrębie Kremla i służył jako główny targ stolicy. Wychodziło na niego frontowe reprezentacyjne skrzydło pałacu carskiego, po rosyjsku zwane krasnym, czyli  paradnym – stąd też wzięła się nazwa samego placu, oznaczająca po prostu piękny. Po pożarze w Kitaj-Gorodzie (dzielnica Moskwy) w 1493 roku, na mocy ukazu cara Iwana III targ został przeniesiony poza mury Kremla, w pustą przestrzeń, która pozostała na miejscu spalonych budynków. Nazwa została na jakiś czas zapomniana. Od 1552 roku plac nazywano Troickim od Świątyni Trójcy Świętej, która później ustąpiła miejsca Soborowi pod wezwaniem Opieki Świętej Bogarodzicy.

Kramy na targu często płonęły, dlatego okoliczni mieszkańcy mówili na plac po prostu „Pożar”. Ów „Pożar” zaczęto określać mianem Krasnaja płoszczad’ po raz pierwszy w połowie wieku XVII, kiedy wokół placu zaczęto stawiać bogato zdobione, piękne budowle, zwłaszcza Sobór Kazańskiej Ikony Matki Bożej. Wówczas potocznie miejsce to nazywano też Placem Targowym. Dzisiejsza nazwa zakorzeniła się na dobre dopiero w wieku XIX. I chociaż odnosiła się do piękna, w oficjalnym tłumaczeniach zaczął się pojawiać kolor czerwony, który wtedy nie miał jeszcze żadnego mocnego uzasadnienia.

Plac Czerwony, zamiast Pięknego pojawia się nie tylko w języku polskim. Jest to tłumaczenie bardzo popularne:

angielski - Red Square
białoruski - Чырвоная плошча
bułgarski - Червен площад
chorwacki - Crveni trg
czeski - Rudé náměstí
esperanto - Ruĝa Placo
francuski - Place Rouge
hiszpański - Plaza Roja
macedoński - Црвен плоштад
niemiecki - Roter Platz
porugalski - Praça Vermelha
serbski - Црвени трг
słowacki - Červené námestie
ukraiński - Красна площа
węgierski - Vörös tér
włoski - Piazza Rossa

Wygląda na to, że najbardziej znany plac Moskwy ze swoją "czerwonością" będzie musiał się pogodzić. Oprócz skojarzeń z komunizmem i Armią Czerwoną nazwę placu niektórzy tłumaczą faktem, że w tym miejscu przelano krew wielu istnień ludzkich, stąd właśnie owa czerwień, jednak wersja ta nie jest prawidłowa. 

sobota, 5 października 2013

(Nie)dawno temu w Łokciu

Nie wiem, jak to się dzieje, ale w Czechach zawsze przydarzają mi się takie sytuacje, które nigdy nie miałyby miejsca w Polsce. Oczywiście w sensie pozytywnym. Jest w tym kraju i jego mieszkańcach coś takiego, co ciągle mnie zadziwia, nieważne, ile razy bym tam nie była, Czechy zawsze potrafią mnie zaskoczyć i zauroczyć.

Mariusz Szczygieł pisał, że każdy spotyka na swej drodze takiego Czecha, a którego zasługuje. Nie wiem, czym sobie zasłużyłam na moich Czechów, ale jestem z nich bardzo zadowolona. Są uprzejmi, gościnni, częstują ciastkiem, piwem, pokazują, jakim autobusem dojechać na drugi koniec Pragi, tłumaczą, gdzie w sobotę kupić lekarstwo na zatoki, itd.

W tym momencie wstęp robi się już trochę przydługi, więc powinien pojawić się bohater. Dzisiaj będzie to Jirka z hostelu Lazy River w Łokciu (chodzi o Loket, małą miejscowość niedaleko Karlowych Warów, położoną malowniczo w zakolu rzeki Ochrzy). Czym sobie Jirka zasłużył na te wszystkie pochwały? To może zacznijmy od początku. 



Do Łokcia trafiamy przypadkiem, głównie dlatego, że wybieramy się do Karlowych Warów, a tam nie ma tanich noclegów z odpowiednim klimatem, więc znajdujemy bardzo przyjemny hostel w miejscowości oddalonej o kilka kilometrów od słynnego uzdrowiska. Tak się dobrze składa, że w Łokciu znajduje się XII-wieczny zamek z muzeum maszyn tortur, co staje się dodatkowym pretekstem, by to miejsce odwiedzić. Trafiamy tam w piątek w południe. Nasz hostel, położony w odległości jakichś 100 metrów od zamku, z zewnątrz prezentuje się całkiem nieźle. Szkoda tylko, że jest zamknięty na 4 spusty. Niezrażeni chwytamy za telefon i dzwonimy pod numer podany na przyklejonej do drzwi kartce papieru, na której nagryzmolone jest: wrócę o 19.00. Dziwną mieszaniną angielskiego, polskiego i czeskiego udaje nam się dogadać z właścicielem, który po chwili zjawia się na miejscu i otwiera nam drzwi.

W środku hostel wygląda jeszcze lepiej, wszystko jest czyste, zadbane, proste i przytulne. Właściciel, Jirka, jak nam się przedstawił, mówi, że możemy rozpakować się gdzie tylko chcemy, bo oprócz nas nie ma i nie będzie tu w najbliższym czasie żywej duszy. Jest trochę zdezorientowany, tłumaczy, gdzie co jest, a potem daje nam karteczki, na których mamy zapisać swoje dane i zostawić potem na kuchennym stole. Widać, że się spieszy, ale włącza dla nad ogrzewanie i ciepłą wodę. Pyta na odchodnym, jak długo zostajemy. Nie bardzo też wie, ile powinniśmy mu zapłacić i nie wydaje się być tym jakoś szczególnie przejęty. W końcu dajemy mu sumę, na którą umawialiśmy się mailowo. Uśmiechnięty Jirka zostawia nam klucze od budynku i skromnie prosi, żebyśmy zamykały za sobą drzwi wejściowe, jeżeli będziemy wychodzić, po czym wsiada do auta i odjeżdża. Do końca naszego pobytu będziemy się z nim kontaktować za pomocą polsko-czesko-angielskich liścików, zostawianych w korytarzu, a wyjeżdżając zostawimy klucze od hostelu w skrzynce na listy. 










Loket ponownie zaskakuje nas już kwadrans później, kiedy przy wejściu na zamek okazuje się, że możemy pozwiedzać za darmo. Do dziś nie wiem, dlaczego, bo nie znałam wtedy czeskiego na tyle, żeby zorientować się, co Panią z Kasy skłoniło do takiego gestu. Zamek w Łokciu to miejsce bardzo klimatyczne, na pewno spodoba się mediewistom-amatorom i fanom literatury fantasy, ale nie tylko. Nam też przypadł do gustu, a ekspozycje przedstawiające narzędzia tortur i ich praktyczne zastosowanie przywiodły na myśl powieść Pavla Kohouta „Kacica”. Samo miasteczko również jest bardzo urocze. Choć to miejscowość niewielka, cała usiana jest zabytkami, a spacery po jej uliczkach, a także po otaczających rzekę leśnych ścieżkach zaostrzają apetyt przed wieczorną porcją złotego chmielowego trunku. Co ciekawe, Łokieć można bez problemu obejść dookoła zarówno od wewnątrz, jak i po zewnętrznej stronie okalającej go rzeki, która niemal całkowicie odcina ten kawałek ziemi od „stałego lądu”.










Kolejna niespodzianka czeka na nas w miejscowym barze „U Karola IV”, dokąd wybieramy się na wieczorne piwo. Wchodzimy do środka, siadamy przy stoliku i po chwili staje nad nami właściciel lokalu, pytając, dlaczego nie przyszliśmy się najpierw z nim przywitać, jesteśmy obrażeni, czy co? Nieco zmieszani tłumaczymy, że jesteśmy z Polski. Po tej informacji dochodzi do wyliczenia ciągu skojarzeń, które skupiają się wokół słowa „solidarność” i właściciel rusza za bar, żeby osobiście przynieść nam piwo. Oglądamy razem z Czechami jakiś mecz. Nikt nie zwraca na nas specjalnej uwagi, chociaż pod względem profilu demograficznego znacznie odbiegamy od 50-letnich panów sączących czeskie piwo. I czujemy się jak w domu, zresztą jak zawsze w Czechach, bo jest w tym kraju coś takiego, co przyciąga jak magnes. 








poniedziałek, 30 września 2013

Filmowa podróż przez historię Czechosłowacji

W tym roku zarówno Polacy, jak i Czesi na kandydatów do Oscara w kategorii „najlepszy film nieanglojęzyczny” zgłosili obrazy, które dotyczą ważnych wydarzeń w historii obu krajów. Polskim kandydatem jest Wałęsa Andrzeja Wajdy, Czesi z kolei wybrali kinową wersją Gorejącego krzewu Agnieszki Holland. Jeśli oba filmy uzyskają nominację, szykuje się starcie legendy Solidarności z czeskim studentem, Janem Palachem, który w akcie protestu przeciwko inwazji wojsk Układu Warszawskiego na Czechosłowację dokonał publicznego samospalenia na praskim Placu Wacława. Nie o tym, który film na większą szansę na zwycięstwo zamierzamy jednak pisać.

Gorejący krzew Holland dowiódł, że Czesi są, nie mniej niż Polacy, zainteresowani przeszłością swojego narodu. W Czechach kręci się dobre kino z historią w tle, więc pasjonaci dziejów Czechosłowacji na pewno znajdą coś dla siebie. Co warto podkreślić, w czeskich filmach na pierwszym planie stoją nie wydarzenia historyczne, a raczej los jednostki w nie zaplątanej.  Nie ma co liczyć na filmy w stylu rosyjskich Spalonych słońcem 2 czy polskiej Bitwy warszawskiej, starających się naśladować hollywoodzikie produkcje tego typu. Czesi nie stawiają na patos i widowiskowość, ale na wnikliwy obraz dramatu jednostki, okraszony szczyptą dobrego humoru – wszak to śmiejące się bestie i swój los znoszą tak dobrze tylko dzięki temu, że mają do siebie bardzo dużo dystansu.


Kinową podróż przez czeską historię zaczynamy od dwudziestolecia międzywojennego i Palacza zwłok (Spalovač mrtvol) w reżyserii Juraja Herza z 1969 roku. To ekranizacja kultowej powieści Ladislava Fuksa, która opowiada o pracowniku praskiego krematorium, opanowanego ideą czystości rasowej. Makabryczna historia przedstawiona jest na tle nasilających się w latach 30. wśród ludności pochodzenia niemieckiego nastrojów nacjonalistycznych i fascynacji nazizmem.

Kolejnym przystankiem w tej filmowej podróży jest II wojna światowa. Chociaż wojenna zawierucha ominęła utworzony wiosną 1939 roku i uzależniony od III Rzeszy Protektorat Czech i Moraw, materiałów na filmy nie brakowało. Chyba najsłynniejszym obrazem z wojną w tle są Pociągi pod specjalnym nadzorem (Ostře sledované vlaky, 1966), kultowa produkcja czeskiej Nowej Fali i laureat Oscara dla najlepszego filmu nieanglojęzycznego. Reżyser Jiří Menzel na podstawie książki Bohumila Hrabala rysuje obraz młodego chłopaka, który zmaga się z problemami dorastania. Wojna stoi tu na dalszym planie, jednak w punkcie kulminacyjnym brutalnie wkracza w życie bohatera.

Czechów nie ominął problem prześladowań ludności żydowskiej i niemieckiej okupacji. O małżeństwie ukrywającym młodego Żyda opowiada film Jana Hřebejka Musimy sobie pomagać (Musíme si pomáhat) z 2000 roku. W tej czarnej komedii heroizm miesza się z tchórzostwem, a pozorni kolaboranci są w rzeczywistości bohaterami. Jak to w czeskim kinie bywa, nie można jednoznacznie ocenić postaw bohaterów. Świat przedstawiony w filmie, jak życie, nie jest czarno-biały.

Wszystkie odcienie szarości codzienności wojennej uchwycił też Marek Najbrt w Protektorze (Protektor, 2009). O tym filmie już kiedyś pisaliśmy na Przystanku Praga. Młoda obiecująca aktorka zmuszona jest zakończyć swoją karierę ze względu na żydowskie pochodzenie, kiedy na tereny Czech wkraczają niemieckie wojska. Jej mąż, by ją ratować, zostaje głosem podporządkowanego Niemcom Radia Czechosłowackiego. Szybko okazuje się, że bohaterstwo od zdrady dzieli jeden krok, a miłość w czasach wojny bywa bardzo trudna. W całą historię zostaje również wpleciony wątek zamachu na Reinharda Heydricha, czyli tytułowego protektora – najbardziej znana akcja czeskiego ruchu oporu w czasie II wojny światowej.

Zamach z 1942 roku, choć nie do końca udany (Heydricha nie udało się zastrzelić, zmarł jednak kilka dni później wskutek zakażenia krwi), pociągnął za sobą falę represji, które dotknęły ludność cywilną. W akcie odwetu naziści dokonali masowego ludobójstwa we wsi Lidice. Rozstrzelano wówczas ponad 170 mężczyzn powyżej 15 roku życia, kobiety zesłano do obozu Ravensbruck, zaś większość dzieci zostało zagazowanych lub przeznaczonych na zniemczenie. Wszystkie budynki w Lidicach spalono a wioskę zrównano z ziemią, odwracając nawet bieg pobliskiego strumienia, aby nie zostało po tym miejscu żadnego śladu. W 2011 roku film poświęcony tym wydarzeniom nakręcił Petr Nikolaev.


Wątek czeskiego podziemia pojawia się, obok historii miłosnej, w Żelarach Ondřeja Trojana (2003). Grana przez Annę Geislerovą Eliška jest pielęgniarką działającą w ruchu oporu. Gdy naziści zacieśniają obławę na konspiratorów, musi ukryć się z dala od miasta u prostego chłopa Jozy. Oczywiście, bohaterowie zakochują się w sobie, ale brak tutaj cukierkowego amerykańskiego happy endu po przezwyciężeniu miliona nieprawdopodobnych przeciwności losu. To prosta i ujmująca historia, zrealizowana na podstawie książki Květy Legátovej. 

O czeskim ruchu oporu opowiada też telewizyjna produkcja Operacja Silver A z 2007 roku w reżyserii Jiřígo Stracha. 

Warto także wspomnieć o czeskim Pearl Harbor, czyli dramacie Jana Svěráka Ciemnoniebieski świat (Tmavomodrý svět, 2001), opowiadającym o czeskich pilotach walczących w brytyjskich siłach powietrznych.  Jak na historię z wojną w tle nie brakuje w filmie takich wątków jak miłość i braterstwo broni. 

Na tym zakończymy pierwszą część opowieści o czeskiej historii na srebrnym ekranie, część druga i ostatnia już wkrótce. 

***

Palacz zwłok - fragment filmu:



Pociągi pod specjalnym nadzorem - słynna scena z pieczątką:

Protektor - zwiastun:

Lidice  zwiastun:

Żelary - zwiastun:

Ciemnoniebieski świat - zwiastun:

czwartek, 26 września 2013

Blin!


Bliny – kuzyni polskich naleśników, czyli kolejne tradycyjne danie kuchni rosyjskiej, białoruskiej oraz ukraińskiej, mogą występować w wielu odsłonach. Podawane są zarówno na słodko – z konfiturą, owocami, śmietaną, miodem, oczywiście także z mlekiem skondensowanym (bo Rosjanie to sładkojeżki, czyli nieuleczalni wielbiciele słodyczy i od tego przysmaku są uzależnieni), jak i na słono – z kawiorem, łososiem, jesiotrem, grzybami, tartym serem, jajkiem czy śledziem. Wybór mamy właściwie nieograniczony, bo do tego drożdżowego naleśnika pasują właściwie wszystkie produkty, które oferuje rosyjska kuchnia. Same bliny również przygotowuje się według różnych receptur. Tak jak z każdym tradycyjnym daniem bywa, różni się ono w zależności od gospodyni (trochę archaicznie i mało feministycznie, ale mówimy o tradycyjnej kuchni, więc wprowadźmy się w odpowiedni klimat), która je smaży.

Danie to, mimo że skromne i niezwykle proste, w tradycji rosyjskiej odgrywa ważną rolę. Było bowiem głównym bohaterem Maslenicy, czyli dawnego pogańskiego święta, przypadającego na ostatni tydzień przed Wielkim Postem. Święto to wiązało się symbolicznie z końcem zimy i oczekiwaniem na przyjście wiosny. Był to okres zabawy, ucztowania, ale także pojednania z bliźnimi i wybaczania sobie wzajemnie wyrządzonych krzywd. Zwyczajowo w niedzielę, czyli ostatni dzień Maslenicy, ludzie odwiedzali się i prosili o wyrozumiałość wobec wzajemnych przewinień. Tego dnia na powitalne: Прошу прощения (Proszę o wybaczenie) odpowiadano: Бог простит (Bóg wybaczy).

Maslenica świetnie przedstawił Nikita Michałkow w Cyruliku syberyjskim:



O Maslenicy można by napisać osobny tekst, więc skupimy się dzisiaj na jej kulinarnej stronie tego święta, czyli właśnie blinach. Pierwsze placki smażono już w ostatkowy poniedziałek. Stawiano je na dymnik (małe okienko pod dachem do odprowadzania dymu), aby w ten sposób oddać cześć duszom zmarłych, albo oddawano ubogim, by tamci pomodlili się za nie. We wtorek na bliny zapraszano młodych chłopaków, aby mogli poznać kandydatki na narzeczone. W środę placki smażyły teściowe dla zięciów, zaś w piątek kobiety składały im rewizytę, a tradycyjną potrawę przygotowywały córki. W czwartek zaczynała się tzw. Szeroka Maslenica, wtedy świętować zaczynali już nawet ubożsi i przygotowanie blinów ruszało pełną parą. Przez cały tydzień były główną potrawą na domowych stołach.

Co prawda do Maslenicy jeszcze daleko, bo przypada w przyszłym roku na tydzień od 24 lutego do 2 marca, jednak bliny w wolnej chwili przygotować warto, żeby zafundować sobie trochę Rosji we własnym domu. W jakie składniki musimy się zaopatrzyć? Na tradycyjne ruskie bliny z mąki gryczano-pszennej będziemy potrzebować: 0,5 litra mleka, 25 g drożdży, łyżeczkę soli, 2-3 łyżeczki cukru, 2 szklanki mąki gryczanej, 0,5 szklanki mąki pszennej, 0,5 szklanki wrzątku, 2 rozbite jajka i 100 g masła.

Najpierw należy podgrzać mleko w wysokim garnku, następnie zdjąć je z ognia, dodać drożdże, cukier oraz sól o dobrze je rozpuścić. Potem, ciągle mieszając, trzeba dosypać mąkę (ważne, żeby nie utworzyły się grudki). Później garnek przykrywamy serwetką i odstawiamy w ciepłe miejsce na około godziny. Kiedy ciasto urośnie, bardzo powoli mieszając, małymi partiami dodajemy wrzątek, jajka i masło. Ciasto jest gotowe, zatem trzeba wlać na patelnię kilka kropel oleju (tylko na pierwszego blina, który i tak, zgodnie z rosyjskim przysłowiem, idzie na straty), a następnie wlać ciasto i smażyć z obu stron do uzyskania przez placek złotego koloru. Takie bliny można podać z mlekiem skondensowanym i szklanką mocnej herbaty, wtedy powinniśmy się poczuć „rosyjsko”.

Na koniec jeszcze językowa ciekawostka: słowo blin jest w języku rosyjskim odpowiednikiem naszego kurcze i używa się go jako łagodnej wersji bardziej dosadnych zwrotów wyrażających niezadowolenie. 

wtorek, 24 września 2013

10 rad jak przetrwać w rosyjskim akademiku i nie zwariować


Tekst powstał na bazie moich doświadczeń po miesiącu spędzonym w akademiku Państwowego Instytutu Języka Rosyjskiego im. A. S. Puszkina w Moskwie. Z góry dodam, że nie staram się stworzyć uniwersalnego obrazu moskiewskich czy, szerzej, rosyjskich akademików, bo wiadomo, że może być różnie. Myślę jednak, że po przeczytaniu kilku zamieszczonych poniżej uwag będziecie wiedzieli, czego mniej więcej można się spodziewać, wybierając się na studia lub kursy za wschodnią granicę. 


1. Karaluchy, żuki i dżdżownice – warto się do nich przyzwyczaić, są bowiem pierwszym wyzwaniem, jakie stawia przed nami rzeczywistość rosyjskiego akademika. W 13-piętrowym budynku ze zsypem na śmierci karaluchy są niestety ponurą codziennością. O ile w pokojach można z nimi jeszcze jakoś walczyć wystawiając różnego rodzaju pułapki i środki odstraszające, o tyle w kuchni widok biegających po podłodze i ścianie robaków może skutecznie zniechęcić do spożywania jakichkolwiek posiłków. Oczywiście człowiek do wszystkiego może się przyzwyczaić, więc po jakimś czasie ogarnia go znieczulica i musi pamiętać tylko, żeby nie zostawiać naczyń w zlewozmywaku, bo w kubkach i garnkach mogą zamieszkać niepożądani lokatorzy. Co do żuków, to sama nie widziałam, ale z opowieści innych wytrwałych studentów wiem, że również grasują nocą po pokojach. Dżdżownice z kolei (lub jakieś stworzonka dżdżownicopodobne) lubią po cichutku wychodzić z odpływu wanny, zwykle w momencie, kiedy w klapkach bierze się prysznic, uważając przy tym, by żadną częścią ciała nie dotknąć pranej nie wiadomo kiedy zasłony prysznicowej. 

2. Skoro już jesteśmy przy temacie kąpieli, warto skupić się na chwilę na problemie ciepłej wody. Czasami jej brakuje, np. możemy przyjechać i po kilku dniach pobytu trafić na wiszące przy windzie ogłoszenie, że z przyczyn technicznych przez najbliższe dwa tygodnie ciepłej wody nie będzie niemal w całym budynku, więc jeżeli ktoś odczuwa palącą potrzebę umycia się w wodzie, która osiąga temperaturę wyższą, niż ta w Bajkale, może skorzystać z jednego 6 pryszniców (na 13 pięter, na których aktualnie przebywa kilkaset osób). I tutaj zaskoczenie, bo po kilku próbach umycia się w lodowatej kranówie, po których zastanawiamy się, czy to już zapalenie płuc, czy początki gruźlicy, zjeżdżamy windą na parter, oczywiście uzbrojeni w coś do czytania, bo przecież każdy rano chce wziąć prysznic, wchodzimy do łazienki, a tam miła pani od razu kieruje nas do kabiny, gdzie w obłoku pary wreszcie możemy porządnie się umyć nie ryzykując szoku termicznego. Oczywiście nikomu nie wspominamy, że w łazience kolejek nie ma i nadal pozwalamy swoim znajomym cierpieć co rano pod natryskiem wody zimnej jak zmrożona wódka, sami zaś cieszymy się porannym prysznicem bez kolejek. Brak ciepłej wody to jednak nie jedyna niedogodność. Sporym problemem może być też brak wody zimnej. Żeby nie było nudno, w Rosji czekają nas również takie atrakcje, przyjdzie nam zatem brać prysznic we wrzątku, więc zamiast odmrożenia możemy stać się ofiarami poparzeń. 

3. Winda – element konieczny, gdy nasi znajomi są rozsiani po 13 piętrach. Poruszanie się po schodach pieszo grozi gwałtowną utratą wagi i zawałem. Szkoda, że staje się koniecznością, kiedy wiekowy dźwig osobowy przestaje działać (a zdarza się do stosunkowo często i nie trwa kilku godzin, ale raczej kilka dni). Wtedy trzeba wspinać się po schodach i zbiegać na dół kilka(naście) razy dziennie. Ładnie wyrzeźbione mięśnie ud po miesięcznym kursie gwarantowane, ale za jaką cenę! A jak winda działa, to staje się przyczyną ciągłych spóźnień na zajęcia, bo, niczym rosyjskie autobusy, jeździ kiedy i dokąd chce, więc czasami zjazd 6 pięter niżej trwa dobre kilka minut, bo dźwig zabiera nas najpierw na samą górę, a po drodze w dół robi 10 przystanków mimo, że nikt jej nie przywołuje. Poza tym jest w niej głośno i trzęsie niczym w pociągach Przewozów Regionalnych. 

4. Powiązana z problemem zepsutej windy jest kwestia kluczy do pokojów. A właściwie klucza, bo w pięcioosobowym łączniku (dwa pokoje i łazienka) taki klucz jest tylko jeden, więc obowiązuje zasada, że ostatni „gasi światło” i zamyka drzwi, a klucz zostawia w recepcji, na parterze. Znając problemy z pamięcią, które są bolączką polskich studentów, ciągle dochodzi do sytuacji, kiedy udaje się nam w końcu wspiąć na 6 piętro, zdyszani stajemy przed drzwiami i zdajemy sobie sprawę, że są zamknięte, a w naszej dłoni klucza nie ma. Wtedy mamy ochotę umrzeć, ale cierpliwie wracamy na dół, by na recepcji dowiedzieć się, że klucz 2 minuty temu zabrała współlokatorka, która minęła się z nami po drodze, bo akurat udało jej się złapać windę-widmo. Zatem znowu włazimy na górę i już nie mamy siły zwiedzać Kremla, więc zostajemy w akademiku i nasłuchujemy tupotu małych stóp karaluchów. Gdzieś po 3 dniach decydujemy się problem z kluczem rozwiązać w prosty sposób – dorabiamy sobie własny za kilkadziesiąt rubli (kilka złotych) i stajemy się wolnym i szczęśliwym człowiekiem, panem własnych drzwi. 

5. Szukanie kluczy wieczorem może zaprowadzić nas na balkony, które do niedawna były centrum życia towarzyskiego w puszkińskim akademiku. Na balkonach piło napoje alkoholowe, paliło papierosy, poznawało nowych ludzi, prowadziło się swoje pierwsze rozmowy po rosyjsku, oglądało się wschody i zachody słońca (może powinnam to napisać w odwrotnej kolejności), ogólnie żyło się, z dala od klubów, zatłoczonych i zdecydowanie za drogich dla, niezbyt „glamurnych”, studentów z Polski. Jeżeli mieliśmy ze sobą alkohol, a brak nam było towarzystwa, żeby go wypić, wystarczyło przejść się po piętrach i wybrać tę imprezę, która najbardziej nam odpowiadała: wieczór z Hiszpanami przy dźwiękach gitary, spotkanie z mówiącymi wyłącznie po angielsku Turkami, gorący temperament Serbów z ich dziwną wódką, czy też gościnność i wylewność Rosjan, którzy bynajmniej za kołnierz nie wylewali. Wszystko to było na wyciagnięcie ręki, bez wychodzenia z akademika.


6. Kolejnym ważnym aspektem życia w akademiku jest jedzenie. Jedzenie najłatwiej zorganizować w stołówce. A z jedzeniem w puszkińskiej stołówce jest jak z amerykańską komedią romantyczną – nie jest to specjalnie dobre, ale umrzeć od tego nie można. Nad talerzem takich specjałów przychodzi do głowy jedna refleksja: jest to ciepłe i jest tam mięso, więc nie ma powodów do narzekania. Gotować można też na własną rękę, ale w sensie logistycznym okazuje się to dużym wyzwaniem, przede wszystkim ze względu na brak podstawowego wyposażenia w kuchniach, w których oprócz zlewozmywaka i kuchenki elektrycznej nie ma nic. Jeśli na naszym piętrze jest czajnik elektryczny, to znaczy, że mieszkamy na piętrze 6 razem z dyrektorką akademika i mamy wielkie szczęście, bo w szafce kuchennej znajdujemy też garnek, patelnię i drewnianą łopatkę, zatem jesteśmy już mniej więcej urządzeni i przez cały pobyt możemy przygotowywać pyszne dania na bazie polskiej kiełbasy, pomidorów i papryki. 

7. Żeby cokolwiek w akademiku ugotować, trzeba wybrać się na zakupy. Kto w puszkińskim akademiku mieszkał, wie dobrze, że mekką polskich studentów jest pobliski Aszan (Auchan). Jeśli dysponujemy ograniczonym budżetem, wybieramy produkty linii „Każdy dzień” (Каждый день), w charakterystycznych białych opakowaniach z zielono-żółtymi napisami. Nie wiem, jak to się dzieje, ale cena większości tych wyrobów, niezależnie od tego, co to jest, nie przekracza równowartości 2 zł, więc wychodzi się z koszykiem pełnym jedzenia i portfelem pełnym rubli. Na zakupy można też wybrać się do Pieriekrjostka (Перекрёсток – po rosyjsku „skrzyżowanie”) lub do Siódmego Kontynentu (Седьмой Континент), ale tam ceny są już nieco wyższe, więc zalecamy taką wyprawę tylko w wypadku, kiedy nie chce nam się maszerować aż do Aszana. Można też kupować w sklepikach przy akademiku, ale raczej wódkę i raczej po 22.00, bo wtedy obowiązuje w Rosji zakaz sprzedaży alkoholu i tylko w takich miejscach można się w ten towar (nierzadko bardzo naglącej potrzeby) zaopatrzyć. Sklepik znajduje się też na terenie akademika, o czym możemy się dowiedzieć np. 2 dni przed powrotem do Polski i wybrać się tam z ciekawości, aby odkryć, że gwarantuje on nam możliwość przetrwania w Moskwie bez wychodzenia z domu, bowiem oprócz jedzenia oferuje też suweniry (matrioszki, chochłomę) i pocztówki. 

8. Wiadomo, że wyjeżdżając na kilka tygodni nie jesteśmy w stanie zabrać ze sobą tylu ubrań, aby przetrać bez pralki. I tu kilka ważnych uwag, żebyśmy uniknęli trwałego uszczerbku na naszej odzieży.  Po pierwsze, nie ufajmy Pani z Pralni. Pani ta pierze wszystko w temperaturze 60 stopni, więc może sprowadzić apokalipsę na nasze „delikatne”, które warto wyprać troskliwymi rękami w misce (w Aszanie można ją nabyć na 80 rubli). Pani z Pralni chętnie zaopiekuje się za to ręcznikami. I jeszcze jedno: wszystko co jej oddajemy, trzeba pieczołowicie spisać na liście załączanej do woreczka z praniem. Jest to konieczne, żeby potem udowodnić, że zabieramy z pralni rzeczywiście nasze rzeczy. Przystępując do prania ręcznego musimy pamiętać o sznurku, który trzeba rozwiesić gdzieś w pokoju, utkać misterną sieć, w która niezwykle łatwo wpaść potem w nocy przy zgaszonym świetle. Taki sznurek można spróbować kupić w pobliskim sklepie, Panie Sprzedawczynie go zorganizują, jeśli złoży im się wcześniej zamówienie. Na pytanie: „U was jest’ wierjowka?” (Czy  „prowadzą” sznurek?), odpowiedzą „Na zawtra budziet” (Na jutro będzie), więc pewnie pójdą rano do Aszana i go kupią, żeby po południu sprzedać nam go dwa razu drożej. 

9. Ochroniarze – warto z nimi dobrze żyć, bo w ich mocy leży to, czy wpuszczą nad do akademika w środku nocy, czy też nie. Pilni stróże porządku, patrolują piętra i naprawdę starają się ignorować hałasy toczących się na balkonach wieczerinek, ale czasami decydują się na desperacki krok i dokonują interwencji, która nie robi żadnego wrażenia na rozgadanych mieszkańcach akademika. Z Panem Ochroniarzem można porozmawiać sobie też w windzie, np. o tym, że polscy studenci przyjeżdżając do Rosji popadają w alkoholowy szał i białą gorączkę, albo próbować wytłumaczyć, że reklamówka butelek w waszych rękach to „prezenty dla rodziny z Polski”. 


10. Popiersie Aleksandra Siergiejewicza Puszkina, czyli po rosyjsku „biust”. Ważny element tożsamości mieszkańców akademika. Każdy robił sobie z nim zdjęcia, niektórzy w nocy prowadzili z nim długie rozmowy o życiu i poezji. Jest niemym świadkiem wieczornych spotkań w parku przy butelce wina i obserwatorem studenckiego życia.  Gdyby miał ręce, pewnie przyłożyłby jedną do twarzy w wiele mówiącym geście. Ale na szczęście rąk nie ma i pozwala nam cieszyć się beztroskim życiem w akademiku, który dla wielu w Moskwie stał się prawdziwym domem.